sobota, 30 stycznia 2010

Candace Meyer... lifting



Jakiś czas temu Candace Meyer odpaliła nową stronkę. Mistrzyni fotografii "podsłonecznej" :), znowu daje o sobie znać.
Kobiecość, miękkość, erotyka w każdym ujęciu. To robi najlepiej... :)

Polecam stronę po liftingu...




piątek, 29 stycznia 2010

Konkurs... foty za śniadanie

Ogłoszono konkurs....

Regulamin ma w sobie coś diabolicznego. Zastanawiam się, czy tylko ja mam jakieś podskórne wrażenie robienia mnie w konia. Ale powoli. Zapoznajcie się i dajcie mi znać, za którą opcją obstajecie po przeczytaniu regulaminu:


1. Gdybym
był złośliwy, to bym napisał, że ten regulamin w skrócie brzmi tak:

.. daj mi swoje folio, ja Ci dam dwa śniadania, pokaże Ci co chcę abyś sfotografował, potem jeśli się spodoba, to zapłacę Ci za to niewielkie pieniądze, bo gdybym to zamówił u profesjonalisty to by mnie kosztowało ze 30-50 tys.... a tak kosztuje 8 tys. :) Ale jestem cwany i w dodatku krzewię kulturę fotograficzną....


2. Gdybym
nie był złośliwy, to bym napisał, że ten regulamin w skrócie brzmi tak:

... pokażcie się najlepsi, dam Wam szansę, zafunduje Wam darmowy pobyt u mnie i tylko poproszę o wykonanie paru zdjęć, potem je opublikuje i dam Wam trzy albumy i na dodatek zapłacę kasę, której nigdzie nie dostaniecie za wasze zdjęcia... Taki jestem uczynny i krzewię w dodatku kulturę fotograficzną dając szansę...



Wykonanie sesji dla takiego potentata jak AZOTY, to jest spokojnie cennik rzędu 40-80 tys. złotych od zawodowca. Czy więc taki konkurs to cwaniactwo, psucie rynku zawodowych fotografów, dawanie szansy młodym... a może jeszcze co innego...?

MaleMEN czy MieliMEN


Pisałem kiedyś o tym wydawnictwie.
Teraz już mi się pisać nie chce, bo tylko śmiech pusty mnie ogarnia jak widzę tam te sesje fotograficzne. Z numeru na numer wygląda na to, że im się wkrótce suwak skończy w PS. I co potem!> :)

Dżizas... mamy XXI wiek... takie zabawy w PS były fajne jakoś tak w roku 2001. Czy naprawdę nie stać ich na porządną sesję FOTOGRAFICZNĄ, a nie sesję graficzną?

Bosz - rozpacz. Zobaczcie zdjęcia Tomka Sikory - powinni mu odszkodowanie zapłacić, ale jak znam życie to mu wmówili, że wyszedł świetnie... tak zimowo :)
Chryste!
To samo zresztą z, bądź co bądź, fajnym aktorem - Marcinem Dorocińskim... rany Julek.. :(

Jak nazywa się edytor tego pisma...?
Kto zamawia te sesje...?
Bo kto płaci to mnie gila... :)




Fotografia blogowa...


Padło jak strzał z armaty. Prosto w ucho, gwałtowna erupcja decybeli ścisnęła się w wąskim kanaliku ucha i przedarła do mózgu. Eksplodowała weń.

Fotografia blogowa...
A właściwie i precyzyjnie - fotografia fotoblogowa {FF}.

W sumie to jej istnienie, a dokładniej taką kategorię - uświadomił mi J. Rzucił od niechcenia i jakoś tak utkwiło w głowie, bo do tej pory jedynie podświadomie odczytywałem immanentne jej cechy oglądają różne fotoblogi.

A ona ma swoje cechy.
I ona istnieje i jak uwielbiają robić to wszystkowiedzący komentatorzy - jest właściwa sobie jak fotki flickrowe... bo ponoć taka kategoria też jest?


Czym jest FF?
Jakie cechy ma FF?

- jest odautorska bardzo?
- jest niewątpliwie osobista, bo zazwyczaj tematyka to okolice życia autora?
- jest "tabloidalna"? (to słowo mnie zabija! - jest tak idiotyczne)
- jest szczera?
- jest prawdziwa? (czy to nie to samo co szczera?)
- jest nietechniczna?
- jest spontaniczna?

Cóż... moim zdaniem jest niewątpliwie ekstrawertyczna zakrawająca o ekshibicjonizm. Pokazywanie w sieci swojej codziennej toalety (zęby, siku itd.), pokazywania codziennej drogi do szkoły, pracy, imprez z kolegami, zarzyganych korytarzy, butelki trzymanej w ręku itd, itp... i to wszystko w otoczce rozmazania, błysku flesza, niedbałości... ot pstryku. To jednak jest dla mnie dość ciężkie do zrozumienia.
Nie, wcale nie wymagam poprawności technicznej i wcale nie namawiam do wystudiowania kadrów, co samo w sobie zaprzeczyłoby tej fotografii, jakże spontanicznej, ale zastanawiam się nad ta kategorią?

Czy my naprawdę tak bardzo uwielbiamy podglądać ludzi w ich naturalnym życiu, że takie fotoblogi nas korcą?
Co jest, że wpychamy łeb w intymne sprawy ludzi i że oni sami nas do tego nakłaniają, prowadząc te dzienniki foto z każdego swojego dnia?
Co jest?!

Rozumiem, że w ramach FF prowadzone są ciekawe cykle - jak wspomniane kiedyś fotografowanie nocą krzaków z lampą... Okey... wyraz artystyczny? Jasne.

Nie chcę zamknąć fotografii fotoblogowej jedynie w kontekst zdjęć osobistych. Wiem, że istnieją nieosobiste blogi, które też wyczerpują cechy FF.

Ale jak to jest? Czy to jest przyszłość wynikająca w prostej drodze z faktu, że KAŻDY ma aparat i KAŻDY jest fotografem więc KAŻDY musi mieć fotobloga?


Jowita Mormul w Gdańsku.... dzisiaj 18:00


Jeśli ktoś z Was w piątki popołudniu woli posłuchać ciekawego człowieka niż jechać do domu - to zapraszam na wykład otwarty
Jowity Mormul w Ratuszu Staromiejskim w Gdańsku przy ul Korzennej (NCK), godz. 18:00, dziś - piątek 29 stycznia.

Nie znam Jowity, ale chętnie posłucham... jest członkiem Rady Artystycznej ZPAF i fotografuje :)
Jej strona autorska to przegląd różnych podejść do medium, jakim jest fotografia, ale nie tylko. Sam jestem ciekaw, co mówi osoba, której twórczość jest w 90% dla mnie niezrozumiała i tajemniczo skomplikowana :)
Najbardziej znanym przedsięwzięciem jest cykl "Przestrzeń intymna".

[strona autorska Jowity Mormul]




czwartek, 28 stycznia 2010

Coś się stanie w lutym...


Nie od końca wiem co, ale ponieważ David Eustace jest jednym z moich ulubionych portrecistów, więc zapraszam Was od lutego na jego stronę. David ukończył właśnie swój projekt dotyczący portretów mieszkańców Nowego Jorku. Niestety musimy poczekać na efekty, ale chyba będzie warto :)


A przy okazji polecam przeglądnąć folio... Różności. Raz lepiej, raz gorzej.


środa, 27 stycznia 2010

Historia do czytania...


Dzisiaj krótko, ale treściwie.

Polecam Wam gorąco materiał Krzysztofa Jureckiego opublikowany na stronach Culture.pl.
Myślę, że pomimo swej lakoniczności i charakteru bardzo zwartego, każdy szanujący się rodzimy fotograf powinien znać pionierów fotografii polskiej...:)

Polecam "Historia fotografii polskiej do roku 1990" - Krzysztof Jurecki.

"Budowa mostu Kierbedzia", fot. Karol Beyer
(zdjęcie z okresu: 1859-1863)



poniedziałek, 25 stycznia 2010

Warsztaty u Mistrza...?


Właśnie.

Okazało się, że po raz kolejny mam odrębne zdanie o czymś, co wydaje się być przecież oczywiste. Na dodatek, Mr. D stwierdził, że nie rozumiem słów, których używam :)

A wszystko zaczęło się od tematu - warsztatów.

Sytuacja często spotykana obecnie - znany fotograf (naprawdę znany i uznany na świecie nawet - Mistrz) ogłasza, że prowadzić będzie warsztaty. Dokładniej, w jego imieniu jakiś portal lub szkoła ogłasza, że on organizuje warsztaty z tymże znanym fotografem.


I teraz tak... słowo warsztaty ma zaszyte gdzieś znaczenie - nauka. Po to się je organizuje. By się czegoś nauczyć. Tak rozumieją to zwyczajowo ludzie i po to zapisują się na warsztaty. Cóż... ja widzę to inaczej.

"Warsztaty ze znanym fotografem - Mistrzem" absolutnie nie są organizowane w celach naukowych! Moim zdaniem są organizowane wyłącznie z dwóch powodów: by zarobił "znany fotograf" i by uczestnik mógł "poobcować ze znanym fotografem".
Nie ma tutaj żadnego aspektu nauki. Powiem więcej, zazwyczaj forma tych warsztatów (spotkań!) ma taki kształt, że nauczenie się czegoś jest niemożliwe i niewskazane.

Nieprawda?

Okey - załóżmy więc, że widzicie ogłoszenie, że za drobne 10.000zł warsztaty w Polsce organizuje Richard Avedon. W Gdańsku. W Akademii Plastycznej. Organizator (firma x) pobiera opłatę i w tym jest weekendowy warsztat z Avedonem. Jest program, który zwyczajowo zawiera w sobie: wykład, technika, osobiste zadania dla warsztatowiczów.
No i ja się zapytuje - jak musiałby być skonstruowany plan, by uznać, że średnio-zaawansowana osoba może nauczyć się robić zdjęć od Avedona!??? Zresztą poziom zaawansowania nie ma tutaj znaczenia. Równie nic nauczy się zawodowiec, co amator.

No sorry!
Co najwyżej może sobie popatrzeć na twarz Mistrza z rozdziawioną buzią chłonąc co facet ma do powiedzenia. Ale co innego wsłuchiwać się i podpatrywać jak Avedon robi wzorcowe zdjęcia, a co innego nauczyć się czegokolwiek. Przeca on nie powie Wam jak ustawić lampę by zrobić fotkę Margaret Thatcher..:)

Swoją drogą, Avedon organizował warsztaty... :)

To samo tyczy się innych "lokalnych sław", które uczą jak obrabiać obraz w PS czy jak pokazać piękno gołej kobity :)
To są spotkania z nimi... ale nie warsztaty...

Czy ja się mylę?
Bo ja chętnie zapłaciłbym parę złoty za Avedonowską pogadankę, ale nawet nie śmiałbym się próbować uczyć czegoś od niego.

Drogi Rudolfie,


Żałuję, że nie udało Ci się odwiedzić Północy. Ponoć w te mroźne dni była to jednak nadal najcieplejsza cześć naszego kraju.

Wystawiony trochę na siłę w Twoim imieniu Roderyk, miał pewne problemy z zaakceptowaniem dość niskiej temperatury, co powodowało przekomiczne sytuacje około-fotograficzne, jak przymarzanie języka do Jego dziwnego, małego aparatu w metalowej otulinie pancerza.
Lizanie swoich aparatów przy -20 jest cokolwiek przejawem zbytniego personifikowania sprzętu, a jak mawiają niektórzy wszystko-wiedzący - za dużo jest sprzętu w fotografii.

Nie wiem czemu Rudolfie, ale biesiady polskie mają zwyczaj kończyć się pierwszymi taktami "Góralu..." lub, jak było naszym wypadku, "Bogurodzicy".
A że nikt nie zna więcej niż ...bogiem sławiena Maryja.." tak tez szybko się (na szczęście!!) kończy to żałosne wycie :)
Zastanawiałem się czy każde spotkanie fotograficzne musi kręcić się wokół fotografii. Jakoś tak wyczułem, że nawet sam Roderyk, nie miał wcale, a wcale ochoty po raz kolejny poruszać strun, które miały rozwiązać odwieczny dylemat "bycia fotografem".
Cóż... wszyscyśmy trochę zmienili podejście i okazało się, że można po prostu pogadać. O wszystkim, bo każdy temat fotograficzny od razu dzielił nas na obozy.

Jak pięknie ujął to, nie po raz pierwszy, mój krajan dzerry: "fotografia to jedyne tak indywidualne medium, bo tylko jedna osoba może patrzeć przez ten p..... wizjer" :)
Dobre nie!?
Może dlatego tak ciężko nam dogadać się w grupie przy próbie tworzenia czegokolwiek razem.

Żałuje, że delegacja Twoja jedynie, nie przywiozła na spotkanie Twojego sztandaru w postaci Hassela, ale okazało się, że Marcin zadość uczynił temu brakowi i to "dość" skutecznie :)

Roberta pozdrów, bo dzielnie zmagał się z infekcją, a i Roderykowi pomagał w mówieniu, kiedy tenże popadał w zadumę nad własną marnością.

PS
Miłosz zostawił u mnie masę negatywów z takiego dziwnego aparatu na klisze 5x7, co to go rozstawił i świecił. Za cholerę nie rozpoznaję na zdjęciach nikogo. Czy to naprawdę my pozowaliśmy czy tylko nasze jaźnie się spotkały na płaskim terenie uczulonym srebrem?






środa, 20 stycznia 2010

O czym fotograf gada w sieci...


Mam staż. Ukryć się nie da. Ni wieku, ni tego, że korciło mnie od zawsze gadanie o fotografii w sieci.
Przerobiłem wszystkie chyba formy komunikowania się w tym temacie, począwszy od grup, przez irc, potem fora, blogi, portale społecznościowe itd...

Często, siedząc dłużej na jednym medium, miałem wrażenie déjà vu. Tematy powracały wraz z nowymi użytkownikami lub leniami, którzy nie zadawali sobie trudu przeczytania lub poszukania czegoś zanim zapytają.

Okazuje się, że po tych chyba już grubo ponad 10 latach, tematy nadal powracają. Wręcz spotęgowało się moje wrażenie widzenia powtórnego... praktycznie obecnie wyłącznie i tylko widzę powtórnie :)


Pomyślałem sobie, że zadam sobie trud zebrania kilku najpopularniejszych fotograficznych tematów dyskusyjnych, z krótką charakterystyką zachowań uczestników. Myślę, że spokojnie da się to zastosować we wszystkich kolejnych tego typu "dyskusjach".


Temat 1
Niezniszczalna i nie do zakończenia dyskusja o wyższości jednego produktu nad drugim. Jednej marki nad drugą.
Uczestnicy dzielą się zazwyczaj na grupę specjalistów technicznych - ci skubani znają wszystkie detale budowy sensora, receptora i wymieniają na jednym oddechu ilość kwantów i kwarków, na które składa się przycisk spustowy aparatu.
Druga grupa to emocjonalni, uduchowieni posiadacze.
Oni po prostu utożsamiają się z marką, z danym modelem i żadne dowodzenie, że ich aparat ma gorsze parametry nic nie da. Oni są jak zakon Najświętszej Maryi Panny - krzyż na piersi i do obrony gotowi.


Temat 2
Drugi temat, przy narodzeniu którego byłem i nawet uczestniczyłem, to historia pojawienia się sprzętu cyfrowego i zantagonizowanie środowiska fotografów: analog vs. cyfra.
No tak... tutaj prędzej czy później dochodzi do wymiany chamskich inwektyw pod adresem cyfrowców, których obraz jest bezduszny, plastikowy, brak w nim ziarna i detali, które oczywiście (!) ma analog.
Dyskusja ogniskuje się wokół duszy, jej braku lub aspektów technicznych ponownie.
Obrońcy starej wiary niestety przeszli ostatnio na okopane szańce, bo ilość żołnierzy w armii przeciwnika przygniotła ich niewspółmiernie do jakości tychże produktów :)
Jednak analogowcy skierowali ostrza swoich ripost słownych w stronę elitarności i wyjątkowości, co wydaje się ostatnio przynosić korzyść, bo analog zszedł do roli narzędzia dla świadomych i doświadczonych fotografów.
Nie oceniam czy to dobrze, jedynie interesuje mnie ten aspekt całego sporu.

Istnieje, co należy podkreślić, tutaj także grupa uparcie pozostająca poza sporem i przedstawiająca ambiwalentny stosunek do sporu twierdząc, że nie ma znaczenia czym się robi. Ja ich nie rozumiem jednak.

Temat 3
Może wywołuje on mniej emocji, co poprzednie, ale przez fakt, że zawsze (!) dyskusja schodzi na płaszczyznę osobistą, jest ciekawy i burzliwy. Chodzi o onanizm sprzętowy. Tak, temat ten dorobił się własnych skrótów myślowych, własnego języka nawet. Epitety związane z tymi dyskusjami są często na granicy chamstwa.
Czy posiadanie sprzętu determinuje jakość fotografii i odwrotnie.
Czy każdy świadomy fotograf sprzedaje swoje aparaty dochodząc do wniosku, że nie w sprzęcie jest tajemnica..?
To główne wątki.
Oczywiście tutaj też zaszyte są dyskusje z pkt. 1 i 2 :)

Temat 4
Ocenianie innych. No tak... temat rzeka. Orinoko i Amazonka razem wzięte nie dałyby rady aby pomieścić w swoich korytach ilość żółci jaką wylewa się w tych dyskusjach na konkretnych fotografów, którzy bądź to z własnej woli, bądź to nieświadomi tego stali się obiektem "oceny".


schemat jest zawsze taki sam. Ktoś napisze, że czyjaś fotografia jest dobra, bardzo dobra.... po czym po pierwszym wpisie podważającym te opinie wylewa się rzeka krytyki. Najczęściej totalnie niekonstruktywnej. A to, że fotograf leci flickrem, a to, że ma za ciasne kadry, a to, że nosi zielone buty, a to, że.... i tutaj pada chyba najwspanialszy tekst w tej kategorii: "takich fot w sieci są miliony".

Następnie pojawiają się obrońcy autora i zdegustowani takim atakiem uczestnicy dyskusji. Zaczyna się wymiana epitetów i znowu pada sakramentalne: "pokaż mi swoje zdjęcia skoro takiś mądry".

Potem to już klasyczna pyskówka. Te dyskusje zazwyczaj przyciągają od 20 do 50 komentarzy pod wpisem.


Temat 5
Czy wzorować się na Mistrzach (oglądać albumy), czy też nie zaśmiecać sobie pamięci, bo nasze fotografie staną się kalką.

Tutaj stają na przeciw siebie heroldzi głoszący dwie skrajne wieści: wszystko już zostało zrobione i tabu złamane w fotografii więc nic oryginalnego i tak nie powstanie więc oglądać.
Z drugiej strony wieszczą, że: zresetować się, nie oglądać, bo potem tylko problemy z wymyśleniem czegoś nowego.

Ta dyskusja przyciąga najmniej uczestników, bo zmuszeni do przemyśleń tracą zapał do pisania. Poza tym, trudno tutaj używać osobistych wyzwisk przez co staje się owa dyskusja "nudna".



Liznąłem jedynie temat tematów dyskusji. Niemniej toczą się one obecnie i toczyć się będą i za lat 100.
A ponieważ jak wiecie doskonale "warto rozmawiać" :) więc jedynie pozostaje mi życzyć sobie wielu uczestników i rozumu w tym wszystkim... :)

Oby Amazonka i Orinoko zapełniały się pozytywną energią...






niedziela, 17 stycznia 2010

Pierwszy zasrany plan...


Niestety... dla wielu z nas do końca życia nie dostrzegalny będzie "drugi plan".
Czym starszy jestem dziad, tym bardziej załamuję ręce nad ludzka bezmyślnością i głupotą. Nad dostrzeganiem jedynie czubka swojego nosa, czyli "pierwszego planu".

Idę na sanki z synem, a właściwie na tzw. jabłuszko. Mieszkam na "nowym osiedlu". Jak wiadomo, przestrzeń jest tak ciasno zagospodarowana, że plac zabaw jest wielkości mojej kuchni, ale jest, bo developer był zobowiązany "coś" postawić. Oczywiście zielenie nie ma tutaj wcale, bo wszystko zajmują miejsca parkingowe po 10,000 od sztuki. O górce do jeżdżenia nie ma co marzyć. Przy tych warunkach, stare osiedla gierkowskie wydają się obecnie enklawą przestrzeni i zieleni (patrz Żabianka, Zaspa).

Jest więc u nas jedna górka niewielka na sąsiednim osiedlu i na tej górce jeżdżą wszystkie dzieci z 3-4 osiedli wokół. Wychodzę więc dzisiaj pojeździć i co widzę u podnóża tej górki..? Oczom nie wierzę, ci sami ludzie, którzy jeszcze wczoraj na świeżym śniegu bawili tam woje dzieci, wieczorem postanowili... wyprowadzić u podnóża górki swoje... psy!
Cały dół górki jest więc..... psimi odchodami...!
To się nie mieści w głowie... co za stado głupich baranów. Debile!

Pamiętam akcje Piotra chyba rok temu na temat wyprowadzania psów na trawniki. Śmiechu warte się to wydaje, ale uważam, że dopóki nie nauczymy się kultury elementarnej (nie ... pod siebie) to nie powinniśmy w ogóle rozmawiać o sztuce, fotografii czy innych podobnych nieosiągalnych wyższych aspektach człowieczeństwa.

Czemu o tym piszę tutaj?

Bo podobnie jest czasami z fotografią. Robimy byle jak, byle nacisnąć migawkę. Widzimy jakiś pierwszy plan i trach! Fota gotowa. A przecież w kadrze powinien być porządek, jakieś przemyślenie. Musimy uważać na ten pierwszy plan, bo często zapominamy na chwilę spojrzeć w nieostrość za nim. Sprawdzić jakie plany pojawią się nad głowa modela, jaki kolor tła odciągnie wzrok od głównego wątku.
Nie róbmy ze swojego fotografowania takiej górki, na którą wyprowadzamy nasze psy.
Nauczmy się porządku, który powinien być nam wpojony z mlekiem matki.
A jak nie umiemy, to nie fotografujmy... to nie kupujmy psów dzieciom i sobie! Proste.

Kiedyś byłem za zakazem posiadania psów na osiedlach. Ale w sumie co winien jest pies, że jego właściciel jest debilem!?
Powinna istnieć kara za takie praktyki egzekwowana na podstawie fotografii (ponownie pomysł Piotra)... powiedzmy 5000zł.
Jestem przekonany, że nauczymy to bydło w ciągu roku jak dbać o zwierzę.

Szkoda, że analogicznej kary nie da się wyegzekwować w fotografii :)


To tyle... na maksymalnych wnerwie pisane.
Nie oczekuje dyskusji na temat psów... jeśli chcecie pogadajmy o estetyce fotografii...
Darujmy sobie watki trawnikowe... :) Please.



piątek, 15 stycznia 2010

Zaprzęg poszukiwaczy...


Mam ofertę dla chętnych.
Oferta jest bezczelna i swawolna trochę.

Otóż - każdy, kto znajdzie mi wyjątkowa twarz do sportretowania i ja uznam , że rzeczywiście tak jest i zrobię tej osobie zdjęcie, może liczyć na darmowy portret w moim studio :)


Czyli...
- znasz osobę o nietypowej, nieprzeciętnej, niestandardowej urodzie (niezależnie od płci)
- masz jakieś jej zdjęcie jako dowód i za jej zgoda wyślesz mi
- ja uznam, że warto było i umówię się z tą osoba na portret
.... dostaniesz sesję za darmo u mnie... swoją lub żony, kochanki, dzieciaków...

Warunkiem jest wspomniana nietypowość modela!!! To ja oceniam czy zainteresuje mnie Wasz typ :)

Sesja w Gdańsku.

A nuż ktoś z Was zna kogoś takiego. Jestem otwarty :)
Stale i ciągle szukam nietypowych twarzy.


czwartek, 14 stycznia 2010

Mechanika tradycyjna... 20x24


Za sama nawet możliwość obcowania z tym cudem dałbym wiele. Tym większą przyjemność sprawił mi Tomek, który na swoim blogu Duże Formaty śledzi niezłomnie losy i dzieje tego wyjątkowego aparatu (chwała Tomasz!).
Mowa oczywiście o cudownie krowiastym Polaroid 20x24.

Tym razem Tomek wyśledził chyba jedyny taki na świecie film z know how obsługi tego cudaka :) Polecam Wam gorąco... film TUTAJ (195MB, mp4)

Swego czasu pisałem o świetnym, opartym raczej o formę niż wybitną ideę, projekcie Tim'a Mantoani "Behind Phorographs", który został wykonany właśnie tym aparatem i rozrósł się mocno.


Niemniej przeglądnijcie sobie ten filmik... magia urządzeń mechanicznych...!



środa, 13 stycznia 2010

Hop, hop... przeskocz siebie...



Wpadł mi w ręce grudniowy numer brytyjskiego GQ. Generalnie wziąłem go, bo na okładce była Nicole Kidman - bosko śnieżnocera kobita - a gdy już zobaczyłem, że zdjęcia robił Peter Lindbergh to szybko wertowałem strony.




Już widząc okładkę, zapaliła mi się pomarańczowa lampka, że coś jest nie tak z tym autorem zdjęć. Nieufnie zajrzałem na następne zdjęcia i.... no i... i foty jak foty.

A stwierdzenie - foty jak foty - w stosunku do zdjęć Lindbergha, to trąci lekko bluźnierstwem. Ale faktów się nie da oszukać. Te zdjęcia (których nie mogę w sieci namierzyć) są po prostu takie sobie mocno. Wręcz bardzo takie sobie i gdyby nie twarz Nicole, to nie wiem czy zauważyłbym w ogóle tę sesję.

I powróciło do mnie odwieczne stwierdzenie/pytanie stawiane zwłaszcza przez niektórych życzliwych kolegów po kolejnym opublikowanym zdjeciu (tak Miłosz) - no i nie przeskoczyłeś siebie iczek (lub wersja: i jak teraz przeskoczysz siebie?).

Czym jesteś wyżej, tym więcej wymagają. Tak mnie uczyli w szkole. Tak chyba i też jest w świecie tworzenia. Zrobiłeś coś raz dobrze, każdy oczekuje, że teraz skaczesz na nowy rekord. A ile w życiu można pobić rekordów...>? Chyba jest jakaś granica bycia dobrym, najlepszym itd...?

W naszym grajdołku, świetne, wybitne i rewelacyjne sesje w magazynach zdarzają się niezmiernie rzadko. Najczęściej dlatego, że nasze krajowe tuzy co jakiś czas muszą połasić się na szybki szmal i zrobić byle co dla byle jakiej gazety - byle fakturę wystawić. Ale są tacy autorzy, którzy nie muszą się silić na kasę i robić rzemiosła. Taki Recuenco, taki Olaf, taki Meisel... nie widziałem ich sesji, które nie byłyby rewelacyjne.

To jak to jest z tym przeskakiwaniem samego siebie. Obowiązek to mój,Wasz li tylko kolejna fanaberia odbiorców, klientów?


poniedziałek, 11 stycznia 2010

Polecane... Sandro Miller


Kolejny przykład, że na "sławnych" można dobrze wyjść :)
Sandro Miller sportretował wielu sławnych. Raz lepiej, raz gorzej, ale nawet jak gorzej, to nazwisko ratowało sesję. I ten problem mnie nurtuje od lat..:(
Ale Sandro też robi zdjęcia niesławnym...:) Generalnie warto znać... wali kolorem aż trzeszczą gnaty...

Jego głośnym projektem jest czarno-biały album "American Bikers". Kilka przykładowych fotek w dziale Personal >> Bikers.

fot. : Sandro Miller (www.sandrofilm.com)


Nie podoba mi się...


Każdy kto chociaż raz robił coś dla kogoś za pieniądze, łatwo zrozumie o czym chcę napisać. Rzeczy tyczy się oczywiście tego fragmentu robienia za pieniądze, który dotyczy fotografii.

Przypadek:
- Chciałbym portret.
- ?
- No taki wie pan... prosty, dla siebie, trochę dla dzieciaków... oj tak sobie wymyśliłem.
- Jakieś preferencje czy pozostawia mi Pan wolną rękę?
- Na Pana stronie widziałem informację, że klient zna dorobek i styl artystyczny studia i godzi się na wizję artystyczną. To mi pasuje. Tylko chciałbym bez udziwnień, bez jakiś rogów, piórek itp... Tylko takie mam uwagi.
- Proszę przyjść jutro. Zna Pan ceny ze strony?
- Tak widziałem... milion złotych za pojedyncze ujęcie.
- Zgadza się...

Po 5 dniach.

- Chciałem odebrać portret.
- Proszę, dodałem od siebie ramkę, ale oczywiście może Pan to zmienić.
- ....?
- Coś nie tak...?
- Nie podoba mi się.
- ....?
- Wyglądam jakoś nie jak ja. I te oczy jakieś podkrążone i włosy siwe po lewej mocno. Ale przede wszystkim, to ja smutny jestem strasznie.
- No cóż... wydał Pan właśnie miliom... [próba żarciku]
- Nie biorę..
- Może jednak. To świeżutki portret. Jedyny... [znowu próba żarciku]
- Poproszę o zwrot zaliczki.
- ...?


I to już koniec opowiastki. A jej morał? Może nie ma morału? Może jest pole do zastanowienia się o co chodzi w tym oczekiwaniu i spełnieniu?
Czy jako usługodawca, ale w widocznym nawiasie - artysta - jestem zobowiązany schlebiać gustom klienta?

Nie jestem fotografem fashion, któremu nad głową w trakcie sesji siedzi 5 osób z firmy plus 4 producentów plus ma na monitorze od razu ramki i zdjęcia billboardów i musi tylko wpasować się z fotką miedzy już napisane hasła i grafiki.
Ja w 99% sam pokazuje osobę, którą portretuje. Czy portretowany ma prawo powiedzieć - nie podoba mi się!?
Ma prawo nie zapłacić?

Wiem, zaraz napiszecie, że trzeba skonstruować z prawnikiem dobrą umowę. Taką, w której klient będzie jedynie bulił.
A może jednak podejście Witkacego...?
Ludzie to barany i na sztuce się nie znają, więc walnę im regulamin, że praw nie mają i ja wiem lepiej i jak nie chcą to wynocha! :)

Jak trudno nam dostrzec w sobie coś innego niż chcielibyśmy widzieć.
Wiem, to bo sam nie akceptuje swoich zdjęć.
Żadnych :)

[wyjaśniam - to nie jest niezadowolona klientka :)]


sobota, 9 stycznia 2010

Ważne by autorskie...


Dzień ponury, śniegu jak na lekarstwo w Trójmieście więc jak stado baranów naród garnie się do centrów wszelakich.
W centrach owych robi zakupu albo ogląda wystawy, ważne,że miejsce parkingowe jest więc można z kurtką pod pachą snuć się między witrynami kuszącymi zniżkami do 70%.

I mnie to nie ominęło. Sanki przywiązane do korytarzowej poręczy schodów i nie doczekały się, a prognozy były takie obfite w śnieg... :(

Nic to. Moja latorośl ma te zaletę, że lubi "czytać" książki. Odwiedzamy więc Empik i on siada w tym sektorze dla VIP (stoliczek i dwa mini krzesełka) i przegląda tony książek dla dzieci. Wspaniale.
Tata w dziale obok buszuje w albumach.

I dzisiaj naszła mnie taka refleksja.

Pośród dziesiątek wprost albumów krajoznawczych o Polsce, jakieś 85-90% to albumy zbieranki fotograficzne.
Autorzy zdjęć są wymieniani gdzieś pod koniec czcionką nr 7 i nikogo w sumie nie interesuje kto robił zdjęcia. Zazwyczaj są to pocztówki z poszczególnych regionów, utrzymane w tematyce: góry, zamki, pałace, morza, bagna, rzeki, stare domy, chałupy, przyroda, dziki, bociany itp, itd...

Ta reszta to albumy autorskie. Czyli konkretny autor pokazuje nam fragment lub temat związany z Polską w swój sposób. No i tutaj... bieda.
Bo to widzenie autorskie jest najczęściej amatorskie. Tak jakby żaden zawodowy fotograf nie miał czasu, środków ani sił aby to robić. Pewnie jest klarowane uzasadnienie ekonomiczne, bo ileż trzeba by zapłacić zawodowcowi za jeżdżenie cały rok po kraju i robienie tylko zachodów słońca :)? Pewnie nikomu się to nie opłaca.

No więc oglądam te autorskie prace i trochę mi przykro, bo widzę jaki to jest zazwyczaj odwal.
Mam zrobić góry, to idę z plecakiem w w dwa dni chodzenia robię 1000 fot. Wybierze się! Co mi tam. Tak zapewne myśli fotograf. To samo zresztą podróżnicy ("podróżnicy"), wydają albumy na zasadzie: tutaj byłem. Bez ładu, bez pojęcia, bez polotu. Tragedia.
Albumy krajoznawcze mają jeden cel: pokazać piękno, unikatowość pewnych miejsc, a dostajemy papkę na zasadzie: O! ten ma foty, bierzemy - myśli wydawnictwo.

Ale wiecie co, pomimo tych wszystkich wad albumów autorskich, to jednak wolę je. Chociażby dlatego, że są... autorskie. Że prezentują spojrzenie jakiegoś człowieka. Nawet jeśli są nieudolne, słabe i czasami po prostu fotograficznie niedbałe. Cóż... tacy jesteśmy. W masie swojej nijacy, sztampowi, powieleni jak ksero. A czyż nie lepiej obcować z fotografią jakąś (nawet gorszą) niż nijaką?

Dlatego nie czepiam się już wszystkiego. Nie pragnę doskonałości. Wolę pogadać z fotografem drugim. Nawet o jego słabych zdjęciach. I moich słabych zdjęciach.

By nie dać się zaprowadzić do "Fotograficznego Centrum Handlowego"....





piątek, 8 stycznia 2010

Znowu się chwalę... Wyczółkowski by iczek


No dobra, why not... :)

Rok zaczyna się fajnie, otrzymałem zupełnie przypadkowo wiadomość, że zdobyłem drugą nagrodę w konkursie fotograficznym "Śladami Leona Wyczółkowskiego" organizowanym przez Muzeum Okręgowe w Bydgoszczy. Swoją drogą to dziwne, że rozstrzygnięcie nastąpiło ładnych dni temu kilka, ja nawet nie zostałem powiadomiony... :(

Pierwsze miejsce zajął Marek Piestrzyński. Niestety nigdzie nie mogę znaleźć zdjęć nagrodzonych, a bardzo byłem ciekaw poziomu.

Więcej info na stronie Muzeum w Bydgoszczy.

Dwa z mojego cyklu...



Oooo znalazłem stronę z fotkami - TUTAJ


wtorek, 5 stycznia 2010

Z fotografią jak z synem...


Według różnych teorii wychowania i psychologii, chłopcy w wieku do 4 roku życia są w etapie "matki". Czyli przytulanie, ciepło, kobieca ręka.
Od 4 do 16 lat to etap ojca. Ważne aby mieli nauczycieli mężczyzn (z zgrozo 90% nauczycieli to kobiety!) i ważne aby doznawali rygoru pewnego, który daje im konieczną w tym wieku dyscyplinę oraz poczucie pewności.

Właściwie to takie teorie znali już wieki temu i żadne to odkrycie, bo w epoce Piastów w Polsce istniały tzw. "babińce", gdzie przebywali właśnie chłopcy do 4-5 roku życia, by następnie przejść całkowicie pod władze wojów i rycerzy kształtując charakter mężczyzny.

W fotografii jest podobnie...

Na początku pieścimy się z aparatem, z kompozycją, z tłem...
Sami ze sobą zresztą, bo uczymy się wszystkiego, ale też oczekujemy, że fotografia nas będzie niańczyć i mlekiem karmić...

Dorastamy fotograficznie i zaczynamy wymagać więcej od fotografii. A to, że pokaże nam tajniki władania światłem, czasem, a nawet chemią fotograficzną. Stajemy się pomału wojami, którzy pragną czegoś bardziej męskiego niż rąbek spódnicy.
Babiniec zostawiamy za sobą. Bierzemy tarczę i wyruszamy na wojnę.
Z samymi sobą.

Mieczem nam aparat.
Zbroją własna głowa.

I co?

No właśnie, okazuje się w trakcie wojenki, że: to brakuje nam szabli, to rakiety ziemia-powietrze więc zakupujemy coraz to nowy arsenał. A to wielki format, a to 70-200L, a to BesseR z 21mm szkłem.
I...?
Ponosimy kolejne klęski. Niezależnie od szkieł i aparatów.


Bo tutaj czymś różnimy się od dziecka... za dużo myślimy.
Zdumiewa mnie to, jak pracuje mózg. Jakby potrzebował aby zostawić go czasami bez tych wszystkich odniesień i relacji wypracowanych przez lata.
Żeby traktować go jak dziecko 4 letnie. Spontaniczne, łobuzerskie, krzykliwie samodzielne.


okolice Jelitkowa, Gdańsk



poniedziałek, 4 stycznia 2010

Marek Szyryk moczy dłonie w kolodionie


A efekty tego bezpośredniego kontaktu między człowiekiem, szybą a kolodionem możecie zobaczyć od od 8 stycznia (piątek) od godz. 18:00 w Łodzi w Galerii FF.

Więcej na temat projektu Marka - "Dotykając stołu" na stronie Fotopolis, skąd też zaciągnąłem tę informację i zdjęcie Marka poniższe.

Myślę, że warto to zobaczyć.

sobota, 2 stycznia 2010

Ankieta - fotoiczek portalowy...?


Dziękuje wszystkim, którzy oddali głos w ankiecie.
Wyjaśnić pragnę, że goniony chęcią zmian, sam sobie zaproponowałem przejście na inny system blogowania.
Poza kwestią czysto estetyczną i skłonnością do zmian wpisaną w mózg, cały zabieg miał mieć na celu również trochę inne sprofilowanie całej tej mojej pisaniny. Dlaczego?

Z rożnych stron dobiegają mnie głosy, że poza dwoma, może trzema miejscami w sieci nie wiele można znaleźć portali poświęconych fotografii w ujęciu, które nie sprowadza tego do newsów o technice i krótkich recenzji wydarzeń. A przede wszystkim nie ma miejsc, gdzie można o sprawach ideowo-fotograficznych "porozmawiać" w formie komentarzy.
Forma forum nie sprawdza się w tego typu dyskusjach. Poza tym, jest to całkowicie inne narzędzie oddające raczej prowadzenie forum w ręce wszystkich czytelników, a blog "kierowany" jest niejako przez konkretną osobę, z konkretnymi poglądami i konkretnymi ocenami.

Jąłem tedy zastanawiać się czy moja pisanina nie powinna nabrać formy bardziej właśnie portalowej, może trochę bardziej zinstytucjonalizowanej (w sensie 2-3 autorów) i poszerzonej o dodatkowe informacje ze świata fotografii (niekoniecznie tylko filozofii, też techniki może). Jednak unikającej oklepanych już wzorców w sieci.

Rzuciłem tedy zapytanie, by wybadać Wasze oczekiwania i trochę kubeł zimnej wody żeście mi zafundowali :)

Wyniki ankiety.
Udział wzięło 285 czytelników. Za zmianą charakteru bloga na bardziej portalowy głosowały 63 osoby, przeciw było 221 osób. Co daje stosunek 22% do 77% na rzecz przeciwników zmian.

Dlaczego wolicie blog w tej formie?
Dlaczego nie chcecie nowoczesnego designu w formie portalu? Przeca te retro kolory obecne to już mi nawet bokiem wychodzą :)
Tell me why?


Wartość świetlna...


Kiedy byłem w 8 klasie podstawówki, a może siódmej...w każdym razie gdzieś pod koniec mojej nauki elementarnej, to w Polsce zdarzył się przełom. Nie musiałem już bowiem uczyć się rosyjskiego języka...!
Co za ulga. Ma świadomość dziecięca wówczas jakoś prawidłowo odczytała znaki polityczne, bo skoro była możliwość nie uczenia się czegoś, to why not!?:)
No i przestałem się uczyć pomimo ewidentnych zdolności do języków...
Po prostu mechanizm - nie musisz! - zadziałał.

Związek z fotografią?
Prosty!

Oto jestem młoda, ponętną nastolatką i dostałam pod choinkę aparat. Cyfrowy, a jakże!
Mój chłopak pęka z zazdrości, bo jego aparat (cyfrowy - a jakże!) ma w nazwie tylko 3 cyfry i dwie litery, a mój ma 4 cyfry i dwie litery (1000ns). Nazwa to frajer jednak. Liczy się to, że aparat sam robi zdjęcia!
Nie trzeba nic wiedzieć o fotografii, nie trzeba się niczego uczyć!
Wow~!

No właśnie... nic nie trzeba. Świat zaczął się składać z "gotowizn". Gotowych urządzeń robiących wszystko za Ciebie, z gotowych myśli, gotowych idei, gotowych praw i gotowych wyroków.
A jakże piękna potrafi być nauka.

Z nowym rokiem postanowiłem więc zamienić się trochę w Don Kichota i przekazać Wam trochę wiedzy fotograficznej technicznej. Tak, wiem brzmi nieciekawie. Zwłaszcza, że ja jestem kiepski z techniki, ale pomoże mi książka, która mnie wychowała fotograficznie i wszystko co wiem, wiem z niej. Kiedy na półce leżał u mnie aparat Druh, to obok zawsze była ta książka. Jaka, to potem :)

Po tym przydługawym wstępie dzisiaj pierwsza lekcja. Dla pierwszoroczniaków i średnio-zaawansowanych.

Temat: Wartość świetlna

Aby wykonać poprawne technicznie zdjęcie potrzebujemy dwóch rzeczy (poza sprzętem i asystentem) - przysłony i czasu. To dwie wartości, które w fotografii są tak związane jak schody z poręczą czy pijak z butelką, można jednak zapewne przestawić w formie niekoniecznie dwojakiej. Ktoś kiedyś wpadł na pomysł, żeby zamiast mówić: "Zrobię fotę przy czasie 1/60 i przysłonie 8", powiedzieć to krócej i jasno dla wszystkich - "Robię fotę na 12".

Przedstawiam Wam pierwszą tabelę, w której ujęte zostały międzynarodowe wartości przysłon* i przyporządkowane im kolejne liczby od 0 do 10.


Rząd kolejnych sił światła:
1
1/4
2
2,8
4
5,6
8
11
16
22
32
0
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10

* w fotografii istniały (-ją) kiedyś inne wartości przysłon proponowane przez niemieckich fotografów/fizyków (2,2-3,2-4,5-6,3-9-12,5-18-25-36)


Teraz zróbmy to samo z czasami:
Rząd kolejnych czasów:
1/1000
1/500
1/250
1/125
1/60
1/30
1/15
1/8
1/4
1/2
1
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
0

A teraz zadanie. Jaka wartość ma czas 1/60 w tabeli? Ano 6. Ta sama szóstka odpowiada wartości przysłony równej 8 w pierwszej tabeli. Kiedy dodamy do siebie obie te szóstki otrzymujemy 12.
I to jest nasza wartość świetlna - 12.

Co nam to miało dawać w założeniach pomysłodawców?
Ano to, że teraz będziemy wiedzieć zawsze, że jak ktoś powie iż naświetla na 12 to robi albo 1/60 przy f:8, albo 1/30 przy f:11, albo 1/125 przy f:5,6, a nawet 1/500 przy f:2,8. Łatwo to sprawdzić w tabeli - fajne nie :)? (cały czas zakładamy stałą wartość ISO)

Po cholerę to?
Cóż... chodzi o to, że mając te stałą możemy teraz dobrać czas i przysłone do rodzaju zdjeć, które robimy, a klatka pozostanie zawsze dobrze naświetlona (sport, portret, noc).
To elementarz, co nie zmienia faktu, że przydatny :)

Podsumowując:
Wartość świetlna to nic innego jak suma wartości przysłony plus wartość czasu naświetlania. Wartość owa określana jest liczbami w tabeli rzędów sił światła i czasu. Większości z Was znane jest to coś jako EV (Exposure Value) :).


piątek, 1 stycznia 2010




























1/1000
1/500
1/250
1/125
1/60
1/30
1/15
1/8
1/4
1/2
1
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
0