poniedziałek, 31 sierpnia 2009

A co to znaczy 'program'...?


Każdy kto ma dziecko w wieku minimum 3-4 lat wie, że często używanym zwrotem u tych młodocianych osobników naczelnych jest zwrot: 'a co to znaczy' lub 'a dlaczego'.

Jednak ostatnio zdałem sobie sprawę, że biorąc pod uwagę zakres sensownego słownictwa (sic!) jakim się posługuje to małe Coś, nie opuszczające deski za sobą w łazience, jest niewspółmiernie wielki do ilości przytoczonych pytań, które mi zadaje.
Innymi słowy - zadając tak niewiele pytań o znaczenie słów i zwrotów - ten bąbel niewiele większy od mojego aparatu przyswoił sobie olbrzymi, wprost gigantyczny zakres wiadomości i sensu życia.

Oj tak... wielkie słowa. Sens życia.... ale uzasadnione...


Oto bowiem, jak nie trudno wywnioskować, młody naczelny przyswaja pewne rzeczy z kontekstu. Nie pyta mnie o każdą rzecz. Nie usłyszałem nigdy pytania: A co to jest piżama? A co to jest telewizor. Nauka jest kontekstowa. Znaczenie słów wyłapywane jest z kontekstu zdarzenia.

I juz zapewne wiecie, że zamierzam coś napisać o kontekście, bo zrobiło się jakoś ostatnio głośno o kilku książkach traktujących o kontekście w fotografii. Jak czytać zdjęcie, czy kontekst jest ważny. Jakie znaczenie ma wiedza fotografa w kontekście odczytania jego zdjęcia itd..

Barykada w tym wypadku nie dzieli jednak stron na dwie pozycje. Pozycji bowiem jest tutaj wiele. Barykada przypomina więc raczej rozgwiazdę. Pomiędzy jej ramionami znajdują swoje pozycję wszelacy filozofowie fotograficzni.
Bo mam nadzieję, że trochę filozofami jesteście i Wasza fotografia to nie jedynie obrazek i koniec.
Jest coś za tym.
I tutaj już jest kontekst...:)

Ja, będąc pewnym swego, twierdziłem uparcie, że obraz fotograficzny powinien istnieć bez kontekstu. Bez uświadamiania odbiorcy o co chodzi. Że obraz ma wyrażać w sobie wszystko, co pozwoli mu stać się niezależnym bytem, tworem. Dziełem zachwytu, zadumy, przerażenia, podniecenia...
Wraz z rosnąca ilością zakupionych w życiu pampersów, kwiatów na kolejną rocznicę, zamówionych stolików w restauracjach i wreszcie wraz z ilością zmarnowanych fiszek i klatek oraz bajtów... tak, tak.. bajtów na karcie... jakoś mi się zmienia.

Przechylam się ku zwolennikom umieszczania fotografii w kontekście. Z wyjaśnieniem. Z opisem. Z wprowadzeniem czytelnika w świat, który pokazujemy i w kierunku nawet (!!!) nakierowywania go w odbiorze.
Wiem... karkołomne.

Ale jednak.

Spodobała mi się książka Ian Jeffrey'a "Jak czytać fotografię". I zupełnie inaczej do niej podszedłem uprzedzony tekstem Rudolfa.
Nie traktowałem jej jak coś, co muszę przeczytać od a do z po kolei. Ja sięgałem po nią i otwierałem na chybił trafił. I nie czytałem więcej niż 2-3 autorów.
To się sprawdza. W wypadku tej książki, nie możemy jej traktować jak podręcznik historii fotografii, ani jak spójną opowiastkę. To jest zbiór. Zbiór bardziej lub mniej głupich kontekstów zdjęciowych. Bardziej lub mniej mądrych uwag o zdjęciu.

Ale w sumie ciekawych.

Tak spoglądam czasami na to, co trzymam w klaserach na półce. Staram się sam opowiedzieć historię, kontekst mojej fotografii. Cholernie trudne zajęcie. Bo w sumie odpowiedzieć sobie muszę na zasadnicze pytanie - dlaczego ja fotografuje?!

Dlaczego akurat portrety?
Po cholerę zakładam na głowę modela czapkę?
Co tkwi pod skórą?

Jaki kontekst mają moje fotografię? Co nimi chcę pokazać?
Zakładając, że nie pstrykam dla zabawy, to jak chcę przekonać do swojej fotograficznej wizji odbiorcę?
Jak go zaprosić do mojego świata?!

I tutaj przydaje się kontekst. Wprowadzenie. Opis. Narracja niejako...
Pójście na łatwiznę - powiesz!?

Może...