wtorek, 25 sierpnia 2009

Remake...


Czasami naszą wyobraźnią rządzą znane obrazy, zdjęcia, dźwięki tkwią nam w głowie. Nie potrafimy się z nich otrząsnąć, za to zaczynają wpływać na to, co robimy.

Uparte obrazy fotograficzne są szczególne złośliwe.

Sesja trwa w najlepsze. Wszystko gotowe, ludzie czekają, a ja mam w głowie obrazy, które już ktoś zrobił, które nie dają mi przestrzeni do oddechu dla własnej wyobraźni. Kręcę się. Miotam. Jednak wbite w mózg kompozycje, za każdym razem mieszają się z własnymi... świeży zapach nowych kadrów oplata gęsta, słodkawa woń czegoś znanego.
Jak nałożony na świeżą skórę ciężki perfum Paula Gaultier.

Jedna teoria mówi, że fotografii uczymy się oglądając zdjęcia, i że jest to najlepsza szkoła dla każdego fotografa. A ja mam wrażenie, że to
szkoła podobna matrycy. Odznaczamy w sobie bowiem ślad tak trwały, jak matryca w metalu wytłoczona. I prędzej czy później ta matryca się nam zwali na głowę. Jakby nam ktoś w czoło przybił znak.

A gdyby tak nie oglądać?
Czy można to sobie wyobrazić?
We współczesnym świecie?
Jakże to?!

Ano czy udałoby się Wam wyobrazić sytuacje, w której głowa Wasza pusta jest od obrazów znanych od lat?
Jakże łatwiej byłoby wtedy kadrować. Jakże łatwiej byłoby zaskoczyć samego siebie nowym kadrem..?
A może wcale nie?

Ja mam z tym coraz poważniejszy problem. Kiedy dostaje w prezencie album znanego fotografa (powiedzmy: Avedona), to ja się boje go otworzyć. Bo przecież ja tak trochę chciałbym robić takie zdjęcia, ale... własne!
Nie chce tego sprowadzić do prostej relacji: oryginał-kopia.
Nie chodzi bowiem o kopiowanie, ale o "uwarunkowanie pamięcią". Osaczenie przez obrazy.
Ech... filozoficznie się zrobiło...