środa, 25 marca 2009

Kocham Cię Życie...


Nie ciśnieniuję się...
Wracam na chwilę do wpisu o tym, że nie da się być cały czas na fali.
Serfujący na fali zawodnik też musi nabrać wysokości by pociągnąć fale, ale zaraz potem opada i w ten śmieszny sposób wiosłuje rękami pod falę.
Oni w sumie więcej leżą na tej desce niż płyną, co jest świetnym usprawiedliwieniem dla nierobienia wybitnych rzeczy.

Ale chcę Wam opowiedzieć historię...
Rozsiądźcie się wygodnie.
Zapewniam Was, że takie sytuacje możliwe są wyłącznie wtedy, gdy Wasza pasja zjada Was jak mój Młody kromkę z miodem z rana. Dwoma gryzami.

~~~~~~~~

Galeria w Gdańsku. Autorska.
Dwa lata temu wchodzę do niej z moim zdjęciem i mężczyzna w środku rozpoczyna ze mną dyskusję na temat kondycji fotografii i tego, czy jest sens abym zostawił swoje zdjęcie w komisie.
Rozmowa cudna. Spokojna. Szeptana prawie. Obrazy tłumnie spoglądające ze ścian zabierają głos wyłącznie w kwestiach estetycznych. Gremialnie analizują nasze słowa milczeniem.

Pożegnanie, uścisk ręki.


Kilka miesięcy temu pojawiam się przez przypadek w tej samej galerii. Tym razem otwiera mi kobieta. Zaprasza. Obrazy witają się ze mną tym samym milczeniem i tą samą estetyczną zadumą.
- Tylko się rozglądam...
Kobieta wraca do poprzedniego zajęcia. Przez drzwi wewnątrz widzę ją jak siada przy stole i obraca w dłoniach głowę figury stojącej z jej boku. Renowacja jest w połowie. Słońce zaświetla jej ciemnoblond włosy z góry. Opary chemikaliów delikatnie skaczą po fotonach tworząc prawie niezauważalną mgiełkę.
Sceneria bajkowa. Gotowe kadry. Cisza. Miarowe tykanie zegara i wszechobecne figury, elementy ołtarzy. Mózg komponuje, kadruje.
Po minucie żegnam się.
Wychodzę.
Dwa kroki.Obracam się.
Wchodzę ponownie.
Uniesiony wzrok znad właśnie malowanej głowy ułatwia pytanie.
- Zgodzi się pani na portret w pracowni?
- Tak.
Krótkie, rzeczowe. Spokojne.
- Kiedyś rozmawiałem tutaj z takim panem na temat fotografii...
- To mój mąż był.
- Jakieś dwa lata temu, pamiętam, że to była urzekająca rozmowa.
- Kilka miesięcy potem zmarł.
Obrazy zareagowały na słowo śmierć. Twórca odszedł, tworzywo nadal milczy o tym głośno. Wisi.

- Proszę przyjść za tydzień. Zrobi Pan zdjęcie.

Siedem dni ciągnie się jak miesiąc. Ta sama godzina. To samo słońce. Wchodzę.
Kobieta siedzi dokładnie tak samo. Dokładnie ten sam fartuch. Te same korale. Włosy wymuskane i nagrzane słońcem prawie parują.
Marynarka utrudnia ruchy, ale musiałem ją założyć. Szacunek...
Śmieszne...? Może....

Kobieta nie odrywa się od pracy. Zdawkowe słowa. Nikomu niepotrzebne. Czuć w powietrzu jakiś dziwny zapach czegoś niedotykalnego.
- Zrobię trzy zdjęcia. To wielki format. Specyficzna rzecz. Proszę po prostu pracować.
- Oczywiście. Mój mąż fotografował.
Dwa lata układają się w logiczną całość. Tamta rozmowa z Nim nie była przypadkowa. On mówił o fotografii nie chwaląc się, że ma ją wszytą pod podszewkę duszy. Ot, nie było potrzeby.

Już.
- Ma Pan chwilę czasu?
- Tak
- Proszę za mną.
Drabina symuluje schody. Trzy stopnie brązowe, dwa czarne, dotykam stopą szorstkiej betonowej podłogi piwnicznej.
Staję przed bramą Zaczarowanego Ogrodu w centrum Gdańska.
Ramy obrazów, stelaże, blejtramy, chemia, butle z cieczami... Oddech wariuje.
Na końcu pomieszczenia czarna kotara. Jeden ruch i.... widzę ciemnie fotograficzną. Kurz opanował każdy element. Kołdra szarego pyłu broni niepodległości tego miejsca. Po lewej coś w folii.
- To aparat, którego nie używam. Ktoś nam go przyniósł. Nie ma obiektywu.
8x10 cali miechowy stwór wpada w moje ręce.
Nogi są miękkie.
To jest ten moment kiedy szczypanie się ma sens.

- Mam dla Pana propozycję.
- ?
- Mój mąż fotografował i rozpoczął pewien cykl fotografii. Chciałabym aby Pan to kontynuował...
Zrobimy wspólną wystawę w mojej galerii...

~~~~~~~~~~~~

Jeśli nie wierzycie w magię unoszącą się nad Wami, to zapomnijcie o tym, co napisałem...