wtorek, 5 stycznia 2010

Z fotografią jak z synem...


Według różnych teorii wychowania i psychologii, chłopcy w wieku do 4 roku życia są w etapie "matki". Czyli przytulanie, ciepło, kobieca ręka.
Od 4 do 16 lat to etap ojca. Ważne aby mieli nauczycieli mężczyzn (z zgrozo 90% nauczycieli to kobiety!) i ważne aby doznawali rygoru pewnego, który daje im konieczną w tym wieku dyscyplinę oraz poczucie pewności.

Właściwie to takie teorie znali już wieki temu i żadne to odkrycie, bo w epoce Piastów w Polsce istniały tzw. "babińce", gdzie przebywali właśnie chłopcy do 4-5 roku życia, by następnie przejść całkowicie pod władze wojów i rycerzy kształtując charakter mężczyzny.

W fotografii jest podobnie...

Na początku pieścimy się z aparatem, z kompozycją, z tłem...
Sami ze sobą zresztą, bo uczymy się wszystkiego, ale też oczekujemy, że fotografia nas będzie niańczyć i mlekiem karmić...

Dorastamy fotograficznie i zaczynamy wymagać więcej od fotografii. A to, że pokaże nam tajniki władania światłem, czasem, a nawet chemią fotograficzną. Stajemy się pomału wojami, którzy pragną czegoś bardziej męskiego niż rąbek spódnicy.
Babiniec zostawiamy za sobą. Bierzemy tarczę i wyruszamy na wojnę.
Z samymi sobą.

Mieczem nam aparat.
Zbroją własna głowa.

I co?

No właśnie, okazuje się w trakcie wojenki, że: to brakuje nam szabli, to rakiety ziemia-powietrze więc zakupujemy coraz to nowy arsenał. A to wielki format, a to 70-200L, a to BesseR z 21mm szkłem.
I...?
Ponosimy kolejne klęski. Niezależnie od szkieł i aparatów.


Bo tutaj czymś różnimy się od dziecka... za dużo myślimy.
Zdumiewa mnie to, jak pracuje mózg. Jakby potrzebował aby zostawić go czasami bez tych wszystkich odniesień i relacji wypracowanych przez lata.
Żeby traktować go jak dziecko 4 letnie. Spontaniczne, łobuzerskie, krzykliwie samodzielne.


okolice Jelitkowa, Gdańsk