poniedziałek, 25 stycznia 2010

Warsztaty u Mistrza...?


Właśnie.

Okazało się, że po raz kolejny mam odrębne zdanie o czymś, co wydaje się być przecież oczywiste. Na dodatek, Mr. D stwierdził, że nie rozumiem słów, których używam :)

A wszystko zaczęło się od tematu - warsztatów.

Sytuacja często spotykana obecnie - znany fotograf (naprawdę znany i uznany na świecie nawet - Mistrz) ogłasza, że prowadzić będzie warsztaty. Dokładniej, w jego imieniu jakiś portal lub szkoła ogłasza, że on organizuje warsztaty z tymże znanym fotografem.


I teraz tak... słowo warsztaty ma zaszyte gdzieś znaczenie - nauka. Po to się je organizuje. By się czegoś nauczyć. Tak rozumieją to zwyczajowo ludzie i po to zapisują się na warsztaty. Cóż... ja widzę to inaczej.

"Warsztaty ze znanym fotografem - Mistrzem" absolutnie nie są organizowane w celach naukowych! Moim zdaniem są organizowane wyłącznie z dwóch powodów: by zarobił "znany fotograf" i by uczestnik mógł "poobcować ze znanym fotografem".
Nie ma tutaj żadnego aspektu nauki. Powiem więcej, zazwyczaj forma tych warsztatów (spotkań!) ma taki kształt, że nauczenie się czegoś jest niemożliwe i niewskazane.

Nieprawda?

Okey - załóżmy więc, że widzicie ogłoszenie, że za drobne 10.000zł warsztaty w Polsce organizuje Richard Avedon. W Gdańsku. W Akademii Plastycznej. Organizator (firma x) pobiera opłatę i w tym jest weekendowy warsztat z Avedonem. Jest program, który zwyczajowo zawiera w sobie: wykład, technika, osobiste zadania dla warsztatowiczów.
No i ja się zapytuje - jak musiałby być skonstruowany plan, by uznać, że średnio-zaawansowana osoba może nauczyć się robić zdjęć od Avedona!??? Zresztą poziom zaawansowania nie ma tutaj znaczenia. Równie nic nauczy się zawodowiec, co amator.

No sorry!
Co najwyżej może sobie popatrzeć na twarz Mistrza z rozdziawioną buzią chłonąc co facet ma do powiedzenia. Ale co innego wsłuchiwać się i podpatrywać jak Avedon robi wzorcowe zdjęcia, a co innego nauczyć się czegokolwiek. Przeca on nie powie Wam jak ustawić lampę by zrobić fotkę Margaret Thatcher..:)

Swoją drogą, Avedon organizował warsztaty... :)

To samo tyczy się innych "lokalnych sław", które uczą jak obrabiać obraz w PS czy jak pokazać piękno gołej kobity :)
To są spotkania z nimi... ale nie warsztaty...

Czy ja się mylę?
Bo ja chętnie zapłaciłbym parę złoty za Avedonowską pogadankę, ale nawet nie śmiałbym się próbować uczyć czegoś od niego.

Drogi Rudolfie,


Żałuję, że nie udało Ci się odwiedzić Północy. Ponoć w te mroźne dni była to jednak nadal najcieplejsza cześć naszego kraju.

Wystawiony trochę na siłę w Twoim imieniu Roderyk, miał pewne problemy z zaakceptowaniem dość niskiej temperatury, co powodowało przekomiczne sytuacje około-fotograficzne, jak przymarzanie języka do Jego dziwnego, małego aparatu w metalowej otulinie pancerza.
Lizanie swoich aparatów przy -20 jest cokolwiek przejawem zbytniego personifikowania sprzętu, a jak mawiają niektórzy wszystko-wiedzący - za dużo jest sprzętu w fotografii.

Nie wiem czemu Rudolfie, ale biesiady polskie mają zwyczaj kończyć się pierwszymi taktami "Góralu..." lub, jak było naszym wypadku, "Bogurodzicy".
A że nikt nie zna więcej niż ...bogiem sławiena Maryja.." tak tez szybko się (na szczęście!!) kończy to żałosne wycie :)
Zastanawiałem się czy każde spotkanie fotograficzne musi kręcić się wokół fotografii. Jakoś tak wyczułem, że nawet sam Roderyk, nie miał wcale, a wcale ochoty po raz kolejny poruszać strun, które miały rozwiązać odwieczny dylemat "bycia fotografem".
Cóż... wszyscyśmy trochę zmienili podejście i okazało się, że można po prostu pogadać. O wszystkim, bo każdy temat fotograficzny od razu dzielił nas na obozy.

Jak pięknie ujął to, nie po raz pierwszy, mój krajan dzerry: "fotografia to jedyne tak indywidualne medium, bo tylko jedna osoba może patrzeć przez ten p..... wizjer" :)
Dobre nie!?
Może dlatego tak ciężko nam dogadać się w grupie przy próbie tworzenia czegokolwiek razem.

Żałuje, że delegacja Twoja jedynie, nie przywiozła na spotkanie Twojego sztandaru w postaci Hassela, ale okazało się, że Marcin zadość uczynił temu brakowi i to "dość" skutecznie :)

Roberta pozdrów, bo dzielnie zmagał się z infekcją, a i Roderykowi pomagał w mówieniu, kiedy tenże popadał w zadumę nad własną marnością.

PS
Miłosz zostawił u mnie masę negatywów z takiego dziwnego aparatu na klisze 5x7, co to go rozstawił i świecił. Za cholerę nie rozpoznaję na zdjęciach nikogo. Czy to naprawdę my pozowaliśmy czy tylko nasze jaźnie się spotkały na płaskim terenie uczulonym srebrem?