środa, 30 grudnia 2009

Znajdź swój sznyt...


Jest kilka kluczy do tego by ktoś o nas mówił. Oczywiście mam na myśli mówienie w kontekście naszej twórczości.

1. Skandal
Tutaj koronnym przykładem dla mnie pozostanie na zawsze p. Nieznalska i jej penis. Znaczy nie jej, ale ten na krzyżu, co go tam umieściła. Po co? Cholera wie, bo ten wylewający się bełkot uzasadniający użycie genitaliów do przekazywania swoich idei jest dla mnie żałosny. Jakkolwiek nie mam uprzedzeń religijnych, tak równie bardzo oburzało by mnie umieszczenie go na dachu meczetu czy na Torze.
Metoda stara jak sztuka... obrazoburcze działanie (zwłaszcza w kontekście religijnym) daje pewność (99,9%) zaistnienia.

2. Grupa "samowsparcia"
Otóż, należy "kręcić się" wokół jakiś społeczności, które same siebie lansują poprzez bycie ze sobą. Wiem... masło maślane, ale dokładnie tak odbieram takie środowiska...
Tworzymy grupę artystyczno-ideowo-offową (koniecznie offową!) i działamy. Spotykamy się, chlejemy, malujemy na ścianach bohomazy i gra. Wystawiamy sztuki, których nie ogląda nikt poza kolegami robiącymi scenografię, no i może ktoś z jakiejś miejskiej organizacji kulturalnej. Konieczne jest abyśmy działali na terenie jakiejś starej fabryki, stoczni lub innego miejsca, które w przestrzeni miejskiej uchodzić będzie za odosobnione, ale z tradycjami. Jeśli owe tradycje są dodatkowo związane z historią miejsca lub nie daj boże z historią Polski to Bull's Eye!! Jesteśmy pępkiem artystycznym miasta. Działa! - sprawdzone w realu :)
Piszą o nas, bo lokalne gazety muszą pisać o działaniach lokalnych "twórców".

3. Sznyt
To może nie jest tak chwytliwe jak skandal i nie jest tak skuteczne, ale niewątpliwie jest najszlachetniejsze ze sposobów na zaistnienie skuteczne. Avedon miał swoje białe tło, Penn swoje ciasne kąty ze złożonych ścian, LaChapelle kiczowate, popowe scenografie i każdy z nich wypłynął i tkwi w naszej pamięci właśnie poprzez sznyt. Wypracowanie sznytu trwa. Znalezienie własnego sznytu to poszukiwanie złotego Graala czasami.
Szukamy i szukamy i czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, że już dawno go mamy. Pod koniec życia okazuje się, że jakiś krytyk go nazwie. Określi go i zdefiniuje. Otwieramy oczy na własne zdjęcia i dopiero to widzimy.
Czasami jednak działamy od początku z założeniem jakimś, które mniej lub bardziej akcentujemy w każdym zdjęciu.

Oczywiście tyczy się to zdefiniowanej przez nas działki fotograficznej w której działamy.
Trudno byłoby nam bowiem połączyć jednym sznytem nasze fotki plenerowe i sportowe :)

4. Dookreśl się.
Z poprzednim akapitem związane jest jeszcze jedno ważne zagadnienie naszej twórczości. Mianowicie zdolność określenia się. Samookreślenia. Jakim fotografem jestem? Co fotografuje? Mydło i powidło, czy może mam jakiś temat wiodący.
Odnoszę wrażenie, że wielu z nas traktuje fotografię jako zdolność rejestracji zastanych obrazów za pomocą urządzeń elektronicznych.
Co podejdzie nam pod kadr, fotografujemy. I nie ma w tym nic zdrożnego, do czasu, do miejsca, w którym chcemy być postrzegani jako świadomi fotografowie. A nie pstrykacze.
Nie chcę tutaj wprowadzać podziału: amator-zawodowiec, bo on nie oddaje sensu tego związku.
Dookreślenie się często może nam pomóc.
Może pomóc nam robić lepsze zdjęcia. Naprawdę.

W naszym mózgu jest taka klapka, która każe nam kategoryzować, dzielić, szeregować i układać. To jest uciążliwe, ale często pomaga nam obrać kurs i tym samym skupić się nad efektami.

5. Ufaj sobie
Nie olewaj opinii innych. To nie o to chodzi w ufaniu sobie. Nie mów, że zdanie krytyków Cie nie obchodzi. To bzdura. No chyba, że osiągniesz poziom Salvadora Dali :)
Po prostu zaufaj sobie i dbaj o to, bo echa Twoich prac docierały z powrotem przefiltrowane przez wrażliwość odbiorców. Nie zrażaj się jednak. Najgorzej jak poczniesz czynić sobie wyrzuty z własnych prac pod presją opinii. Zaufaj sobie i swojemu wyczuciu, a łatwiej będzie tworzyć.



Nie wiem dlaczego dzisiaj o tym pisze.
Ot, po prostu mnie naszło.
Może to forma życzeń na 2010..>?:)






11 komentarzy:

mate00sh pisze...

Od penisa i krzyża to zdaje się była Nieznalska a nie Kozyra.

Pozdr

iczek pisze...

Oj tak, ależ pomyliłem.. poprawiłem, dzięki :)

Anonimowy pisze...

Sznyt od zawsze to dla mnie blizna powstała w wyniku samookaleczenia żyletką czy nożem (żeby podkreślić jakim się jest twardzielem). Ja osobiście jako kajtas stykałem się ze sznytami robionymi żyletką na ręku. Piszę o tym tylko dlatego, żeby dowiedzieć się czy sznyt w znaczeniu "styl", "forma" to takie iczkowe, regionalne określenie czy o większym zasięgu?

pozdrawiam
MJ

iczek pisze...

Tak... iczkopedia :)

Hubert Siemieńczuk pisze...

W tym roku postanowienie noworoczne brzmi: znajduję swój sznyt i wchodzę w fotografię na poważnie, czyli dookreślam się:)
Dziękuję Piotrze za to, co tu wyprawiasz, że znajdujesz dla nas (i siebie) czas i chęć podzielenia się swoją miłością, że trzymasz poziom i stale rozwijasz swój warsztat. Inni dzięki Tobie również odnajdują swą drogę/utwierdzają się w słuszności obranego kierunku lub porzucają to co jest sprzeczne z ich naturą fotograficzną. Też mnie czasem wkur.zasz swoim ględzeniem na temat filmów, ale w sumie bez metki nie ma podnietki:)
No, to tyle. I do siego roku. Pozdrowienia dla żony i dzieciaków:)

Zadora pisze...

Chyba jednak nie iczkopedia.
Sznyt w sensie np. styl jest używany ale chyba archaiczny. Mówiło się o np. sznycie lokalnym.
Natomiast jeśli chodzi o blizny po m.in. samookaleczeniach to są sznyty i wydaje mi się, że to forma żeńska czyli sznyta (http://www.miejski.pl/slowo-Sznyta), ale czasem też zamiennie sznyt.

Paweł Niewiadomski pisze...

Też się ostatnio nad tym zastanawiałem - jak wypromować siebie.

Pytanie w ogóle czy trzeba się promować?

Moim zdaniem absolutnie tak. Nie wiem czy się zgodzisz ale moim zdaniem aby odnieść sukces fotograficznie nie trzeba robić dobrych zdjęć - trzeba być tylko upartym w promowaniu ich (i być oczywiście konsekwentnym).

Robienie dobrych zdjęć w ogóle nie wystarcza.

Jak się wypromować?

Chyba przyznasz, że najlepiej umiejętnie korzystać z wszystkich technik opisanych przez Ciebie.

Dodałbym tylko jeszcze, że trzeba być konsekwentnym i mieć grubą skórę. Wtedy można przeć przed siebie. A za to Cię później ludzie będą cenić.

Anonimowy pisze...

W sumie to zagadnienie stare jak świat. Polecam w tym kontekście wywiad z Dodą w ostatnim Newsweeku:) Wie baba co ma robić i to robi...konsekwentnie. Czy ktoś w Polsce o niej nie słyszał? Jest skuteczna? Jest. I o to chodzi (No mater what they say).
hubert

Jurecki Krzysztof pisze...

O Dodzie za 5 lat nikt nie będzie słyszał, podobnie jak teraz o Ich Troje. Trzeba odróżnić show-biznes od fotografii, czy kwestii bycia artystą. Dodą jest tylko artystką kabaretową. Trzeba tworzyć własną fotografię i w nią wierzyć. Nieznalska czy Kozyra to smutne postacie, współczuję im.
Krzysztof Jurecki
http://www.jureckifoto.blogspot.com/

Anonimowy pisze...

@ Krzysztof:
oj nie byłbym taki tego pewnien;) W sumie to nie moja bajka, ale jestem pewnien, że Dodzia nie pozwoli o sobie zapomnieć na baaardzodługo. Stąd o niej wspominałem w kontekście autopromocji i sukcesu, czy to sztuki czy muzyki pop.
Mam przeczucie, że on będzie równie niezatapialna jak Madonna:)
pozdr -hubert

guerilla pisze...

Nieznalska czy Kozyra to smutne postacie?

Smutni są wystraszeni faceci, którzy tracą grunt pod nogami coraz szybciej i szybciej! Całe szczęście, p. Jurecki, całe szczęście. A kysz na mieliznę historii:-)