wtorek, 29 września 2009

Gonienie...


Była gdzieś 2:30 rano, gdy podczas rajdu po kanałach satelity zatrzymał mnie jakiś znajomy obrazek. Człowiek z aparatem w lesie. Strzałka w dół i oto, na TV Polonia chyba, złapałem film o Wiktorze Wołkowie.

Jakże miło się to oglądało...
Trochę takie przenosiny w czasie, bo poza samym wiekiem fotografa i jego podejściem do fotografii, umiejscowione jest to wszystko na Podlasiu.... a to jak wiecie bardzo ostatnio popularna kraina do fotografowania, bo okryta płaszczem nostalgii i unikatowości, i odchodząca ponoć...

No więc tak sobie oglądałem tego Wołkowa, który fotografuje oczywiście nadal na analogach, i zacząłem rozmyślać trochę o tym, o czym ostatnio toczę zacięte dyskusje telefoniczne z kolegami.

A mianowicie, jak robić te cholerne zdjęcia, aby się nie powtarzać, aby doszukać się w tym wszystkim jakiejś własnej drogi...?
Czy zaimpregnowane w naszym mózgu fotografie-ikony przekładają się podświadomie na nas i zdjęcie zwykłego krzaczka lub rzeczki przestaje być dla nas atrakcyjne wyłącznie dlatego, że jest po prostu ładne!?

Czy fotografia ładna nie jest wystarczającym powodem by ją podziwiać?
Czy musimy stale biec do jakiegoś bliżej nieokreślonego celu idealności...?


Odkrywam ostatnio ludzi, którzy w ramach projektu stają przede mną "po prostu"... Nie zmuszam ich do wyginania się, nie zakładam im kostiumów. Ot - są!
Oglądam to potem na negatywie, jeszcze w kuwecie i... pierwszym odruchem jest rozpacz, bo... to są zwykłe zdjęcia. Portrety ludzi. Mniej lub bardziej ciekawych fizjonomiczne, ale zawsze prawdziwych. I tak, po kilku dniach wracając już do odbitek, odkrywam jednak coś w tych "zwykłych zdjęciach".
Para z ciśnieniem ze mnie schodzi.
W serii całość zaczyna żyć. Zaczyna nabierać jakości jakiejś. Po prostu staje się to prawdziwe.

Może więc warto przestać gonić za czymś...?
Może Wołkowa fotografowanie tych samych rzek w innym za każdym razem świetle ma jednak sens..?
Może banalny bocian jest lepszy od stylizowanej panny?

Jan Bułhak napisał kiedyś o fotografii:
"Nie pomnażać fotograficznych lamusów jeszcze jednym spisem inwentarzowym skopiowanej »prawdy« i »rzeczywistości«, która bardzo mało obchodzi artystę, lecz - dawać radość i wzruszenie innym przez ukazanie zakątka własnej duszy."

Coś w tym jest. Dodajmy coś od siebie, ale nie z zamiarem stworzenia "nowej Monalizy". Z zamiarem raczej dodania swojego sznytu.