poniedziałek, 12 października 2009

Cztery ręce... fotograficzne


Właśnie oglądam jedna z najwspanialszych sztuk w Teatrze Telewizji "Kolacja na cztery ręce", czyli Bach i Haendel przy wspólnym stole.
Cóż za majstersztyk aktorski w wykonaniu Janusza Gajosa i Romana Wilhelmiego.
Nie wiem czy pamiętacie scenariusz... generalnie pojedynek geniuszu z pragmatykiem.
Pojedynek muzyki, która płynie gdzieś z głębi boskiego daru z mozolnie tworzonymi dziełami.

Odwieczna walka między rzemiosłem, a darem wrodzonym.

Król Muzyki (Haendel) i ojciec dwadzieściorgu dzieci, Saksończyk Bach. Obaj tworzą. Fotografują półnutami i kadrują pasażami i zdobnikami.
Dla jednego jest to wyłącznie rzemiosło, kolejne zlecenie okupione wytężoną pracą, dla drugiego upuszczanie krwi zawierającej boskie frazy. Tak naturalnie... Tak po prostu...

Czy można porównać wrodzoną genialność i zdolność do wyłapywania kadrami najwspanialszych ujęć z mozolnie wypracowaną umiejętnością zrobienia średnio dobrego zdjęcia?

Jak to oceniać..?

Ponoć nie każdy z nas może być Mistrzem, ale Mistrz może odrodzić się w każdym z nas.

Czy Bach czy Haendel.... Haendel czy Bach...?
Czy fotograficznie gramy na cztery ręce...?



4 komentarze:

szymon pisze...

rzemieślnik z darem to mogłoby być jakieś wyjście, ale te dwie osobowości to też dwie drogi: jeden cieszy się twórczością jako niezależny prowincjusz z boskim darem (swoją drogą jeden z lepszych basistów w historii muzyki:), ten drugi walczy o sukces, pozycje i uznanie salonów.

Rosomak pisze...

osobiście raczej ciułam swoje obrazki, konstruuję i są efektem wytężonej pracy, czasem niewiele mającej wspólnego z samym procesem zdejmowania ujęcia, a bliżej związanej z organizacją pracy. dlatego może tak a nie inaczej patrzę na gotowe prace fotografów. nie zadowalają mnie nawet genialne pomysły naznaczone technicznym prymitywizmem wynikającym nie z ograniczania środków wyrazu, nie z wyłuskiwania idei z niepotrzebnych warstw ozdobników, a z niechęci do nauki fundamentalnych zasad. postawę "po co mam się uczyć skoro robię zajebiste zdjęcia" wkładam w szufladkę "bunt szesnastolatka" i staram się więcej nie odwiedzać przestrzeni wystawienniczej osobnika o takich poglądach. czasem jednak czuję dotknięcie czegoś niby spoza mojej świadomości i spływa na mnie wizja obrazu który muszę zrealizować. takich fotografii najbardziej się boję. nie chcę zniszczyć tego co mi siedzi w głowie niestarannością. stąd też może nie wierzę w loterią street'a ale wierzę w objawienie.

Hubert Siemieńczuk pisze...

Czasami mam wrażenie, że fotografia staje się dla najbardziej nią opętanych synonimem mistycyzmu wypełniającego pustkę religijną.

Geniusz musi przecież poświęcić nie mniej pracy i samozaparcia niż rzemieślnik. To banał, ale banał prawdziwy. Znałem kilku "genialnych" kolegów, przerastających talentem i bystrością równieśników. Dziś niestety nikt o nich nie słyszy, a wypływają pracowici, uparci, często zdeterminowani poprostu.
Gdyby taki Roberto Capa nie przymierał głodem, być może nie utrwaliłby wielu znaczących zdarzeń w dziejach najnowszej historii, a skupiłby się razem z HCB na codzienności Paryża.

io3times pisze...

pomiędzy Bachem a Haendlem to była Raczej "walka" nie talentu i rzemiosła tylko skromności i sławy, dla jednego liczyła sie tylko muzyka, a dla drugiego wszystko wokół muzyki.Odnosząc sie do totografii to bardziej własciwym porównaniem byłby podział na amatorów poświęcających się czystej fotografii i zawodowców, którzy głównie liczą szmal i się podpisują pod zdjęciami.