środa, 12 sierpnia 2009

Wernisaż... jak?


Sprawa ta, jak każda niby prosta rzecz, wydaje się być banalna.

Zadaniem jest zrobienie wernisażu.
Pytanie podstawowe: jak!?

Byłem w swoim krótkim fotograficznym życiu na kilkudziesięciu wernisażach. Większość z nich, a może nawet i wszystkie wyglądały podobnie. Co by nie rzec - tak samo?!

Może więc zacznijmy od początku...

Wernisaż - uroczyste otwarcie wystawy (zazwyczaj dzieł sztuki, ale także innych osiągnięć, np. naukowych lub dorobku miasta), odbywające się przed oficjalnym rozpoczęciem dostępu dla publiczności.
Celem wernisażu jest podniesienie rangi oraz nadanie rozgłosu wystawie, a jednocześnie jest on okazją do spotkania się przyjaciół i znajomych bohatera wystawy oraz osób interesujących się bądź związanych z branżą, którzy często mają unikalną okazję zetknąć się osobiście z autorem wystawianych prac.
Tyle na ten temat Wikipedia. W sumie jasne i proste.

Idźmy dalej.

Jak zrobić wernisaż, aby nie zanudzić gości i aby twórca i twory jego były w środku uwagi, bo taki przecież jest cel.

Klasyczny wernisaż wygląda tak i zamyka się w kilku punktach:

  1. Knajpa, kawiarnia, pub. Fotografie wiszą miedzy jedzącymi gośćmi. Zostały powieszone dzień wcześniej. Wernisaż jest na 19:00.
  2. Od godziny 18:30 schodzą się goście i co robią...? Lecą między stoliki i przypadkowych gości i oglądają fotografię.
  3. Po 30 minutach oglądnęli wszystkie potrącając przy tym 5 kieliszków i narażając się na uwago gości aby nie pochylać się nad zdjęciami, bo krawat wpada do pomidorowej.
  4. Z tradycyjnie polskim opóźnieniem (!), o 19:20 pojawia się zapowiadacz. Ma mikrofon albo go nie ma i wówczas słyszą tylko Ci w pierwszym rzędzie, bo szczęk sztućców pana obok, który rozprawia się z twardym befsztykiem popijając piwo, skutecznie zagłusza słyszalność w drugim rzędzie.
  5. Przemowa to krótkie podsumowanie dorobku autora... kilka ciepłych słów na temat zdjęć... jeśli robi je znajomy to mówi, że docenia współpracę i sposób pracy autora... ogólne ble, ble, ale potrzebne i konieczne.
  6. Potem autor bierze mikrofon (którego najczęściej nie ma) i skromnie mówi coś na temat siebie. Idzie mu opornie. Wygląda na przestraszonego i nieprzygotowanego do własnego wernisażu. Nie potrafi uzasadnić po jaką cholerę zaprosił pół rodziny i kolegów i ...
  7. ... zaprasza do oglądania zdjęć, które już dawno zastały oglądnięte przez wszystkich.
  8. Po 20 minutach kończy się wino i suche ciastka. Grupki towarzyskie powoli znikają. Zostają najbliżsi i przyjaciele totalni.
  9. Koniec wernisażu jest niezauważalny.
Tak to wygląda w 99,99% przypadków.
Tylko jeszcze zwrócę uwagę na punkt 4. Nie wiem czy wiecie, ale to spóźnianie się w Polsce ze wszystkim w imię dobrze pojętego "żu żu lansu" jest żałosne! Największe nawet koncerty, największych gwiazd i wystawy największych fotografów w cywilizowanym świecie rozpoczynają się z punktualnością szwajcarskiego zegarka! U nas pokutuje jakaś mania, że jak się coś nie spóźni to jest mniej warte...
Żałosne.

Ale do meritum.

Uważam, że ta forma wernisażu jest... jakby to rzec, aby koledzy się nie obrazili... no jest idiotyczna!

Po pierwsze: pokazywanie zdjęć przed oficjalną częścią jest bez sensu. Nikt potem i tak nie ogląda tych fotek. Efekt zaskoczenia jest więc żaden.

Po drugie: za najlepsze miejsce wystawy fotografii w Polsce (nie wiem czemu!) przyjęło się uważać kawiarnie, knajpy i bary. Otóż informuję Was, że to jest najgorsze miejsce do prezentacji swoich zdjęć w postaci wernisażu. Już lepszym byłby parkan w bocznej ulicy miasta. Sprowadzanie fotografii autorskiej (bo o takiej tu mówię) do tła dla befsztyka i filtra dla dymu tytoniowego to profanacja!

Po trzecie: autorzy, którzy nie potrafią wydusić z siebie jednego składnego gramatycznie zdania po polsku na swój temat nie powinni mówić wcale lub napisać sobie przemowę. Dla mnie to lekceważenie mnie jako widza i idiotyczny dowód, że artysta musi być debilem intelektualnym, który poza tworzeniem nie pamięta składni języka polskiego. Zrobiłeś coś, powiedz coś o tym. Wyjaśnij. Pokaż, że Ci zależy na odbiorcach. No chyba, że zyskasz status Williama Egglestona..:)

Po czwarte: dlaczego wszystkie wernisaże są tak przerażająco smutne!? Do cholery, nawet jak oglądam zdjęcia wernisażowe gołych babek w pozach rodem z myjni samochodowej, to twórca prac ma tak grobową minę, że zastanawiam się czy on czasami nie został wielokrotnie zgwałcony przez te panny...? I teraz boi się, że się wyda przed żoną obecną na wernisażu. Co jest takiego w wernisażach, że zachowujemy się jak na stypie?!

Po piąte: autor na wernisażu musi być organizatorem, kelnerem, gościem, artysta i wykidajłą w jednym. Musi ogarnąć wszystko, aby to jakoś wyglądało. Pozostawianie wszystkiego samemu sobie na zasadzie: a wysłałem zaproszenie, resztę mam w dupie - to chamstwo. Niestety coraz bardziej popularne. Przeraża mnie, że w imię debilnego
wszechogarniającego nas luzu, młodym ludziom przez łepetynę nie przejdzie by o cokolwiek zadbać. Ech...

Po szóste: z wyżej wymienionych powodów nie robię wernisaży dopóki nie zbiorę kasy na imprezę równą koncertowi U2 :):)

zdrówka!