poniedziałek, 7 września 2009

Portret z...


Po prostu fotografia...


"Mężczyzna z piórkiem"
KUMAKA Studio, sierpień 2009





Powrót Pana Fotografa...


Chciałem to poczuć i zrobić sobie zdjęcie w studio.
Portret. Jak to jest.
Ot, po prostu wejść w marynarce, w koszuli białej bez krawata do atelier fotograficznego i zrobić sobie portret.
Dla siebie.
Zdać się na łaskę fotografa.

- Uda się zrobić portret?
- ...? Teraz?
Pani znad ekranu komputera ledwie uniosła wzrok na mnie, nie przerywają klikania drugą ręką.
- No tak... widzę, że nikogo nie ma.
- Dowód czy paszport..?
- Nie, nie - chciałbym portret taki dla mnie. Fotograficzny.

Pani wydawała się nie słyszeć mnie. Jedna ręką nadal klikała, a druga powędrowała na maszynę huczącą, która stała obok i wypluwała dziesiątki zdjęć na rosnącą stertę.
Na szyldzie przed zakładem widniał dumnie napis: "Fotograf"

- No to, do czego to ma być?
Kobieta znalazła między ciasno ustawionymi meblami szparę aby popatrzeć na mnie.
- Do niczego. Dla mnie. Ja siedzę, pani robi zdjęcie.
- Takie coś kosztuje 150zł i dostaje Pan dwie odbitki: 30x20 i 10x15. Prosze usiąść pod ta białą ścianą.
Pani wskazała mi wciśnięty w róg pomieszczenia fragment podłogi z mini stołeczkiem na tle rozwieszonego tła do rzutnika. W suficie zainstalowana na stale lampa 150W produkcji skośnookich braci zza Żółtej Rzeki. Na statywie druga taka sama z parasolką.

- Ale ja chciałem coś autorskiego...
- ? Przepraszam Pana, ale mam bardzo dużo zleceń internetowych i teraz nie mogę rozmawiać. Może Pan przyjść za godzinkę, dwie?
- Nie mogę...


Rok 1989. Żabianka. Osiedle peerelowskie. Po schodach, w pawilonie, na rogu - fotograf.
Drewniana boazeria ociepla mały przedsionek.
Zapach chemii cieknie każdą szparą z zaplecza.
- Potrzebuje zdjęcia do legitymacji szkolnej.
- Zapraszam do atelier...
Kobieta w średnim wieku prowadzi do drugiego pomieszczenia. Olbrzymi aparat wzbudza prawie lęk. Ciemność rozświetlona bladymi kinkietami wprowadza nastrój tajemnicy. Motyle w brzuchu.
Napięcie. Błogi stan, jak przy poznawaniu tajemnicy.
- Proszę na mnie popatrzeć. A teraz niech Pan spokojnie odwróci głowę... nie tak... wolniej... tak dobrze...
Kobieta w kontrze świetlnej krząta się za aparatem, który wydaje się być jakimś magicznym smokiem. Wkłada coś, wyjmuje, porusza maszynerią.
Lampy świecą stałym światłem. Dywan pod nogami staje się coraz bardziej miękki, tak samo jak mięśnie na karku, które rozluźniają się wraz ze spokojem płynącym z głosu fotografki.

- Dobrze. Teraz jeszcze raz. Proszę unieść ramię. ....
Polecenia są spokojne. Przemyślane. Nie chcę aby zrobiła to zdjęcie. Celebruje chwilę przed, chwilę która jest po prostu estetyczna, przyjemna.

Błysk zwiastuje koniec.
Powrót w światło zza szyby powoduje przymknięcie powiek.
Podłużna karteczka zamówienia chowana w kieszeń.
- Proszę przyjść jutro.
W małej kopercie, niewiele większej niż format negatywu spoczywa 5 odbitek i negatyw właśnie. Naświetlony idealnie. Cudownie odwrócony.


Czy powróci taka fotografia?
Czy już zawsze będziemy biegli, spieszyli się i zamieniali chemicznie utrwaloną obecność przed obiektywem, na elektroniczne bycie bitem...?


PS
Jak mawiał Bardini: "Prawdziwy teatr skończył się kiedy ludzie przestali zmieniać koszulę idąc na przedstawienie"