czwartek, 8 października 2009

Autorytety...


Bywają rzeczy i sytuacje w historii społeczeństw, które powodują, że następuje jedna epoka po drugiej.
Czasami nie mają one wyraźnej granicy, wyraźnego akcentu w historii. Czasami są po prostu ewolucyjnym rozwojem. Powolną droga ku czemuś, co następcy określa mianem przełomu.

W fotografii jest kilka takich przełomów. Najczęściej, ze względu na techniczny charakter pierwszych fotografii, wiązał się on z rozwojem określonej techniki. Potem, po ustabilizowaniu pewnych technik i zwycięstwie jednych nad innymi, przełomami "zajęli się" ludzie - fotografowie.

Dla każdego, kto inny jest przełomowym fotografem. Każdy z nas w różnym etapie swojego rozwoju odkrywa przełomowych twórców sztuki fotograficznej. Dla jednych znaną postacią jest Sieff, a nie znaną Recuenco, dla innych z kolei Tomaszewski jest ikoną polskiego reportażu społecznego, a nie odkryli jeszcze Dziworskiego.

W każdym jednak z tych przypadków, ludzie otwierający, kończący i pozostający symbolem danej epoki są autorytetami.
Są odniesieniem, które pozwala nam zdefiniować siebie samych w tym całym fotograficznym uwiecznianiu chwil.
Posiadanie autorytetów jest ważne. Nie za bardzo wyobrażam sobie mój świat, mój światopogląd bez takich ludzi, jak: Jan Nowak-Jeziorański, Karol Wojtyła, Stanisław Lem, Stefan Kisielewski, Jerzy Waldorff... i spora cześć tych, którzy już odeszli.
Jak widać, wymieniłem samych nieboszczyków - moja ciotka mawiała mi, że nikt nie jest tak dobrym autorytetem jak nieboszczyk. Czarny humor, ale coś w tym jest.

Bo może po prostu niewiele tych autorytetów już nam zostało.

W fotografii też więc są autorytety. I też, większość z nich to nieboszczycy.
Do znamienitego grona dołączył 7 października Irving Penn.

Mnie, kogoś kto chce być postrzegany jako portrecista (wiem, wymarłe plemię), ktoś taki jak Penn ukształtował. A przynajmniej był jednym z budowniczych kręgosłupa mego fotograficznego.
Jego podejście do pracy, do robienia zdjęcia, to czysto fizyczne celebrowanie i aranżowanie - to było to, co mnie pociągało. Czystość formy i brak przesady w kadrze. Schludna poprawność podana jak rękawiczki podawane damie przez jej adoratora. Creme de la creme!

I odszedł. I maila dostałem od Niej, że odszedł i że dzieli się tą wieścią.
I tez jakoś tak smutno, bo odchodzi ktoś, kto może już nie tworzył, nie prawił jakiś wielkich słów, ale zostawił po sobie coś, co każdy z nas chciałby choć w połowie zrozumieć - nie mówiąc już że stworzyć.

Trudno napisać coś więcej o kimś takim.
Autorytety nas opuszczają. Zalewa nas "takosamość" i bylejkość. Zalewa nas efekt rozwoju cywilizacyjnego. Trzymajmy się autorytetów. Ich myśli. Ich piętna odciśniętego gdzieś w nas, w mózgu naszym.
Patetycznie. I dobrze!

Truman Capote [1]

Truman Capote [2]

Jean Cocteau

Alberto Giacometti