piątek, 10 lipca 2009

Być jak....


Rzecz cała miała miejsce ładnych parę miesięcy temu, ale jakoś tak wyleciała mi z głowy.

Mail był banalny, krótki i treściwy.
-
Widziałam w sieci kilka Pana zdjęć. Szczególnie podobają mi się te, które załączam. Chciałabym z Panem popracować.... - itd.
Kilka zdań o sobie. Proste. Przeglądnąłem załączone zdjęcia i były naprawdę fajne. Proste takie. Schludne. Zadbane i dopracowane oświetlenie. Aż żal, że... nie moje.
Ale przypomniawszy sobie swoje młodzieńcze wpadki tego typu, chociażby tę, kiedy umówiony jako młody wilczek dziennikarz udałem się na spotkanie z jednym z doktorów habilitowanych, by przeprowadzić wywiad dla miesięcznika "Vivat academia" rozpocząłem od przypomnienia rozmówcy jego drogi zawodowo-naukowej. Doktor wysłuchał mnie, pokiwał głowa, że jestem tak świetnie przygotowany, po czym sięgnął po moje notatki i cmoknął:
- Ładny życiorys. Szkoda, że nie mój.

Tak więc przełknąłem ambicyjny zastrzyk, a że dziewczę miało coś w oczach fotograficznego więc why not!
Tło szare, stołek. Aparat na statywie. Dziewczę trochę wystraszone, ale coś zwiastuje zmianę atmosfery. Coś niepokojącego w jej głosie.
- A dlaczego Pani nie używa lamp?
- A czy to jest ważne dla Ciebie?
- No większość fotografów używa wielu lamp.
- No fakt...
Brak konkretnej odpowiedzi, która jakoś przekładałaby się na zrozumienie chyba jeszcze bardziej zaniepokoił dziewczę.
- A czemu wizażystka wyszła?
- Bo jej nie płacę i spieszyła się do klienta. Zrobiła swoje, nie potrzebujemy nic więcej.
- ...co mam robić?
- Nic. Siedź po prostu, muszę skadrować to jakoś i ustawić ostrość.
- Tak długo...?
- ...?
- Zazwyczaj w tym czasie inni fotografowie już oglądają fotki na laptopie.
- Nie mam dziś laptopa...
- No widzę...
- Możesz przez chwilę popatrzeć w obiektyw?
- Co mam zrobić z nogami?
- Nie będzie na tym zdjęciu Twoich nóg.
- Nie będzie...? To po co brałam te fajne szpilki?
- ...?
Czułem, że jest coraz gorzej. Na matówce wyglądało jakby dziewczę zaczynało się trząść.

- Już!
- No nareszcie zaczniemy...
- Już zrobione...
- ?? Co zrobione? Zdjęcie? Ależ ja nie zapozowałam wcale.
- To dobrze. Będzie naturalniej.
- Nie rozumiem...
- Nie szkodzi. Masz ładną twarz. Naturalnie się zachowywałaś. Jestem zadowolony.
To był przygnębiający widok. Brak zrozumienia, rozczarowanie i kompletna bezradność tego dziewczęcia aż bolała.

Dwa tygodnie później dostałem maila.
-
Dziękuję Panu. Inaczej sobie to wyobrażałam. Myślałam, że zrobi Pan takie zdjęcia, jak te Pańskie ostatnie, które znalazłem wczoraj (załączam). Ale te są też fajne. Tylko ta ramka mi się nie podoba i kolega mi usunął w takim programie Infranview...

Uśmiechnąłem się do siebie. Otwarte załączniki przeskakiwały po ekranie w pokazie slajdów. Zawsze lubiłem zdjęcia Grega Kadela....

Epoka post-fotoszopowa...


Wiecie dzięki komu i czemu fotografia przetrwa jedynie?
Dzięki streetowcom.

A czemu?
Bo oni najmniej są podatni na chęć "pozaustrojowego poprawiania fotografii".
Tak!

Dlaczego w nas istnieje chęć do poprawiania tego, co już zostało zarejestrowane? W jednym wypadku jest to tylko kolor oczu, w innym chmurki, ale w części poprawiamy zastana rzeczywistość dodając od siebie elementy świata.
Po cholerę?
Dlaczego?

Otóż niewątpliwie winni są tutaj twórcy programów graficznych. Oni ponoszą obecnie 100% odpowiedzialność za dostarczenie nam narzędzi do tych manipulacji. I nie piszcie mi tutaj tych farmazonów, że pod powiększalnikiem da się to zrobić!
Pod powiększalnikiem robił to jedn0milionowy ułamek społeczeństwa, które posiadało powiększalniki i łyknęło SPORĄ (!!!) dawkę wiedzy, by to umieć zrobić. A dzisiaj byle palant z aparatem ma PS i gmera w nim, jak nie przymierzając nastolatek w... kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy :)

A wiec mamy już winnych. Twórcy PS powinni do końca życia płacić za każde przerobione zdjęcie kary finansowe.
Ale nie zapłacą.
Zostawmy więc ten durny pomysł. Idźmy dalej.

Czemu tkwi w nas chęć poprawiania zastanej rzeczywistości?
Bo każdy chce być artysta, stwórca, bogiem jakimś lokalnym?
Bo ma w sobie estetykę, która podpowiada mu: "tak Adam, to drzewo powinno rosnąć gdzie indziej... trochę z lewej.. kliknij je, kliknij...".

Może i tak właśnie jest. Zamiast umiejętnie złapać chwilę zastaną i do perfekcji doprowadzić to, co natura, sytuacja, chwila daje, my już od razu na etapie kadrowania mamy za uszami sakramentalne: "to się wytnie"!
Nosz kurde balans! Tego nauczyli nas twórcy tych programów. Bezmyślności!

Jeśli stwierdzenie, że "fotografia to iluzja" nabierze zbyt silnego wydźwięku, to stracimy ją. Znaczy tę fotografię na zawsze!
A ja tego nie chcę.

Ja bym chciał fotografować iluzję, ale nie chcę by fotografia stała się iluzją!
To ważna różnica!
W pierwszym przypadku jestem iluzjonistą, w drugim iluzorycznym fotografem.
W pierwszym zmieniam rzeczywistość i pokazuje ja ludziom na zdjęciach, w drugim zmieniam zdjęcia!

Na ratunek więc spieszy nam jedynie street. Mam wrażenie, że wypracowana przez pokolenia następców Bressona, Winograda, Kertesza, Evansa czy Franka estetyka kadru i podanie go jest idealne w rozumieniu fotografii czystej formy.
Jak niezabrudzony alkohol i czyste heroina...
Nie ma tam miejsca na plastikowe unoszenie się obrazem. Nie ma miejsca na zbytnie epatowanie jakością.
Haniebne jest zmienianie kompozycji w PS.
To jedna z tych dziedzin, która kieruje się swoistym kodem uczciwości.
Oczywiście zawsze znajdą się barany, ale generalnie fotografowie street to wysoki poziom estetyczny, intelektualny i kompozycyjny fotografii.
Czyli to wszystko, czego nie ma w całym tym pieprzonym post-fotoszopowym świecie.

Tak, rozwój fotografii miał dwa etapy jedynie.
Do wynalezienia Photoshop i po nim.
Teraz żyjemy w czasach post-fotoszopowych. Zbliża się jednak apokalipsa. Jeźdźcy już nadciągają.