poniedziałek, 16 listopada 2009

Dewaluacja...


Występuje zarówno w ekonomii, jak i w psychologii. Znaczenie obiegowe jest jak najbardziej dobre.
Obniżenie...

Mam wrażenie, że pojęcie fotografii uległo dalece idącej dewaluacji.
To nie cytat, to taka telewizyjna formułka.

Ale w sumie....? Czyż nie słuszna?
Weźmy takie oto słowo: student.
Czy nie uważacie, że uległo ona nie tylko dewaluacja, ale i deprecjacji (też dobre słowo!)?

Kto obecnie jest studentem..? Każdy. Ba! Nawet egzaminu nie trzeba już żadnego zdawać, bo w dobie kryzysu, szkoły niepaństwowe przyjmują każdego, byle wpłata była na konto. I jest student...
Raz w tygodniu ma jakieś tam spotkanie trwające cały weekend bez przerwy na siku, a namacalnym dowodem istnienia szkoły jest fakt, że pod budynkiem, który wynajmuje, w każdy weekend nie da się zaparkować auto w promieniu 300 metrów. A jak nie daj Boże mieszkasz koło takiej "szkoły wyższej", to biada Ci w weekend wyjść z psem lub po bułki... tabun wylansowanych lasek w mini oblepi cię jak tygodniowa guma do żucia. No, ale społeczeństwo się uczy i kształci i mamy inteligencje. Bo to przecież oni zajmują te miejsca parkingowe - przyszła inteligencja :)

Tak więc fotografia i student to zakresy pojęć ujęte w słowa, które uległy daleko posuniętej deprecjacji i dewaluacji.

W Gdyni odbyło się spotkanie z Anną Bodnar.
Reklamowane jako spotkanie z fotografem (członek, ups: członkini ZPAF), która robi ponoć zdjęcia...?
I tutaj się z lekka poirytowałem, bo w 80% jej "fotografie" to grafiki komputerowe.
W krótkiej notce na blogu autorki jest napisane, że "przejawia niechęć do plastikowego świata" - po czym składa w PS kobietę z głową koguta lub domalowuje lustro z którego wylewa się woda...?! Yhhh?

Jej prace są zlepione, sklejone, porysowane i przekształcenie w PS i nadal ktoś nazywa je fotografią. Ja się zapytuje na jakiej to podstawie?
Oj tak, wiem, zaraz ktoś "wystrzeli we mnie" Hartwigiem...

Nie jestem przeciw Annie - jej cykl Nudes jest bardzo fajny... podoba mi się.
Ale jakoś mnie swędzi to, że zabiera się "fotografii", to co cesarskie, a zostawia się... no właśnie co..?


W sumie to nie miałem pisać o Bodnar, ale jakoś tak ramiona neuronów mi skręciły w tym kierunku.
Chciałem napisać o tym, że "fotograficzny slow food" , jakim jest klasyczna fotografia jest zdecydowanie smaczniejszy niż "cyfrowy fast food".
Pustym kaloriom mówimy nie...
Spróbować można, czemu nie! Ale żeby całe życie żreć to "dmuchane cyfrowo-pikselowe żarcie" !? Brrrrr...


Mój wizerunek wymoczył się w weekend w kolodionie. Dwa Michały (oba duże) :) pokazały mi, jak bez zadęcia i pomponady formy robić zdjęcia. Są w Polsce ludzie, którzy robią takie rzeczy, że mi mózg staje. I nie krzyczy się o nich w jakiś nadmuchanych blogach. Oni sobie po prostu są. Bo są. Bo spełniają się w tym moczeniu szklanych płyt. Chwała Panowie!
"Hats off to the sailing ship! - jak krzyczeli onegdaj żeglarze.