Posty

Rzecz krótka o rzeczy długiej...

Obraz
Ponieważ o rzeczach ważnych zazwyczaj rozprawia się długo i w skupieniu, z pewnością ten post powinien byc zaliczony do rzeczy błahych. Ale tak nie jest... Czasami bowiem wystarczy jedno zgrabne zdanie, by przekazać miliony rozpraw i teorii. Burza za oknem zaświeca mi co chwila w okno flashem, który trudno nazwać dopełniającym w tych ciemnościach i to jeszcze bardziej jakoś tak potęguje magię jaką jest... portret. W każdej postaci. Czym jest zdjęcie, w tym portret? Odpowiedzieć zdaje się nie można w jednym zdaniu, a jednak znalazłem taką definicję, która od dziś staje się mottem tego bloga. Brzmi ona: "Zdjęcie jest chemicznym dowodem na to, że gdzieś w przeszłości obiekt ów znalazł się w świetle". Czyż nie określa to relacji pomiędzy fotografem a fotografowanym? Czyż można lepiej ująć całą złożoność, a jednocześnie prostotę fotografii? Związek, chemia kontaktu między portretowanym, a fotografem jest tak prosta jak związki chemiczne wypłukujące się spomiędzy poszczególnych war...

Wakacyjne samograje...

Babuleńka siedziała oparta o ścianę z desek, która pamiętała chyba czasy I Wojny Światowej. U nóg jej krzątał się gąski, zbierające rzucane co chwilę przez babuleńkę resztki chleba. Kogut miarowo wyrywał głowę ku górze, jakby chciał sprawdzić czy kury opodal skubiące ziarno nadal reagują na każdy jego ruch. Lipcowe słońce niemiłosiernie smagało ten zakątek gospodarstwa swoimi promieniami. Nad wszystkim unosił się stęchły zapach obornika parującego w stodole. Wystarczyło rozłożyć aparat. Pogadać chwilę. Nacisnąć spust migawki i byłaby koncertowa fotka rodzajowa. Taka, co to na konkursie zawsze gdzieś w czubie jest, bo to i sentymentalne i piękne i świadczy, że fotograf wrażliwy. Ale coś odwodzi mnie od tego pomysłu. Przychodzi mi do głowy pokaz slajdów kolegi,który wrócił z Ameryki Południowej i pokazywał portrety tych wszystkich kolorowych babulinek. Tamte były jeszcze lepsze, bo mega kolorowe, nasycone ziarnami Velvii 50. Samograje. To jedno słowo dźwięczało mi w głowie. Nie dało się ...

Fotograf NN... Pierre Hebert

Obraz
Naprawdę lubię portrety BW Piotra.... Na jego stronie z ciężką nawigacją trudno coś znaleźć, ale Flickr pomaga. Pierre ma dar klimatu. Bardzo mnie bierze taka fotografia. Tutaj więcej. fot.: Pierre Hebert (x4)

Być jak....

Rzecz cała miała miejsce ładnych parę miesięcy temu, ale jakoś tak wyleciała mi z głowy. Mail był banalny, krótki i treściwy. - Widziałam w sieci kilka Pana zdjęć. Szczególnie podobają mi się te, które załączam. Chciałabym z Panem popracować.... - itd. Kilka zdań o sobie. Proste. Przeglądnąłem załączone zdjęcia i były naprawdę fajne. Proste takie. Schludne. Zadbane i dopracowane oświetlenie. Aż żal, że... nie moje. Ale przypomniawszy sobie swoje młodzieńcze wpadki tego typu, chociażby tę, kiedy umówiony jako młody wilczek dziennikarz udałem się na spotkanie z jednym z doktorów habilitowanych, by przeprowadzić wywiad dla miesięcznika "Vivat academia" rozpocząłem od przypomnienia rozmówcy jego drogi zawodowo-naukowej. Doktor wysłuchał mnie, pokiwał głowa, że jestem tak świetnie przygotowany, po czym sięgnął po moje notatki i cmoknął: - Ładny życiorys. Szkoda, że nie mój. Tak więc przełknąłem ambicyjny zastrzyk, a że dziewczę miało coś w oczach fotograficznego więc why not! Tł...

Epoka post-fotoszopowa...

Wiecie dzięki komu i czemu fotografia przetrwa jedynie? Dzięki streetowcom. A czemu? Bo oni najmniej są podatni na chęć "pozaustrojowego poprawiania fotografii" . Tak! Dlaczego w nas istnieje chęć do poprawiania tego, co już zostało zarejestrowane? W jednym wypadku jest to tylko kolor oczu, w innym chmurki, ale w części poprawiamy zastana rzeczywistość dodając od siebie elementy świata. Po cholerę? Dlaczego? Otóż niewątpliwie winni są tutaj twórcy programów graficznych. Oni ponoszą obecnie 100% odpowiedzialność za dostarczenie nam narzędzi do tych manipulacji. I nie piszcie mi tutaj tych farmazonów, że pod powiększalnikiem da się to zrobić! Pod powiększalnikiem robił to jedn0milionowy ułamek społeczeństwa, które posiadało powiększalniki i łyknęło SPORĄ (!!!) dawkę wiedzy, by to umieć zrobić. A dzisiaj byle palant z aparatem ma PS i gmera w nim, jak nie przymierzając nastolatek w... kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy :) A wiec mamy już winnych. Twórcy PS powinni do końca życia ...

12 groszy...

Obraz
Kolega ma średni format. Jedynie 12 klatek! Znacie ten motyw... - Pokaż te zdjęcia, co robiłeś w zeszłym miesiącu...? - Eee nie, nie mam ich. Nie skończyłem jeszcze rolki. Zostało mi 11 klatek. Trochę mi to przypomina.. - Kochanie, chodź no tutaj... - Eee nie, głowa mnie dziś boli. No to ja mam wielką przewagę na tymi średnioformatowcami, bo ja robię jedną klatkę i ona jest gotowa do oglądnięcia zaraz po wywołaniu:) Ale nie zmienia to faktu, że jest coś w fotografach, co każe im się strasznie krygować. Wymyślać coraz to nowe powody, aby tylko nie pokazać swoich zdjęć lub po prostu by być proszonymi o ich pokazanie pół wieczoru... Jąłem się tedy zastanawiać czy to cecha pozytywna czy tylko jakiś pseudo-artystyczny wybieg mający zaciekawić odbiorcę jeszcze bardziej, by z wywieszonym ozorem czekał, aż Pan Fotograf łaskawie otworzy teczkę lub włączy laptopa. Takie trochę dziecinne ukrywanie się na GG - status Niedostępny, ale opis być musi :) Lubimy pokazywać zdjęcia, czego dowodzą statyst...

Coco Chanel...prawdziwy kanał

Czekałem. Wyczekiwałem. Z dwóch powodów. Pierwszym naturalnie Audrey Tautou, drugim Karl Lagerfeld i stroje do filmu. Kombinowałem tak: skoro twórcy filmu mają z jednej strony niebanalną historię, życiorys naprawdę ciekawy, z drugiej zaś zaplecze kilkudziesięciu krawcowych pilnowanych przez Wielkiego Karla, to mają samograja. Takiego na kształt pozującego za 5 dolarów Indianina z ameryki Południowej. Tylko opakować to i sukces murowany. Wysiedziałem ledwo. Z więcej niż dwóch powodów. Zasadniczymi powodami były kwestie produkcyjne. Ten film został zmasakrowany dyletanctwem produkcyjnym. Montaż jest żałosny! Naprawdę dawno nie widziałem tak źle, bez sensu i bez pomysłu zmontowanego filmu. Scenariusz jest prymitywny! Ja rozumiem wszystko, że ciuchy miały tam grać, ale do jasnej ciasnej przecież to ma być film, a nie pokaz mody. Scenariusz przypomina rozmowę idiotów i debili. Jest ciężki, nachalny i przeszkadzający. Jedyna zaleta to brzmienie języka francuskiego. Robienie debila z widza pr...