wtorek, 30 czerwca 2009

Dwa ślubne światy...


Ponieważ sezon na sakramentalne "Yes, I do" trwa w najlepsze, to sobie tak spojrzałem na rynek ponownie i odkryłem, że w kwestiach stylistyki fotografia ślubna podzieliła się na dwa nurty...

Przykładami będą dwie świetne moim zdaniem strony dwóch firm z Gdańska.
Spójrzcie na te strony i zastanówcie się czy macie te same odczucia, co ja.


Pierwszy nurt świetnie ilustrują zdjęcia Black&White z Gdańska.


Kiedy patrzę na te zdjęcia to zaczynam być nerwowy. Prawie namacalnie odczuwam dramat tego dnia. Dramat organizacyjny, pośpiech, patrzenie na zegarek, wiązanie butów - wszystko szybko, z niepokojem.
Wszystko jest krzykliwe i wyzywające. Sesje plenerowe są wariackie (niby fajnie), ale nerwowe. Jakby mnie ktoś ściskał za rękę gwałtownie i szarpał.
I ten szeroki kąt, te banany po rogach, które nie wiedzieć czemu weszły do codziennego użytku i już nikogo (!?) nie razi, że ciocia ma z twarzy półksiężyc.. :( (pierwsze zdjęcie w części 'Ceremony'!)

Ekipa B&W osiągnęła jednak doskonałość w swoim nurcie. Idealność tego typu fotografii i stylistyki. Naprawdę niewiele konkurencji w Polsce znajduję. Ale oczywiście nie każdy musi to lubić. Ja doceniam ich warsztat i to, co stworzyli, ale ja takich zdjęć bym nie chciał.
Statystyki jednak mówią co innego - taka fotografia ślubna jest najlepiej płatna i najbardziej poszukiwana.
Młodzi mają wrażenie, że jest szał, hi hip hurra i w ogóle pełen spontan! I wiedzą za co płacą.
Ten nurt nazwałbym: "bananowy krzyk koloru".



Drugi biegun stanowią dla mnie zdjęcia Adama Kasprzaka z Gdańska.Czy Wy też macie wrażenie spokoju, powolności i niegonienia w tych ujęciach?
Jego sesje są spokojne, płyną, jakby Adam zupełnie nie poddawał się tej pogodni jednego dnia. Cierpliwie robił swoje i układał to jakoś sensownie. Bez wydzierania się kadrami, bez wrzasku kolorem.
Pomimo, że robi dokładnie to samo co 99% pozostałych fotografów, to coś w tym jest innego. Wyważonego.
Pierwsze zdjęcie w części 'Ślub' - jakże inaczej i zgrabnie podany moment, który łapią wszyscy inni! Zdjęcie czwarte tej samej serii to po prostu majstersztyk wyczucia i obróbki... Ślicznie. Esencja spokoju i treści. Bez wjeżdżania 15mm w oko modela.
Naprawdę, gdybym musiał (ale nie muszę i nie chcę) zamówić fotografa na ślub, to wolałbym jednak te drugą stylistykę. Bardziej osobistą niejako. Osobistą fotografem, nie ilością odwiedzonych zrujnowanych kibli i starych fabryk.

Może Adam trafia w jakąś niszę, w tym zalewie krzykliwych fot w pierwszej stylistyce.


Reasumując... cieszy mnie galop z jakim fotografia ślubna trafiła pod strzechy.
Przeraża mnie takosamość i tym bardziej doceniam ambitne produkcje, może nie zawsze robione szkłem 15mm.




Czysty jak łzy...


Kartka z kalendarza uparcie pokazywała, że wczoraj było jakieś święto...
W papierowej torbie na podłodze, tuż pod nogami, czerwona okładka...

Camera Work, tytuł znany każdemu kto choć trochę polubił z fotografią chodzić za rękę...

I ten krótki wstęp...
fotografia nie jest po to, by pokazywać rzeczywistość. To Widzi każdy. Fotografia służy stwarzaniu rzeczywistości oczami fotografa... Na jego modłę.. Pięknie...

Przemieszczenie się w bajkowy świat grawiur i rozświetlanych ceni naprawdę potrafi sprawić przyjemność. Estetyzacja. To jakieś cudaczne słowo oddaje chyba w pełni piktorialne podejście do fotografii. Coś nierealnego, sztucznie rozdmuchanego. Ale jak pięknego.

Stieglitz to coś wartego oglądania. I niech sobie marudzą ci, którzy doszukują się jakiejś treści w fotografii. E tam... Forma ma swój piękny sznyt.

Chyba pójdę w totalny formalizm.
Chrzanić treść i te wszystkie prawdy, które niby chcemy wycisnąć z naszych fotek, portretów.
Portret formalny.
Ot - walnięte pomysły fotografa.
Zero treści.
Bierze mnie to!

A poza tym, zgodnie z zasadą Stieglitza - to ja, autor, mam narzucać to, co ma myśleć widz. Nie wolno pozostawić mu zbyt szerokiej przestrzeni na interpretacje.
To dobre jest!




Alfred Stieglitz (x4)