środa, 17 czerwca 2009

Dystans a'la Telly....


Serialowy porucznik Kod(j)ak - Telly Savalas - wykonał w życiu zaledwie kilka piosenek. Ale jedna jedyna zapamiętana jest przez wszystkich. Tekst refrenu leci tak:

Some broken hearts never mend,
some memories never end,
some tears will never dry,
my love for you will never die

Aranż jest taki countrowo-folkowy na 4 liczony więc w tańcu klasyczne dwa na jeden. O ile gro czytających jeszcze w ogóle wie co to jest taniec w parze?!:)
[w skrócie dla urodzonych po 1985 roku: mężczyzna, stojąc naprzeciw kobiety, prawą ręką chwyta kobietę pod jej lewą łopatkę, ona kładzie lewą dłoń na jego prawym ramieniu, oboje wyciągają wolne ręce w bok i kobieta kładzie dłoń na otwartej dłoni mężczyzny - taniec w parze!]

Wracając...

Telly wykonuje tę piosenkę w sposób przynależny postaci, która stworzył, a jednocześnie jest przy tym tak wiarygodny, że nie trąci to kiczem. Jednym słowem, robi to z boskim dystansem do samego siebie.

I tak wracając myślami do ostatniego spotkania z ciekawym człowiekiem, zdałem sobie sprawę, że czasami nadmuchujemy się jak balony ideami, cyklami, projektami i całą tą otoczką fotograficzną. Nadajemy większe znaczenie samym sobie niż to warte, a nasza fotografia jedynie traci stając się czczą gadaniną i ciągiem zapisanych stron www.
Vide ten blog :)

Tak, jestem dobrym przykładem nadmuchanego balonu. Za dużo ideologi, za mało prostoty i skromności. Czyli po prostu zwykłej roboty, rzemiosła, w którym nie tkwi zbytnia megalomania.

Myślę,że fotografia należy do właśnie takich ludzi. Którzy potrafią nie gadać zbytnio o Niej, ale ją robić. Przestając mitologizować samo zjawisko, a oddając mu swoje ręce, oczy, refleks. Tak po prostu.

Hmmm...

Tylko, czy czasami nie jest potrzebne i to i to....?




.