środa, 28 października 2009

Pomysł na pokazanie...


Temat tego jak pokazywać fotografię jest odwieczny.
Odwieczne też wydaje się zestawienie ze sobą dwóch zmiennych: formy i treści.

Ostatnio publikowałem info o moim wymarzonym miejscu na wernisaż i za każdym razem gdy w sieci znajduje jakieś ciekawe fotki backstage z wystaw, staram się to zbierać i wnioskować w czym leży pies pogrzebany, że niektóre wystawy oglądamy z zainteresowaniem, a niektóre przypominają przypięta do drzwi sklepu kartkę "Zaraz wracam - autor".

O tym, jak pokazać swoje zdjęcia decyduje mnóstwo czynników. Przede wszystkim pewnie rodzaj fotografii, działka, w której działamy. Inaczej pokazać można street, a inaczej fotki ptaków. Inaczej portrety, a inaczej akty.

Znalezienie złotego środka i znalezienie funduszy, to klucz do sukcesu - mam wrażenie.

Na ten przykład, znajdujący się teraz na pierwszym miejscu mojej listy zainteresowań mokry kolodion, poza sprawianiem trudności w samym "procesie zdjęciowym", sprawia też problem prezentacyjny potem. No bo jak pokazać oryginał (płyta szklana lub metalowa) na ścianie..?
Sam wydruk z zeskanowanego szkła to co innego. Odbitka albuminowa (często stosowana w kolodionie) to tez odbitka, ale jak pokazać ciężką szybę 8x10 cali!? I to pokazać tak, aby coś było widać!?
Mam wrażenie, że dobre rozwiązanie znalazła Ellen Susan, którą kiedyś tutaj wspominałem i Jej projekt "Soldier Portraits", w całości robiony na mokrym kolodionie. Ona połączyła ogień z wodą i zaprezentowała widzom zarówno atrakcyjną formułę oryginalnych płyt, jak i powiększenia dające więcej szczegółu i będące lepsze w odbiorze.
Czysto schludnie i elegancko. Czyli wszystko co pozwala obcować z "kulturalną estetyką".

Wspaniały pomysł na swoje negatywy kolodionowe ma Henning Sjögren, który swoje płyty 10x10 umieścił na drewnie... musi ono być ciemne, bo wówczas negatywowy obraz na białym szkle zmienia się w pozytyw.
A jak to wyglądało na płocie...?:) Ano tak to wyglądało...

Swoją droga takie publiczne, szalone trochę prezentowanie zdjęć ma coś w sobie z przełamywaniem granic między odbiorcą a twórcami, którzy wtłoczeni w ściany galerii często cierpią na brak widza. Ulica zaczyna być medium, nośnikiem równie sprawnym dla fotografii artystycznej, co dla billboardów reklamowych.
Znana inicjatywa Galerii bezdomnej chyba do czegoś takiego starała się nawiązać. Nie wiem czy to nadal krąży po Polsce, ale słychać o tym mało... :(


Niemniej, mnie kusi rozmach. Prestiż miejsca (jakiś kościół, muzeum, zamek) i mam wrażenie, że styl fotografowania predestynuje portrety do takich miejsc.

Ma ktoś zamek...?
Poza tym w dżinsach :)!


A na koniec, słowa uznania za odwagę i polot dla dyrekcji Muzeum Sztuk Pięknych w Sevilli. Zobaczcie jakie fantastyczne "złożenia" i współistnienie z historią zaproponowali Piotrowi Gonnardowi i Jego portretom!
Aż się morda śmieje :)






fot.: Pierre Gonnard (x6)




4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Można jeszcze uderzyć np. w ten deseń:
http://www.klups.free.art.pl/prace_works.html#11
Pozdrawiam - Hubert

zover pisze...

jakoś bardziej przekonują mnie otwarte galerie, z dużymi witrynami dostępne z ulicy (można wejść albo rzucić okiem na zdjęcia z daleka) niż marmurowe korytarze muzeów i sztuczne światło. światło dzienne chyba lepiej pasuje do fotografii, ale wszystko zależy od celów, sensów i idei twórcy :) ten pierre gonnard, to tak trochę za malarstwem tęskni a nie za fotografią :)

fotostopowicz pisze...

Rzeczywiście bardzo fajny pomysł z tymi portretami w muzeum. Wygląda to rewelacyjnie

wujek db... pisze...

Mi najblizszy jest pomysl Ellen - pozostale mnie jakos nie poruszaja. Warto zobaczyc oryginal, ale jednak duze powiekszenie na papierze sie przyjemnie oglada i co wazniejsze mozna to ladnie oswietlic, i dobrze widac tresc.