piątek, 15 lutego 2008

Przełom...


Telefon, tak jak zazwyczaj dzwoni bez powodu, tak teraz milczy i milczy. A ja własnie bym chciał aby nie milczał. Bo to pierwszy dzień...

Pierwszy dzień dla każdego malucha. I ten pierwszy dzień jak zazwyczaj to bywa z matką i to ona musi walczyć z atakiem strachu, przerażenia i bólu, ale chyba przede wszystkim niezrozumienia.
Niezrozumienia dlaczego moja własna mamusia chce mnie zostawić w tym miejscu i odejść i po prostu wmawia mi, że będzie ok, że wróci; że przedszkole to nic strasznego i że jest Adam i Ola i oni nie płaczą....

Tak sobie myślę, że te wszystkie tłumaczenie to straszne pierdoły.
Straszne wciskanie kitu 3-latkowi. Z drugiej strony jak inaczej to przejść?
No nie da się,

Chyba zrobię zdjęcie. Zdjęcie z dzisiaj powinienem za 20 lat wręczyć Młodemu jako pamiątka, że w tym dniu również tatuś niecierpliwie obracał w dłoni telefon i wpatrywał się w wygaszacz (oczywiście z twarzą Młodego). Że tata także ściskał kierownice z nerwów i w duchu cieszył się, że omija go jeszcze dzisiaj ten przymus patrzenia w zakochane w Tobie oczy pełne łez, które wydają się krzyczeć: "Nie oddawaj mnie tym paniom. Nie oddawaj mnie!", ale nie mogą, bo szloch i spazmy łez zatykają małe gardło.

Jezus. W poniedziałek ja zaprowadzam.
Jezus...

Brak komentarzy: