poniedziałek, 5 maja 2008

Smok reseller...


Ano jak wiecie planowałem i kupiłem sobie przenośnie oświetlenie. Fajnie. Wybrałem firmę "niechińską". Kupa kasy. Za to samo mogłem mieć dwa albo trzy takie zestawy zza Żółtej Rzeki. Ale co tam. Wybrałem dostawcę i pojawiałem się u resellera - to takie określenie kogoś, kto jest na tyle cwany, że sprzedaje wszystko co sie uda i ma resztę w nosie. Super interes,bo:

- reseller nie musi i nie zna sie na tym co sprzedaje i to kompletnie!
- reseller nie odpowiada za serwis sprzętu, bo i dlaczego skoro sie nie zna!
- reseller uwielbia działać anonimowo (w Internecie), bo klient to nasz największy wróg!

Trzy podstawowe zasady. W moim wypadku sprawdziły się w 100%.

Raz - pojawiam się osobiście u resellera... błąd! Nie wolno tego robić. Personel jest wnerwiony już w momencie otwarcia drzwi, bo jako klient ja im PRZESZKADZAM! Dają mi to odczuć pomimo przylepionych uśmiechów.
- Bowens, Bowens... a jak to się pisze? - i już wszystko wiadomo.
Nie wiem, nie znam sie, sprawdzę, zadzwonię. Zero informacji. Zero wiedzy. Zdobywanie wiedzy odbywa się na zapleczu. Szepty, szmery, ściszone rozmowy za drzwiami... jak w czeskim filmie. W sumie świetny scenariusz. Pomimo kamer internetowych zamontowanych w sklepie (zbyt to szumne, bo to jednorodzinny dom z pokojem podzielonym na 500 pomieszczeń :)), sprzedawca podaje przez drzwi kartki do skserowania aby nie zostawiać klienta na pokuszenie wystawionych toreb foto :)

Dwa - okazało się, że chińszczyzna może jednak konkurować z Made in England. Otrzymany sprzęt jest wadliwy*. Zwrot u resellera to NAJWIĘKSZY błąd! Nie popełnijcie go. Towar przyjmuje oczywiście kto inny niż sprzedawał.
-
Bowens, Bowens... a jak to się pisze? - I ręce opadają.
Sugestia, że się spieszy mi i czy można już dzisiaj to wysłać do dystrybutora spotyka się z chłodną informacją podaną językiem zamęczanego przez klientów sprzedawcy (żującego gumę oczywiście):
- Proszę Pana, mamy 14 dni na realizację serwisu! - Błogi uśmiech na twarzy ma mi pokazać szczęście jakim jest możliwość podania klientowi tej sprawdzonej, pewnej i wyuczonej na pamięć informacji. To nic, że nie o to pytałem. To nic.

Trzy - już chyba wspomniałem. Za każdym razem kiedy zmuszony byłem odwiedzić tego resellera odczuwam, że wchodzę na teren starego zamczyska, w którym zamknięta jest w najwyższej wierzy księżniczka (synonim mojego sprzętu), a dostępu strzeże smok. Muszę go pokonać, bo smok jest nieoswojony i każdy rycerz (klient) jest potencjalnym wrogiem i niepotrzebnie zakłóca błogi spokój drzemiących nad klawiaturami smoków-sprzedawców.

Czy pokonałem smoka...?
Nie.
Czuję się przegrany.
Zresztą to akurat przykład z mojego podwórka, ale tak jest wszędzie. Brak kompetencji. Brak wiedzy. Brak logicznego myślenia i brak życzliwości. Za to jest kasa od miliona anonimowych adresów mailowych, które każdego dnia kupują właśnie przetestowany przez jakiegoś "szpeca od kartkowych testów"obiektyw, którego nazwa składa się z co najmniej 24 znaków i wcale nie jest to ogniskowa i światło. Te podane są w nawiasie na ostatniej stronie instrukcji :)

*
Wygrałem gdzie indziej. Po wyjściu, ucieczce z zamczyska i otrzepaniu się z bitewnego pyłu, zadzwoniłem do dystrybutora. Pełne zaskoczenie (już po raz drugi). Życzliwość, profesjonalizm i (nawet jeśli sztuczne) zapewnienie o załatwieniu sprawy przez kurierów w ciągu 3 dni, łącznie z wysłaniem dzisiaj kuriera do resellera w celu odebrania zostawionego towaru. Do tego słyszalna troska w głosie o zaistniałą sytuację. No serce rośnie i może "księżniczkę" uratuje.... :)

Cała sprawa naprawdę ma miejsce i toczy się nadal... cdn.

5 komentarzy:

witek pisze...

"Gruba Skóra",
bez tego pancerza nie sparujesz ciosów. Nigdy

iczek pisze...

A może "skóra, fura i komóra"... pomoże? :)

Dziku pisze...

A widzisz, trzeba było brać chińszczyznę....

Jerzy Pawlowski pisze...

W sumie duże brawa. Mimo początkowych trudności na dłuższą metę Made in England będzie inaczej służyło niż Made in China.
Obserwuję że coraz więcej ludzi łapie się za głowę i na widok Made in China odstawia rzeczy na półkę i kupuje trochę droższe, wyższej jakości.
Idąc dalej, unikam też zakupów w marketach czy innych super mega sklepów na rzecz małych sklepów. Może i drożej ale przeważnie towar wybrany z głową i lepszej jakości. Jak wszyscy będą patrzeć się tylko na cenę to kiedyś obudzimy się w Nowym Zwiazku Radzieckim, gdzie wszystko będzie w duzych ilościach i w minimalnym podstawowym wyborze. Ostatnio kupowałem głośniki - w dużym sieciowym sklepie hałas, dużo ludzi, masa towaru i większość tandeta wiadomego pochodzenia. W małym, rodzinnym sklepie istniejącym od lat, spokój, fachowy sprzedawca - właściciel, mały wybór modeli ale niemal każdy można spokojnie zabrać do domu, kupowanie staje się przyjemnością.
Takich reselers jak opisujesz unikam za wszelką cenę. Bardzo często nie mają też oni towaru, działają na zasadzie: wpłać a my zamówimy i będzie za trzy tygodnie. W takim wypadku mówię zamówić to mogę sobie sam i zamawiam od producenta lub od tego sklepu który powziął trud aby mieć towar w magazynie.

iczek pisze...

Jurku - swięte słowa. Moja przygoda już się skończyła i sprzęt wraca do mnie. Nie ukrywam, ze troche w tej gwarancji było mojej winy, bo sprzęt w sumie jest ok, ale zarówno moja niewiedza jak i nie dogadanie sie z dystrybutorem (brak klarownej instrukcji) spowodowało perturbacje. Suma sumarum jestem pod wielkim wrażeniem obsługi w Foto7 gdzie nabyłem Bowensa i czapka z głowy przed p. Andrzejem, który cierpliwie oferował swoje porady i pomoc. A najbardziej ujął mnie tym, ze jak podziękowałem mu za potraktowanie, to zdziwił się, że mu dziękuje, bo to przecież norma... !! Szok! Chciałem u wyjaśnić, ze to niestety nie jest norma, ale pomyślałem, ze może lepiej aby tacy ludzie żyli w niewiedzy. Niech pozostaną takimi jakimi są i przywracają ludziom wiarę w rzetelność handlowca!