piątek, 27 listopada 2009

Polecane... Benjamin Goss


Niektórzy go znają. Lubi psuć. Ale nie w PS. Psuje naturalnie niejako. Z natury materiału korzystając. Dla mnie rewelacyjne portrety.

Warto spojrzeć... Benjamin Goss





fot. Benjamin Goss (x4)



czwartek, 26 listopada 2009

Dupa zza krzaka...


Cytat: „Moja technika opiera się na braku techniki. Obiektywem jest moje oko, moja charyzma, moja umiejętność dostrzegania chwili i prawdy w dowolnej postaci: ujęcia, kolorów, świata, scenerii. To one stanowiły zawsze sedno mojej sztuki fotograficznej”.

Zanim odkryje autora, chciałbym napisać,że jak 99% facetów lubię popatrzeć na gołą kobitę. Ot tak, po prostu.
Jeśli dodatkowo jest to ładne zdjęcie z pomysłem i widać w nim kunszt autora, to już w ogóle zamienia się to w "celebrację oczną".
Cóż facetem jestem i tutaj zatrzymam się po raz drugi, bo złożony grypą siłą rzeczy musiałem pastwić się nad pilotem telewizyjnym i dane mi było oglądnąć po trochu większość obecnie nadawanych seriali TV.
Ło makto!
Ja się nie dziwię, że obecnie wszyscy faceci są zniewieściałymi łajzami, bo obraz faceta wyłaniający się z tych "M jak M" czy innych "39 i pół" jest przerażający. Snujące się mimozy, płaczące, wrażliwe z wypielęgnowanymi twarzami i cierpiącym wzrokiem. Dżizas!
Jednym dosadnym słowem - cipki nie faceci! (przepraszam wysublimowanych czytelników)

Ale do meritum.
Autorem tych zacnie brzmiących słów jest twórca tegorocznego kalendarza Pirelli - Terry Richardson.

I w sumie mógłbym już nic nie pisać, bo znający mnie wiedzą co napiszę...:)

Czy mi się podoba..?
Oczywiście, że nie!

Nawet jeśli pochylimy się nad tym czymś, jako nad sztuką pop, co sugerują krytycy...
Nawet jeśli uznamy, że przyznanie się do nieposiadania wiedzy technicznej o wykonaniu zdjęcia jest zabiegiem PR...
Nawet jeśli potraktujemy to coś w kategorii prowokacji (skądinąd Terry od lat jest z tego znany)...

... to wszystko to, nie zmieni faktu, że mamy do czynienia z wielkim gównem.
No wiem... ostro.
Tak ma być.

Cóż z tego, że z logo Pirelli...?! Czyż Ferrari się nie psują, czyż Bugatti nie łapią gumy...
Mam wrażenie, że Pirelli cle na tym wyjdzie, choć szum się narobi i sam go robię.
Jeśli o to im chodziło i o taki szum, to luzik... nie moja kasa... nie moje nazwisko.

I nie chodzi o to, że wolałbym fotki lalek z lat 80 w ciętych po talię kostiumach i trampkach z kortu tenisowego...
Chodzi o fotografię.
Ale Pirelli już zapomniał o co chodzi w tym kalendarzu najwyraźniej...
Szkoda... :(



fot.: Terry Richardson (więcej fotek na ŚO)



wtorek, 24 listopada 2009

Tagi na dzisiaj: cyfra, ciemnia, obróbka, PS....


Są blogi, na których autorzy usilnie starają się przekonać nas, że COŚ jest lepsze od CZEGOŚ i na odwrót, że CZEGOŚ jest lepsze od COŚ.

W fotografii, dyskusja owa koncentruje się zazwyczaj wokół systemów (system A jest lepszy od B) i wokół metody (metoda B jest lepsza od A).

Są blogi, na których mówi się, że analog jest lepszy od cyfry, bo jest prawdziwszy. Bo daje efekty nie podlegające przetwarzaniu przez jakiś tam procesor z wpisanymi milionami scen, który uogólnia nasze widzenia tego, co po drugiej stronie aparatu.
Dodatkowo, te same blogi i ich właściciele kłócą się miesiącami, że obróbka fotografii w PS jest łamaniem prawdy zawartej w suchym źródle (RAW czy jakoś tak).

No to tylko wrzucam tutaj zdjęcie, które skądinąd może być już dobrze znane. I to zdjęcie mam nadzieję raz na zawsze zamknie usta Tym niewiernym i nierozumiejącym nic bloggerom, którzy nie poddają się nurtowi zmian i cywilizacyjnemu progresowi.

Tacy jesteście mądrzy!?
No to popatrzcie na instrukcję jaką Avedon zostawiła swoim printerom :)
I raz na zawsze przestańcie marudzić, że PS zabija fotografię!


Ciekawe jak wygląda zdjęcie na negatywie i na odbitce..:)



poniedziałek, 23 listopada 2009

Dobra, bo zwykła....


Niektórzy piszą, że nie rozumieją fotografii, która dla nich nie przedstawia nic poza rejestracją rzeczywistości. A że często owa rejestracja dotyczy rzeczy unikalnych, to nie powinno czynić wyjątkowego zdjęcia z samego tego faktu.

A ja mówię... veto!

A właśnie, że fotografia rzeczy oczywistych jest dla mnie najlepsza. Może taki etap mam. Może nie umiem robić artu w stylu autora tamtego wpisu. Może...
Jednak mam niewątpliwą przyjemność i rozkosz, uwieczniając rzeczy oczywiste, zwykłe, normalne, proste w sposób prosty.

Ot - może czasami nie warto za wiele kombinować i sam widok nieba lub człowieka zaspakaja nasze ego fotograficzne.

KUMAKA Studio, 2009



Miliony kadrów....


Ponieważ Gościa uwielbiam, a jego klimaty zwalają mnie z krzesła za każdą nowa produkcją, to polecam Wam klasyczną już składankę z miliona kadrów w wykonaniu Eugenio Recuenco.
Tym razem sesja dla Pull&Bear.
Ech Eugeniusz, Eugeniusz... skąd Ty bierzesz te scenografie!?




niedziela, 22 listopada 2009

To be PS or not to be...


Właśnie.
Co w końcu z tym PS. Czy okradanie fotografów tworzących swoje prace z autorstwa tychże, sugerując uzyskanie efektu końcowego pracą z grafiką komputerową, którą się posłużyli jest zawsze sprawiedliwe..?

Pamiętacie jednego z laureatów Hasselblad Masters w roku 2008 - August'a Bradley'a?
Wygrały zdjęcia, które ja określiłem jako w 100% praktycznie Photoshop. Kilka poniżej:




Dzisiaj przez przypadek trafiłem na YouTube na film z realizacji tej sesji i trochę się zawstydziłem, bo patrząc na sceny, które on zbudował i wstępny klimat przed obróbka - muszę przyznać, że nie odbiega to aż tak dalece od efektów pokazanych potem... Bo tutaj nie ma wklejek, nie ma sztucznych wpasowań ptaków... on to zaaranżował...!



Może więc nie zawsze ingerencja w PS jest aż tak zbrodnicza dla zdjęcia...? Może fotografowie jednak wkładają w oświetlenie, klimat, scenografię kupę pracy aby uzyskać efekty bez potrzeby software..?
Naprawdę mnie August zaskoczył pozytywnie...



sobota, 21 listopada 2009

Pod wodą powietrza brak...


Cóż... się zastanawiałem czy gdzieś znajdę parę słów na temat tej sesji, ale nie doczekałem się...

Listopadowy Twój Styl przynosi nam sesję Rafała Milacha, który zszedł pod poziom ziemi. I dosłownie i w przenośni.
Fotografował Pawła Korzeniowskiego (pływak) i Martę Domachowską (tenisistka), którzy są parą. Materiał ma nam opowiadać jakie to trudne związki sportowców.

Ponieważ pływanie kojarzy się z wodą, to nie trudno zgadnąć jaki pomysł ma fotograf. Na basen marsz!
Ale, ale... co tam woda. Zróbmy to jakoś mniej oczywiście.
No to może... hmmm... pod wodą?
Ależ to oryginalne...

Efekty wyszły mniej więcej takie jak oryginalność pomysłu. Paweł zaciska usta, a Marta pławi się wokół niego w zwiewnych tiulach...
Koszmar.
Ani to ładne, ani pomysłowe, a już naprawdę ilość tego typu sesji na starcie dyskwalifikuje takie "powielactwo".
Rafał Milach musi z czegoś żyć. Rozumiem.

Mam nadzieję, że zapłacili Mu tyle, że przez trzy miesiące będzie mógł jeździć i realizować swoje ambitniejsze projekty, za które go cenię.


Niestety nie znalazłem całości sesji więc odsyłam do gazety, a poniżej tylko link do artykułu.

Twój Styl, listopad 2009, fot. Rafał Milach



czwartek, 19 listopada 2009

Piano schody....


... uśmiałem się do łez i zdałem sobie sprawę z zależności jakie zachodzą co dzień w moim mózgu..!
Że tez ktoś na to wpadł! Czapa z głowy!





... i inna zabawa:



Jestem sobie...


No i proszę, na wstępie wszyscy łapiemy się pod boczki i nucimy na znaną melodię:

... Jestem sobie przedszkolaczek
Nie grymaszę i nie płaczę
Na werbelku marsza gram
Ram pam pam, ram pam pam...

...a teraz dwa ostatnie wersy zamieniamy na poniższe i ponownie:

...Za swe zdjęcia płacę sam
Ram pam pam, ram pam pam...


Do czego piję..?
Otóż, Ci z Was, którzy nie mają dzieci w przedszkolu nie doznali cudownych olśnień w czasie tego jakże ważnego czasu dla dziecka.
Wśród nich są też olśnienia fotograficzne.
Nie wiem czy wiecie, ale w przedszkolach robi się zdjęcia na tzw. partyzanta.

Dzień jak co dzień. Spacer, przebieranie się w szatni, buziak na papa, zamknięcie drzwi, a przy wyjściu łapie mnie znienacka pani recepcjonistka.

- Mam dla Pana zdjęcia.
- ?
- No zdjęcia Młodego.
- ?
- No był fotograf i są odbitki.

Patrzę na przygotowana teczkę z imieniem Młodego i zaglądam. A tam trzy odbitki. Jedna A4, dwie 10x15.
Portret ciasny (cięty po szyi) i sylwetka.
- Przepraszam, ale nikt nas nie informował , że będzie fotograf w przedszkolu...?
- A bo on przychodzi bez uprzedzenia i nie informujemy rodziców.

Zapewne dlatego młody ma na sobie rajtuzy z wytarciami na kolanach, starą roboczą bluzę do zabawy plasteliną i włosy posklejane ową masą plastyczną.
Co to znaczy, że nie uprzedzają?
Akurat nie ubrałbym Młodego w mundurek, ale skoro już coś robimy, to co za problem dać znać i może jakaś matka przebierze córkę w suknię ślubną :) Ale uprzedzić warto...
O tyle to dziwne, że podpisując umowę z przedszkolem musiałem wyrazić osobną zgodę na wykorzystywanie wizerunku mojego dziecka na stronach www przedszkola przy okazji publikacji fotek z imprez i wydarzeń. A tymczasem, na fotografa co pstryka dzieci nie muszę wyrażać zgody... ciekawe?

Ale nic, do zdjęć wracam i widzę obrazki wciśnięte w jakieś masakryczne ramki z PS, aż mi się płakać chce jak widzę taką popelinę...
A wszystko za jedyne... 26zł!
Trzy odbitki, których koszt w labie wynosi 2,30zł.
Niezła przebitka.

Wielokrotnie narzekałem tutaj na to, że fotografia jest niedoceniana i że nie płacimy za nią tyle ile powinniśmy. Że należy się cenić, że trzeba płacić za czyjąś pracę.
Tym razem staje po drugiej stronie barykady i...?!
No właśnie i mi się nóż w kieszeni otwiera jak ktoś proponuje mi coś takiego i chce zarobić na moim dzieciaku, który zapewne będzie chciał mieć fotki, bo Inny ma :)
I to wszystko totalna partyzantka, bo ja nie muszę kupować tych odbitek. Ci "fotografowie" robią to na swój koszt (minimalny) i oddają dla skuszenia ludzi te dzieła sztuki:)
Normalnie czuję się osaczony i gwałcony....

I w dodatku kosztem Młodego.

Wygląda masakrycznie na tych fotach w tych jesiennych liściach, rodem z clipartów Corela....
Jezus...

A więc...

... Jestem sobie tata młody
Nie mam kasy ni urody
Fotki syna zrobię sam
Ram pam pam, ram pam pam...




poniedziałek, 16 listopada 2009

Dewaluacja...


Występuje zarówno w ekonomii, jak i w psychologii. Znaczenie obiegowe jest jak najbardziej dobre.
Obniżenie...

Mam wrażenie, że pojęcie fotografii uległo dalece idącej dewaluacji.
To nie cytat, to taka telewizyjna formułka.

Ale w sumie....? Czyż nie słuszna?
Weźmy takie oto słowo: student.
Czy nie uważacie, że uległo ona nie tylko dewaluacja, ale i deprecjacji (też dobre słowo!)?

Kto obecnie jest studentem..? Każdy. Ba! Nawet egzaminu nie trzeba już żadnego zdawać, bo w dobie kryzysu, szkoły niepaństwowe przyjmują każdego, byle wpłata była na konto. I jest student...
Raz w tygodniu ma jakieś tam spotkanie trwające cały weekend bez przerwy na siku, a namacalnym dowodem istnienia szkoły jest fakt, że pod budynkiem, który wynajmuje, w każdy weekend nie da się zaparkować auto w promieniu 300 metrów. A jak nie daj Boże mieszkasz koło takiej "szkoły wyższej", to biada Ci w weekend wyjść z psem lub po bułki... tabun wylansowanych lasek w mini oblepi cię jak tygodniowa guma do żucia. No, ale społeczeństwo się uczy i kształci i mamy inteligencje. Bo to przecież oni zajmują te miejsca parkingowe - przyszła inteligencja :)

Tak więc fotografia i student to zakresy pojęć ujęte w słowa, które uległy daleko posuniętej deprecjacji i dewaluacji.

W Gdyni odbyło się spotkanie z Anną Bodnar.
Reklamowane jako spotkanie z fotografem (członek, ups: członkini ZPAF), która robi ponoć zdjęcia...?
I tutaj się z lekka poirytowałem, bo w 80% jej "fotografie" to grafiki komputerowe.
W krótkiej notce na blogu autorki jest napisane, że "przejawia niechęć do plastikowego świata" - po czym składa w PS kobietę z głową koguta lub domalowuje lustro z którego wylewa się woda...?! Yhhh?

Jej prace są zlepione, sklejone, porysowane i przekształcenie w PS i nadal ktoś nazywa je fotografią. Ja się zapytuje na jakiej to podstawie?
Oj tak, wiem, zaraz ktoś "wystrzeli we mnie" Hartwigiem...

Nie jestem przeciw Annie - jej cykl Nudes jest bardzo fajny... podoba mi się.
Ale jakoś mnie swędzi to, że zabiera się "fotografii", to co cesarskie, a zostawia się... no właśnie co..?


W sumie to nie miałem pisać o Bodnar, ale jakoś tak ramiona neuronów mi skręciły w tym kierunku.
Chciałem napisać o tym, że "fotograficzny slow food" , jakim jest klasyczna fotografia jest zdecydowanie smaczniejszy niż "cyfrowy fast food".
Pustym kaloriom mówimy nie...
Spróbować można, czemu nie! Ale żeby całe życie żreć to "dmuchane cyfrowo-pikselowe żarcie" !? Brrrrr...


Mój wizerunek wymoczył się w weekend w kolodionie. Dwa Michały (oba duże) :) pokazały mi, jak bez zadęcia i pomponady formy robić zdjęcia. Są w Polsce ludzie, którzy robią takie rzeczy, że mi mózg staje. I nie krzyczy się o nich w jakiś nadmuchanych blogach. Oni sobie po prostu są. Bo są. Bo spełniają się w tym moczeniu szklanych płyt. Chwała Panowie!
"Hats off to the sailing ship! - jak krzyczeli onegdaj żeglarze.



sobota, 14 listopada 2009

Fast or slow...?

Fotografia jest jak jedzenie.
Fotografia cyfrowa jest jak fast food - nażresz się i odbija ci się tydzień pustymi kaloriami.
Fotografia klasyczna jest jak slow food - myślisz co jesz i celebrujesz posiłek.

To takie przemyślenie, ale jak idealnie pasujące do realiów obu rodzaju fotografii. Wręcz idealnie wpisuje się w to, co doświadczam trzymając w rękach cyfrę. Jakoś tak szybko i beznamiętnie.

Takie przysłowie mi ojciec wpajał: "Młodość pała jedną chętką - dużo, byle jak i prędko".
Cyfra to młoda technika. Jest fast, jest byle i prędko :)


Jak zrobiłem to światło....


Fajna rzecz.
Bardzo popularna obecnie wśród amatorów i pomocna jak cholera.Polecam Wam zapamiętywanie własnych ustawień światła i dzielenie się kulisami swojej pracy.


czwartek, 12 listopada 2009

Popatrz w dół...!


To jedynie przykład, wcale nie każę nikomu patrzeć jedynie w dół. Ot, chodzi mi o to, że czasami zaszywamy się w swoim klimacie, w swoim "stylu", w swojej formie jak zaszywało się umarlaka w płótno żaglowe i zrzucało z burty do wody.
Mówiono wówczas, że "ostatni ścieg jest bez krwi".

Więc sobie kadrujemy często mechanicznie, bo tak już było lub bo tak pasuje i tak jest dobrze.

Oglądając moich Mistrzów pracę, zauważam, że poza klasycznymi ujęciami, wymuskanymi kadrowymi ikonami mego postrzegania portretu, także i oni szli "po bandzie". Poszukiwali lub starali się przełamać monotonię portretowania ludzi.
I nie mówię tutaj o współczesnej fotografii portretowej, której zresztą nie ma, jak dla mnie, ale raczej o klasykach gatunku, którzy też poszukiwali. Kadrowali dziwnie.

Ucinali ramiona w pionie pokazując jedynie sylwetkę z jedną ręką.
Ciasno kadrowali twarz pozbawiając modela oka lub nosa nawet. Szpecili wydawałoby się obraz. A jednak nie do końca.

William S. Burroughs, fot. Avedon

Tego typu zabiegi miały i mają czemuś służyć. Czasami jest to prosta wskazówka dla odbiory gdzie ma patrzeć. Czasami jest to jakiś psychologiczny detal, który autor wyciąga przed nas. Czasami przypadek po prostu.

Samuel Beckett, fot. Avedon

Każde poszukiwania są lepsze niż sztampa. Nie każde jednak są dobre i dają dobre efekty, ale zawsze warto popatrzeć w dół.

Spojrzeć na scenę z innej pozycji. Skupić się na innym elemencie układanki. Często odkrywamy wówczas coś naprawdę mocnego. Nie dotyczy to tylko portretu. Dotyczy to wszystkiego.

Więc... czasami "popatrzcie w dół".





środa, 11 listopada 2009

"Spojrzenie Boczne" asystenta...


Chciałbym przez chwilę zastanowić się nad rolą asystenta...
Jak widać na załączonym obrazku pełni on rolę kluczową przy wielu kadrach. Niech Was nie zmyli nonszalancja ukazana tą ręką w kieszeni, tutaj każdy ruch jest zaplanowany, a każda poza ma swoje znaczenie :)

Bardzo trudno jest o dobrego asystenta. Takiego, który rozumie kiedy należy zawiasy szczękowe trzymać zwarte, a kiedy może pozwolić sobie na drobną uwagę, bo wbrew pozorom wcale nie jego umiejętności techniczne są najważniejsza, ale... estetyka i rozumienie się z fotografem.

To, że asystent musi wiedzieć gdzie stanąć by nie zasłaniać światła z okna, że musi wiedzieć jak posługiwać się blenda by nie dodać za dużo światła - to jest norma jakaś. Podstawówka.
Ale znaleźć takiego, który szepnie: "wiesz co, do dupy ten kadr" po godzinie ustawiania modeli - to jest Święty Graal :)

Mam szczęście.

Mam dobrego asystenta, choć to określenie względem niego jest niesprawiedliwe, bo to jest po prostu mój partner fotograficzny. Fotograf - jako i ja jestem.
Ale ma dar.
Spojrzenia bocznego - tak to się nazywa w mojej terminologii. "Spojrzenie boczne".

Kto umie spoglądać bocznie potrafi zrobić wszystko. Niektórzy twierdzą, że spojrzenie boczne jest łatwiejsze, bo nie jesteśmy narażeni na stres robienia zdjęcia, jak fotograf.
Że łatwiej jest dostrzec niuanse.
Ale ja twierdze, że wcale tak nie jest, bo asystent widzi rzeczy z boku. Ja mam na głowie szmatę, patrze w matówkę 8x10 cali i widzę, co widzę.
A asystent? Asystent widzi oczami wyobraźni to, co ja widzę i jeszcze umie to skorygować. Szelma...


Wiele moich zdjęć wygląda jak wygląda dzięki dwóm, trzem słowom asystenta...
Taka prawda.
Dlatego podkreślam zbiorowy charakter akurat moich fotografii.


wtorek, 10 listopada 2009

Sponsor...


Z angielska [:ze sponsor] :)

A pytanie brzmi - jak znaleźć sponsora?
Ale tak po kolei, jaka jest droga aby otrzymać pieniądze na jakiś swój projekt fotograficzny lub na wystawę?

No bo co..?
Robię wydruki i pielgrzymuje po firmach, gdzie moja droga kończy się w 80% na recepcji..? I nigdy nie dociera do osób decyzyjnych?
Wysyłam płyty DVD z prezentacjami?
Dzwonię po biurach?

Chętnie zrobiłbym wystawę swoich prac. Zbieram kasę, ale jak w życiu, skarbonkę muszę rozbijać już po miesiącu, bo akurat mi końcówki drążków szwankują i sworznie czas wymienić :)
Skorupami od skarbonek zapchałem już pół piwnicy. A wystawa się oddala.

Artysta nie jestem więc nikt nie chce wystawiać mnie w CSW - bo moje prace są takie "normalne". Nie umiem fotografować krzaków w wmawiać ludziom, że to "reminiscencje mojej jaźni zamknięte między plątaniną liści i gałązek"
Stypendium nie dostanę, bo nie mam dorobku artystycznego, bo tych cholernych krzaków nie fotografowałem!

Zero zaplecza, zero sukcesów...

Dodatkowo, obniżając aspirację, szukam knajp które by za darmo wystawiły prace, ale i tam nie mogę, bo sumienie nie pozwala wypieszczonych kadrów wieszać na oplutej i zadymionej ścianie. No i barty psuje się od tytoniowego podmuchu. Poza tym, zaraz ktoś zniszczy.

To jak zebrać kasę...? Co by się pokazać..?
I ile trzeba zebrać?

Taka wystawa z 20 powiększeniami to pewnie jakieś 10-20tys lekko licząc. Wydruki, ramy, wynajem sali, transport, wernisaż.
Niby nie aż tak dużo, a jednak...

A Wy szukacie sponsorów... nie pytam o rodziców ?:)


poniedziałek, 9 listopada 2009

Portret kolodion 40x50cm!


No... to jest coś :)



niedziela, 8 listopada 2009

Wszędzie dobrze tam, gdzie.... mamy czas...


Właśnie.

Miałem okazję zobaczyć kawalątek Polski południowej. A dokładnie Podkarpacie w miniaturze. I wiecie co, jadąc samochodem po tych okolicach zdałem sobie sprawę, że ich krajobraz jest zdecydowanie bardziej "atrakcyjny fotograficznie" od moich okolic pomorskich.

Takie bardziej urozmaicony, jakby przez to weselszy, jakby też bardziej zwarty - może przez brak płaskiej perspektywy...
W każdym razie - odczułem, że jest fajniej, ze mam ochotę porobić zdjęcia plenerowe, których już dawno nie robiłem.

Wieczorem porozmawiałem z miejscowym pstrykaczem i on wysłuchał tych moich wynurzeń pobłażliwie uśmiechając się pod nosem.
Kiedy zawiesiłem pytanie w powietrzu licząc na jego wdzięczność, że zauważyłem te wszystkie zalety ich regionu, on odparł jednym zdaniem, które zabrzmiało jak finalny dźwięk zamykający koncert.
- Ale wy macie... morze!

Tak.
Czyli co, stawiamy na szali atrakcyjności fotograficznej morze i góry? Co przechyli się?

Efekt nowości działa w fotografii bezbłędnie. To, co mnie wydaje się banalne: te wschody słońca nad morzem, ten szum, ten jod, te piach... ma inny wymiar 650km na południe. Romantyczny taki.

Ale jest też inna sprawa.
- Wysłałeś zdjęcie na konkurs o Gdańsku? - spytała mnie Małgosia.
- Nie, bo nie umiem odkryć w tym mieście już nic zaskakującego.

Idiotyczne. Bo miasto moje zmienia się wraz porami roku, zawsze potrafi zaskoczyć. Tylko ja chyba przestałem to dostrzegać. Bo nie mam kiedy, bo nie mam jak. Czas stał się dla mnie deficytowy bardziej niż jabłka na wiosnę.

Poświęcam go na "niesiebie", poświęcam go na rodzinę, na zaległe sprawy, a zostaje go dla mnie w ilości, która przekłada się na jedną, dwie fiszki w miesiącu. Gdybym miał czasu więcej, zarówno góry, jak i morze byłyby tak samo atrakcyjne.

A tak...?

Ale zawsze mam wybór.
Młody na karku machający nogami pod pachami lub aparat, ulica i...

No właśnie... jedno słowo:
"priorytety" - bolące miejsce w moim mózgu.

Sopot, luty 2008


~~~~
PS
Wpis dedykuję Pani I.





środa, 4 listopada 2009

Jesienny foto zarobek - 7,5mln USD



Dokładnie 7,484,100 dolarów amerykańskich zarobiły zdjęcia sprzedane w sezonie jesiennym na aukcjach Domu Aukcyjnego Christie's. To swoisty rekord świata sprzedaży fotografii.

Dzień 7 i 8 października przejdzie do annałów jeśli chodzi o wylicytowane kwoty za fotografię na świecie. No, ale nie ma się co dziwić, bo na listach sprzedażowych znalazły się m.in. zdjęcia takich autorów jak: Bruce Davidson, Adolph De Meyer, Heinrich Kuehn, Sally Mann, Richard Misrach, Erwin Olaf, Marcus Aurelius Root czy Joel-Peter Witkin.


Ceny kształtowały się różnie, bo też i ilość zdjęć sprzedawanych w kolekcjach była naprawdę spora. Rodzynkiem jesiennym okazał się zbiór kolorowych zdjęć z kolekcji Bruce i Nancy Berman "The American Landscape", które to zdjęcia różnych autorów poszły za 1,544,625usd i obejmowała kilkadziesiąt pozycji, m.in.: William Egglestone, William Christenberry, Mitch Epstein.

Prywatna kolekcja 59. zdjęć Sally Mann poszła za 667,625usd, a pojedyncza praca Adolph de Meyer "Water Lilies" (platyna) osiągnęła cenę 170,500usd i była to najwyższa cena jaką kiedykolwiek zapłacono za dzieło tego fotografa.



Dokładnie tyle samo wyciągnął Robert Frank za swoją odbitkę "Fish Kill".


Swój osobisty rekord cenowy za jedno zdjęcie pobił też Erwin Olaf, który pojedyncze zdjęcie "Hope 5" sprzedał za 40,000usd. Teraz już rozumiem dlaczego na swojej stronie Erwin umieszcza pełnowymiarowe obrazki i nie ma tam żadnych zabezpieczeń przed ich ściąganiem :)



I znowu rodzynek - pojedyncze zdjęcie "Greenwood, Mississippi" autorstwa William Eggleston'a, które osiągnęło 158,500usd. To naprawdę szaleństwo.



Irving Penn też odcisnął swój ślad zdjęciem "Cuzco Newsboy", sprzedanym za 72,100usd.



Nie mogło zabraknąć jesienią Ansela Adams'a. Wszak to cudowna pora dla fotografów przyrody. Jego praca "Portfolio Three: Yosemite Valley" sprzedała się za 116,500usd.



A na koniec dagerotypista Marcus Aurelius Root, którego zdjęcie "Anthony Pritchard, 1850" osiągnęło zawrotną cenę 350,500usd.



No i teraz sobie posiedźmy w ciszy....


poniedziałek, 2 listopada 2009

Upośledzenie ...


Tego się obawiałem.

Okazuje się Moi Drodzy, że dla wielu z fotografów, którzy poddali się cyfrze, którzy zachłysnęli się bitami zamkniętymi w małym, czarnym puzderku karty flash, nie ma już powrotu do analoga.
Nie ma, bo nie są już w stanie zrobić zdjęcia i nie obrabiać go godzinami w PS.

Dla nich, obraz zarejestrowany na filmie jest po prostu zły, niedobry.
Ich estetyka przesiąkła już obróbką, przesiąkła plastikiem i gładkością jakiejś tam kolejnej matrycy z milionami czegoś.

Na jednym z blogów znalazłem zdjęcia. Nie wiem czemu wszystkie fotografowane tam osoby mają skórę albo żółta, albo zieloną, albo inne kolory ciągnięte w Lightroom się tam pojawiają, ale jest też "powrót do analoga" - jak napisał autor.

I to jest świetny przykład tego, że spaczenie cyfra przechodzi na umiejętność (a właściwie nieumiejętność) zrobienia poprawnego (już nawet nie dobrego) zdjęcia aparatem fotograficznym, a nie cyfrówką.

O ile cześć z tych cyfrowych fotek wygląda jako tako i może się podobać Pannom Młodym (bo to blog ślubny), o tyle te "analogowe" próby są porażające.


Upośledzenie cyfrowe jako choroba.

Objawy i przebieg choroby:

1. Osoby upośledzone cyfrą maja coraz większy problem z naświetleniem poprawnym klatki. Z poprawnym zmierzeniem światła i to nawet światłomierzem wbudowanym, bo nawet z nim - zawsze przecież RAW daje im 2-3 działki zapasu!

2. Osoby upośledzone cyfrą nie rozumieją rozkładu świateł w scenie. Nie umiejąc dostrzec różnicy w kontraście oświetlenia i przełożyć tego na efekt na filmie. Bo przecież mają "Recovery" w Lightroom - po co się męczyć umysłowo...?!

3. Osoby upośledzone cyfrowo nie potrafią znieść efektów, które uzyskają na błonie, nawet jeśli zarejestrują poprawny obraz. One muszą go "poprawić". Czyli spieprzyć.

4. Upośledzenie cyfrą jest jednostką chorobową współczesnego świata i tyczy się również innych dziedzin życia. Gramatyki, ortografii, wiedzy, myślenia generalnie.


Zapobieganie objawom:

1. Jedynym właściwie sposobem na wyjście z upośledzenia jest natychmiastowe przestanie fotografowania cyfrą.

2. Usunięcie z trybie totalnym wszelkich programów graficznych lub ich skuteczne zablokowanie na co najmniej miesiąc.

3. Natychmiastowe wyrzucenie do archiwum całego dotychczasowego zebranego urobku z pracy cyfrą.

4. Zaprzestanie oglądania stron poświęconych cyfrowym plikom.

Wbrew oczekiwaniom, nie jest lekarstwem zakup analoga. Zwłaszcza Pentacona Six!!! Tym bardziej Łomo, a już na pewno tragicznie skończy się zakup Polaroida SX-70!!
Należy tego unikać.


Leczenie:

1. Należy kupić albumy fotograficzne klasyków fotografii za kwotę nie mniejszą niż 5000zł. Co stanowi zaledwie 1/4 kwoty wysokiej klasy cyfrówki z obiektywem.

2. Dawkowanie powinno odbywać się w powiązaniu z trybem życia: rano - pół albumu z portretu, popołudniu - ćwierć albumu reportażowego, wieczorem - oczywiście cały album aktu.

3. Zakupić pięć rolek filmu małoobrazkowego i każdego ranka wdychać jego zapach przez około minutę. Czynność powtórzyć przed snem. Materiał należy przechowywać w lodówce.

4. Codziennie rano, zaraz po przebudzeniu się, a przed umyciem twarzy - wyjść na balkon (opcjonalnie okno) i popatrzeć na światło. Potem spojrzeć na wnętrze pokoju i zastanowić się jak mocno musimy otworzyć oczy by coś zobaczyć. Czynność powtarzać również w czasie wyjścia z klatki na dwór.

5. Z zegarkiem w ręku zmierzyć czas potrzebny na włożenie do końca klucza do zamka patentowego. Od momentu dotknięcia czubkiem zamka, do całkowitego wejścia tegoż.


Nie jest przesądzone, że przytoczone powyżej zabiegi odniosą skutek. Jedno jest jednak pewne. Jeśli tego nie zrobicie, to umrzecie fotograficznie...



PS
"Przed zastosowaniem leku, skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą"




niedziela, 1 listopada 2009

[i] [i] [i] [i] [i] [i]... 2009


Willy Ronis


Irving Penn


Julius Shulman


Roy DeCarava


Hubert Van Es


Helen Levitt

Żebyśmy pamiętali...