wtorek, 17 lutego 2009

Analogowy czas...

Brzmi trochę jak Czas Apokalipsy, ale nie będzie o zapachu napalmu o poranku, choć zapach wywoływacza z wieczora jest zapewne równie ekscytujący.

Będzie trochę o relatywizmie czasowym. W sumie to już o tym się pisało i sam pisałem i sam przemyśliwam te kwestie w związku z cyfryzacją sztuki fotograficznej. Niemniej po kilku dniach od ostatniej sesji popadłem w spore przygnębienie wynikające z tego, że moja teoria dotycząca czasu jaki pochłania nam tak naprawdę cyfryzacja (niby mniej, a więcej) pomału kładzie się w gruzy.

Ostatnio bowiem stwierdziłem, że koledzy mający aparaty cyfrowe, które z natury rzeczy miały służyć przyspieszeniu pracy i szybszemu zdobyciu upragnionych efektów, wcale temu nie służą, a wręcz odwrotnie... im więcej tych plików, tym wolniej im idzie.

W domyśle, złośliwie śmiałem się z tego wszystkiego i cieszyłem oko patrząc na trzy kasety 4x5 leżące w kuchni i czekające aż 6 fiszek zostanie wywołanych.
Niestety...

Po kilku dniach od ostatniej sesji, wczorajszego wieczoru ogarnął mnie smutek, bo... nie mam czasu!
Po prostu nie mam czasu obrobić 11 fiszek, które zaświetliłem świadomie w studio. Niby to proste... Zrobiłem pięć Provii100 i sześć trixów. Nic wielkiego, ale tak policzmy:

  • dzień po sesji oddaje fiszki slajdów do wołania
  • odbieram wieczorem i już czasu brak by zeskanować
  • nadal czekają negatywy, bo muszę kupić wywoływacz
  • następny dzień (wyjaśniam, że "dzień" zaczyna się dla mnie po godz. 18:00!) - rozrabiam wywoływacz i... skanuje slajdy. Na wołanie BW już nie mam sił.
  • jeden slajd zabiera mi około 35 minut (skanowanie, obróbka, przygotowanie do netu)
  • nieświadomie zahaczyłem już o następną dobę, bo skaner ląduje na półce o 01:00
  • kolejny dzień wreszcie przeznaczony dla trixa... wołanie dzięki Paterson Orbital zajmuje "tylko" około 40 minut, negatywy wiszą głowami w dół na karniszu do następnego dnia
  • znowu zaczynam po 21:00 "swój czas" i skanuje negatywy... obróbka czeka...
... upłynęły 4 dni, a ja nadal nie mam wszystkich kadrów gotowych. Gdzie jest ten cholerny zysk z tego, że robię analogiem, wielkim jak krowa i mało naświetlam...?! No gdzie!?
A co byłoby gdybym robił 35mm i miał 36 klatek..?

Ech... analogowy czas wcale nie płynie szybciej od cyfrowego. Zegar w salonie (kiedyś to się nazywało duży pokój) ma wskazówki i wahadło i kurcze za nic na świecie nie chce chodzić inaczej niż ten chiński na wyświetlaczu w piekarniku.

A dziś śnieg... szlag to trafi... znowu stracę 2 godziny na dojazd... czyli wrócę dwie godziny później... czyli nie obrobię reszty negatywów... czyli...



Poniżej to, co się już doczekało swojej kolejki. Jak widzicie światło "złożyło swój podpis" na części fiszek. Nie będę odbierał mu prawa do tego, wszak to jego zasługa, że tam w ogóle coś widać. Ja tylko występuje w roli "łapacza fotonów".


*wizaż - jak zwykle wspaniała: Beata Fryz, nieoceniona asystentura mojego partnera (na razie tylko zawodowego): Darka. Pozował nam: Dawid.