piątek, 30 października 2009

Jak nie robić photocastów...


Aż przykro mi, że przykładem na temat tego posta będzie link do strony agencji, która wyznaczała (wyznacza!?) kierunki i trendy w rozwoju fotografii przez ostatnie dobre 50 lat. No, ale wszystko się zmienia, do tej samej rzeki paluchów nie da się włożyć wiec, jak widać i Agencja Magnum, bo o niej mowa, podlega prawom korozji... korozji jakości.

Oto poniżej link do photocastu tejże agencji z materiałem z Gruzji, a właściwie o Gruzji, a tak już super dokładnie do materiału o prezydencie Gruzji >>> Georgian Spring.


Oglądnąłem to trochę z zażenowaniem. Zarówno ze względu na same zdjęcia, ale przede wszystkim na formę jaka przyjął ten konkretny cast. Bałagan jakiś zupełny, kupy się to nie trzyma. Zdjęcia są po prostu słabe, a całość rozłazi się jak stare kapcie babci.

I choć niektóre, inne zdjęcia Thomasa Dworzaka utrzymane są w bardziej lub mniej lubianej konwencji wojennej - to tutaj się nie popisał jakoś.

Pozostaje pytanie... czy pogoń za nowoczesnymi technikami, nie staje się drogą ku przepaści dla części fotografów, agencji czy też całych wydawnictw...?
A może poszukiwanie niszy i trzymanie się tradycji ma jednak szansę na prowadzenie biznesu w tej działce reportersko-prasowej?

środa, 28 października 2009

Pomysł na pokazanie...


Temat tego jak pokazywać fotografię jest odwieczny.
Odwieczne też wydaje się zestawienie ze sobą dwóch zmiennych: formy i treści.

Ostatnio publikowałem info o moim wymarzonym miejscu na wernisaż i za każdym razem gdy w sieci znajduje jakieś ciekawe fotki backstage z wystaw, staram się to zbierać i wnioskować w czym leży pies pogrzebany, że niektóre wystawy oglądamy z zainteresowaniem, a niektóre przypominają przypięta do drzwi sklepu kartkę "Zaraz wracam - autor".

O tym, jak pokazać swoje zdjęcia decyduje mnóstwo czynników. Przede wszystkim pewnie rodzaj fotografii, działka, w której działamy. Inaczej pokazać można street, a inaczej fotki ptaków. Inaczej portrety, a inaczej akty.

Znalezienie złotego środka i znalezienie funduszy, to klucz do sukcesu - mam wrażenie.

Na ten przykład, znajdujący się teraz na pierwszym miejscu mojej listy zainteresowań mokry kolodion, poza sprawianiem trudności w samym "procesie zdjęciowym", sprawia też problem prezentacyjny potem. No bo jak pokazać oryginał (płyta szklana lub metalowa) na ścianie..?
Sam wydruk z zeskanowanego szkła to co innego. Odbitka albuminowa (często stosowana w kolodionie) to tez odbitka, ale jak pokazać ciężką szybę 8x10 cali!? I to pokazać tak, aby coś było widać!?
Mam wrażenie, że dobre rozwiązanie znalazła Ellen Susan, którą kiedyś tutaj wspominałem i Jej projekt "Soldier Portraits", w całości robiony na mokrym kolodionie. Ona połączyła ogień z wodą i zaprezentowała widzom zarówno atrakcyjną formułę oryginalnych płyt, jak i powiększenia dające więcej szczegółu i będące lepsze w odbiorze.
Czysto schludnie i elegancko. Czyli wszystko co pozwala obcować z "kulturalną estetyką".

Wspaniały pomysł na swoje negatywy kolodionowe ma Henning Sjögren, który swoje płyty 10x10 umieścił na drewnie... musi ono być ciemne, bo wówczas negatywowy obraz na białym szkle zmienia się w pozytyw.
A jak to wyglądało na płocie...?:) Ano tak to wyglądało...

Swoją droga takie publiczne, szalone trochę prezentowanie zdjęć ma coś w sobie z przełamywaniem granic między odbiorcą a twórcami, którzy wtłoczeni w ściany galerii często cierpią na brak widza. Ulica zaczyna być medium, nośnikiem równie sprawnym dla fotografii artystycznej, co dla billboardów reklamowych.
Znana inicjatywa Galerii bezdomnej chyba do czegoś takiego starała się nawiązać. Nie wiem czy to nadal krąży po Polsce, ale słychać o tym mało... :(


Niemniej, mnie kusi rozmach. Prestiż miejsca (jakiś kościół, muzeum, zamek) i mam wrażenie, że styl fotografowania predestynuje portrety do takich miejsc.

Ma ktoś zamek...?
Poza tym w dżinsach :)!


A na koniec, słowa uznania za odwagę i polot dla dyrekcji Muzeum Sztuk Pięknych w Sevilli. Zobaczcie jakie fantastyczne "złożenia" i współistnienie z historią zaproponowali Piotrowi Gonnardowi i Jego portretom!
Aż się morda śmieje :)






fot.: Pierre Gonnard (x6)




poniedziałek, 26 października 2009

Czarne palce...


No dobrze, żeby nie było, że krowa ryczy i mało mleka daje, to informuje, że od kilku dni mam czarne palce :)
Ci, którzy wiedzą jakie ślady pozostawia azotan srebra łatwo się domyślą, że uczulacz ten, stanowiący jeden z etapów procesu mokrego kolodionu, jest powodem zaczernienia opuszków mych :)

Po kilku próbach, załamywaniu rak, nieprzespanych nocach i dziesiątkach telefonów do ludzi mądrzejszych ode mnie - zrobiłem w końcu piątą płytę, która nadaje się jakoś do pokazania światu :)

Ale zanim to, to chcę podziękować wszystkim, którzy za rękę mnie prowadzili i praktycznie bezinteresownie angażowali swój czas, pieniądze i pomysły by pomóc mi.

Stachowi - za aparat! :)
Michałowi - za miech :)
Michałom Dwóm - za wsparcie technologiczne i wsparcie psychiczne w godzinach zwątpień :)
Grzegorzowi - za przypomnienie czym jest chemia i za "sok z gumijagód" :)
I całej masie dobrych ludzi...

A oto.... parostki... :)
Oczywiście to nie dzieło, to płyta, ot zmogłem się z procesem. Udało się. Teraz ćwicz Jasiu i powtarzaj :)
W tym wypadku Ambrotyp (czarne szkło), 8x10 cali.




Technika jest kapryśna, potrafi być złudna i uwielbia promieniowanie UV... czego wyrazem jest obraz na szkle.


Fotograficzny PR...


Od kilku tygodni znani i uznani lub nieznani i nieuznani dziennikarze muzyczni i "specjaliści branżowi" starają mi się wmówić, jaką to wspaniałą płytę ("Skała") nagrała Kayah.
A ja słucham tego czegoś i ciśnie mi się tylko jedno słowo, no... może dwa: popelina i gówno.
I w odwrotnej kolejności: gówno i popelina.

...przepraszam za słownictwo....

W każdym razie, aby nie pozostać osamotnionym w mojej rozterce, pytam oto mojego Domowego Autorytetu Muzycznego.
- Się mi tylko wydaje, czy to straszna popelina?
- Się nie wydaje tylko Tobie.
- No to mnie uspokoiłaś, ale o co biega z tymi zachwytami.
- Nie wiem... a myślisz, że te recenzje piszą Jej wrogowie?
- No wiesz, wróg mego wroga jest moim przyjacielem.
- ...?
- A tak bez sensu... faktycznie, zagalopowałem się...

Co Was obchodzą moje muzyczne rozterki? Ano tak pomyślałem, że aby było głośno o czymkolwiek, to komukolwiek musi się chcieć o tym napisać.
Aby się chciało, można stosować różne "wspomagacze".
Najlepszym jest: "znanie się".
Ja znam ciebie, ty znasz Zenka, a Zenek spał z Jolą, która pisze recenzje w jakimś tam periodyku więc ta Jola pisze ładnie o twojej wystawie, bo po co ma pisać źle, skoro Zenek był całkiem niezły w łóżku.
I tak to działa.
Inne wspomagacze raczej dotyczą wyższej półki i rozliczane są w "wielkiej kasie showbiznesu" (bez podatku).

Czytam dziesiątki recenzji różnych fotograficznych wystaw. Większość z nich (z tych recenzji) pojawia się wyłącznie w Internecie i po dwóch dniach stają się "Archiwum - czytaj dalej".
Gro z nich jest na poziomie notatki: "tam i tu, o tej i o tej, ten i tamten pokazał to i to.... urodził się w... zdobył wykształcenie na podręcznikach fotograficznych National Geographic, które przeczytał wszystkie...itd".
Do tego dołączone jest zdjęcie, daj Boże czasami dwa.
I....?
No właśnie.... i?

Bo pokazuje się, że piszący w życiu nie był na tej wystawie, nie zna w ogóle człowieka i zazwyczaj przepisuje tylko to, co mu dadzą. A jeśli sili się na ocenę to robi ją na podstawie obrazka 800x600 pikseli.

Jaka jest alternatywa?

Nie pisać w ogóle o niczym.
Pisać tylko o tym, co się zna, na czym się znam i co widziałem na własne oczy - tak jak autor chciał nam pokazać.


Ocenianie zdjęć i umiejętne pisanie o zdjęciach to naprawdę wielka sztuka. Skuszony rozmową na sąsiedzkim blogu, sięgnąłem wczoraj po film o Cartier-Bresson "Just plain love". Jak On fajnie mówi o swoich zdjęciach. Wręcz mówi o nich z dystansem lekceważenia... Jakże daleko jest od oceny. Jakże nie PR-owsko się zachowuje.
Może to cecha ludzi wielkich... oni wiedzą, że to co robią jest dobre., Po co o tym mówić i po co wciskać innym swoją prawdę.

Ech... myślę ja sobie, że powinniśmy mniej mówić o fotografii innych ludzi. Skupiać się na swoich, a już tym bardziej nie powinniśmy polegać na tym, co inni nam chcą wmówić.

A płyta jest popeliną czystej krwi.



piątek, 23 października 2009

Na dobry weekend...

I want you, Bob Dylan

The guilty undertaker sighs,
The lonesome organ grinder cries,
The silver saxophones say I should refuse you.
The cracked bells and washed-out horns
Blow into my face with scorn,
But it's not that way,
I wasn't born to lose you.
I want you, I want you,
I want you so bad,
Honey, I want you.

The drunken politician leaps
Upon the street where mothers weep
And the saviors who are fast asleep,
They wait for you.
And I wait for them to interrupt
Me drinkin' from my broken cup
And ask me to
Open up the gate for you.
I want you, I want you,
I want you so bad,
Honey, I want you.

Now all my fathers, they've gone down
True love they've been without it.
But all their daughters put me down
'Cause I don't think about it.

Well, I return to the Queen of Spades
And talk with my chambermaid.
She knows that I'm not afraid
To look at her.
She is good to me
And there's nothing she doesn't see.
She knows where I'd like to be
But it doesn't matter.
I want you, I want you,
I want you so bad,
Honey, I want you.

Now your dancing child with his Chinese suit,
He spoke to me, I took his flute.
No, I wasn't very cute to him,
Was I?
But I did it, though, because he lied
Because he took you for a ride
And because time was on his side
And because I . . .
I want you, I want you,
I want you so bad,
Honey, I want you.

Ploty, plotki, ploteczki....?


Ha!
Właśnie się dowiedziałem, że potwierdziły się moje wcześniejsze przebąkiwania o czymś nowym na polskim rynku prasy fotograficznej.

Oto bowiem, na naszym krajowym grajdole ma pojawić się wkrótce nowe pismo poświęcone fotografii! Pismo drukowane... nie w kij dmuchał!

Ma to być magazyn kolorowy. Z tego, co wiem, to czy będzie to kwartalnik czy miesięcznik - decyzja wydawcy jeszcze nie zapadła. Zapewne będzie tutaj miał znaczenie popyta na pierwszy numer.

Jak niesie mój "podszeptywacz tajny", magazyn ma być ambitny. Nie żadne tam testy sprzętu czy kolejna odsłona internetowych portali - o wszystkim i o niczym. Pismo, będące już obecnie w fazie przedprodukcyjnej - ma ogniskować się wokół jednego z najstarszych zagadnień fotografii - człowieka. A ponoć nawet "ciaśniej" :) - co mnie wybitnie interesuje.

Będąc jednak w dość niezręcznej sytuacji, nie mogę napisać więcej, bo mnie zamordują... :) Cieszy mnie jednak fakt, że znalazł się odważny na wydanie niemałej kasy na ten projekt i w dodatku (cii....) wiem, że pojawią się tam znane Wam nazwiska częściowo...

Okazuje się, że ktoś robi research pośród współczesnych fotografów nie tylko z okolic ZPAF :) Aha - nie wspomniałem, że w 80% pismo poświęcone polskim autorom, choć nie tylko i ma te proporcje mają się zmieniać wraz z rozwojem magazynu...

No więc, ja czekam... :)


czwartek, 22 października 2009

Magic, magic... Vivian.


Dawno nie pisałem nic o trzewiach fotograficznych, o tym, że fotografia to magia zawarta w kuwecie po wywoływaczu.
O tym, że opary ciemni przechowywane w specjalnych buteleczkach ("Pachnidło") są traktowane jak relikwie w niektórych kręgach fascynatów srebrowych.

A że przytkało mnie na chwile codzienne życie, z tą większą radością przeczytałem wpis na blogu "I like photo" i postanowiłem go przepisać, dodając od siebie szczyptę mgły historii i drobinki zmielonej wyobraźni.

Vivian Maier. To nazwisko nie mówi nic nikomu. Jeśli jednak zawęzimy poszukiwania do sfer fotograficznych, to zapewne w końcu znajdzie się ktoś, kto o niej słyszał. A właściwie nie o niej samej, ale o jej zdjęciach.

Gdyby nie przypadek i wyobraźnia Johna Mallofa połączona z dbałością o czyjeś rzeczy, to do dzisiaj sreberka jej negatywów pozostałyby uśpione.
Tymczasem....

W 2009 roku, John trafił na jedną z chicagowskich wyprzedaży staroci zobaczył drewnianą walizkę. Potrzebował takiej do przewożenia swojej kamery.
Kiedy otworzył ją w celu sprawdzenia jakości zawiasów, oczom jego ukazał się ciekawy i intrygujący widok. W środku znajdowały się zawinięte szczelnie w papiery rolki filmów 120mm.
Wyobrażacie sobie, co czuł fotograf w takiej sytuacji. Filmy musiały być bardzo stare! Walizka datowana na lata mnie więcej 1940-45 musiała służyć komuś po wojnie wiele lat, bo jej stan był dość opłakany. Jednak filmy wyglądały na nienaruszone.

Późnym wieczorem tego samego dnia, John delikatnie zaczął przeglądać filmy na podświetlarce wyciągniętej z piwnicy.
!!!
Długo... naprawdę długo zbierał się z podłogi.
Uderzenie mocy zdjęć zwaliło go z nóg.
To, co tworzyła Vivian było arcymistrzowskie.
Jakość negatywów i estetyka zdjęć była niespotykana.
Umiejętność patrzenia na ulice, na ludzi, na życie ocierała się o geniusz.

To był skarb!

18 maja 2009 roku pierwsze zdjęcia Vivian ujrzały światło dzienne poprzez blog, który założył w tym celu John.
Słowa są niepotrzebne. Potrzebne jest natomiast pisanie o ludziach, którzy mijają nas na ulicy, którzy chomikują w sowich archiwach, na swoich dyskach obrazy, które mają moc lawiny.

Cudownie, że żyją ludzie, którzy potrafią (przez przypadek lub świadomie) ratować takie dzieła.

Polecam gorąco zdjęcia Vivian! Większość zdjęć datowanych jest na lata 1950-1970. Zbiór liczy 40.000 klatek.







fot.: Vivian Maier

Jezu! Czyż te zdjęcia nie są genialne:





środa, 21 października 2009

Zosia...


...asymetryczne soute.

(makaup - Becia Fryz, styl. Aga Rosińska, asyst. Darek)



wtorek, 20 października 2009

Zofia Nasierowska, 1PR Polskiego Radia, godz. 00:00


Wańkowicz mawiał, że upiększała każdego.
Warto wiec posłuchać przed radioodbiornikiem o Niej.

Dziś koło 00:00 - zapraszam!


poniedziałek, 19 października 2009

Radio Maryja...


Mam wrażenie, że ludzie pasjonujący się jakąś dziedziną artystyczną są trochę jak słuchacze Radia Maryja. Niby wszyscy wiedzą, że coś "nie halo", ale i tak rzesza równie zakręconych fanatyków lgnie do tematu jak moher do stacji z Torunia.

I tak sobie pomyślałem, że w sumie to czemu ja się czepiam takiego radia...? Oczywiście, chodzi w tym konkretnym przypadku o jakieś tam szerzone poglądy, które raczej są co najmniej nietolerancyjne i to w imię Boga chrześcijan.
Jeśli jednak maniacy maczający swoje dłonie w tiosiarczanie sodu lub siarczanie żelaza każdego wieczoru, zaczynają propagować takie podejście i w dodatku zaklinają się, że to prawdziwa fotografia i oni stanowią sól ziemi tej - to już zaczyna być niepokojące...
Czy to nie fanatyzm?

Przyznam, że trochę się przestraszyłem...
Własnego zaangażowania w świat fotografii, który jakoś tak stawiam cegła po cegle...
Bo zaczynam odczuwać, że to nie jest tak tylko ot... fotki se strzelam.
Czy Wy tez tak macie, że jak nie strzelacie to byście zaczęli strzelać do ludzi wokół..?

A jak coś nie wyjdzie, to dopiero....

Mocze łapy w tym kolodionie i borykam się z podstawowymi sprawami.
Musiałem cofnąć się pamięcią do ławki szkolnej w liceum, do klasy chemii żeby pojąc czym rożni się siarczyn od siarczanu i po co alkohol w roztworach. Z tamtych czasów pamiętam chemię, ale raczej tę która gdzieś tam unosiła się w ostatniej ławce między mną a .. oj... jak ona miała... Anią.. :)
A teraz... azotan srebra wżarł mi się w łapy i w pracy ręce w kieszeni muszę nosić :)
Zaczynam zastanawiać się czy się nie zagalopowałem...? Czy nie jestem moherem fotografii?
Takim beretem, co to klapy ma na oczach i cokolwiek byście nie powiedzieli prze w swoją stronę...!

Z obrazów na płytach to ja na razie mam obraz nędzy i rozpaczy... :) Ale walczę jak lew! Nakręca mnie to tym bardziej im mniej widzę na oczy siedząc w dusznej ciemni...

Ja - moher fotografii.
Słuchacz jedynego radia w życiu - radia "Photobroadcasting"


środa, 14 października 2009

Moda na analoga...


To już pewne.
Moda na analoga zapanowała wszędzie.

Na blogach pojawiają się pełne złośliwości wynurzenia dotychczasowych właścicieli cyfr, którzy wyżywają się na swoich jeszcze tak niedawno hołubionych aparatach, bo właśnie "odkryli" moc średniego formatu na filmie.

Na forach dyskusyjnych w tematach "techniki analog", zepchnięte dotąd na margines ilościowy zgłaszanych postów tematy analogowe, przeżywają swój renesans.

Mój technik laboratoryjny, który swą niszową działalność jeszcze kilka lat temu traktował bardzo niepewnie, mówi mi dzisiaj, że ilość klientów się podwaja... i to bez żadnej reklamy. Wszyscy robią czarno-białe, najczęściej na średnim.

Dotychczas elektroniczni jedynie prawie fotografowie, umieszczają na swoich blogach fotki zeskanowane z negatywu i nawet nieobrobione do końca (nieplamkowane w PS), bo są tak bardzo analogowi, że jedynie na papierze przywiązują wagę do estetyki.

Na plaży przy wietrze 110km/h spotykam ludzi rozkładających statywy i swoje analogowe aparaty chowane pod kurtkami. Wszyscy naświetlają na film, na negatyw.


Niewątpliwie moda jest zmienna i zachłyśniecie się ulotnym światem bitów ustępuje ponownie wierze, że klatka negatywu przedstawiona w formie pozytywowej na papierze ma większa wartość. Ma duszę.
Pisałem kiedyś, że fotografia klasyczna jest jak żelazko z XIX wieku - ma duszę bez której nie da się go rozgrzać.

Jednak w każdej modzie trzeba uważać na skrajności. Tak jak cyfra połknęła wielu młodych adeptów bezgranicznie oferując im wszelkie ułatwienia w postaci "zielonych programów" i braku konieczności myślenia - tak zwrot ku klasyce też potrafi być złudny.
Fotografowanie własnym domem przez wielki obiektyw w drzwiach sprawia, że granica normalności i złotego środka zaczyna niebezpiecznie zbliżać się ku wariactwu. A ono służy jedynie niewielkiej grupie, która owe wariactwo toleruje.

Wczoraj na "Polonii" oglądnąłem dokument o Zdzisławie Beksińskim. Chyba jednym z najbardziej niedocenionych twórców na świecie w swej epoce! Zamknięty w czterech ścianach swojego mieszkania tworzył arcydzieła. Praktycznie dla siebie. Bez wiwatów tłumów. Pozamykany na setki zamków, zakochany we wczesnej elektronice lat 80 i 90. drzemał w Nim geniusz.

Czuję, że czasami posuwamy się za daleko w swych pasjach. Zbyt wąsko zaczynamy widzieć rzeczywistość. Zarówno Ci fanatycy formatów od 8x10 wzwyż, zarówno Ci lejący kolodion po rękach swych, jak i Ci zakochani w każdym kolejnym pikselu i wyświetlaczu Live.

I chciałoby się umieć znaleźć redlinę pośrodku pola. I chciałoby się zmieścić między słupkami radykalizmu.
Ale wtedy ponownie korci nas maksymalizm... korci nas radykalizm... korci nas przesuwanie granic.




Jak Bóg da - w sobotę przesunę kolejną granicę...
Rękawice, kuwety, płyty, aparat... wszystko gotowe... płyn będzie się lał :)




Mission Imposible Breaking News...


Zapewne cześć z Was również otrzymała wczoraj niusa od twórców i organizatorów Impossible Polaroid Project...



Tylko więc kopiuje treść, bo warto to rozgłaszać gdzie się da!
Myślałem skrycie, że panom się nie uda, a wygląda na to, że się udaje i to bardzo dobrze.
Marka pozostaje na rynku i w dodatku Impossible Project dogadało się ze spadkobiercą Polaroida firmą Summit Global Group - co do produkcji u nich materiałów. W połowie 2010 roku już pierwsze, stare-nowe materiały.

Oto breaking news:


THE IMPOSSIBLE PROJECT
INSPIRES POLAROID® TO
RELAUNCH INSTANT CAMERAS
Dear Supporter of The Impossible Project,

the pleasure is all ours to herewith inform you about the latest and likewise groundbreaking news regarding our quest to keep Instant Photography alive by re-inventing a new analog integral film for vintage Polaroid cameras.

Already holding the first working hand-coated samples in our trembling hands, we are pleased to herewith announce an epoch making cooperation between Polaroid (who can no longer resist the stir we are making) and The Impossible Project:

The new licensee of the Polaroid Brand – The Summit Global Group – will re-launch the legendary Polaroid One Step Camera and is therefore commissioning The Impossible Project to develop and produce a limited edition of Polaroid branded Instant Films in the middle of 2010.

We are proud and excited that our ambitions and all the relentless work we have already invested are now becoming the foundation for Polaroid's comeback as a producer of Instant Cameras.

Large-scale production and worldwide sale of The Impossible Project's new integral film materials under its own brand will already start in the beginning of 2010 - with a brand new and astonishing black and white Instant Film and the first colour films to follow in the course of the year.

At this point we would like to thank every single one of your for all your overwhelming support so far- THANK YOU! It's fair to say that we wouldn't be where we are now if it was not for all your help.

For further developments, upcoming news and detailed updates please stay tuned to www.the-impossible-project.com.




poniedziałek, 12 października 2009

Cztery ręce... fotograficzne


Właśnie oglądam jedna z najwspanialszych sztuk w Teatrze Telewizji "Kolacja na cztery ręce", czyli Bach i Haendel przy wspólnym stole.
Cóż za majstersztyk aktorski w wykonaniu Janusza Gajosa i Romana Wilhelmiego.
Nie wiem czy pamiętacie scenariusz... generalnie pojedynek geniuszu z pragmatykiem.
Pojedynek muzyki, która płynie gdzieś z głębi boskiego daru z mozolnie tworzonymi dziełami.

Odwieczna walka między rzemiosłem, a darem wrodzonym.

Król Muzyki (Haendel) i ojciec dwadzieściorgu dzieci, Saksończyk Bach. Obaj tworzą. Fotografują półnutami i kadrują pasażami i zdobnikami.
Dla jednego jest to wyłącznie rzemiosło, kolejne zlecenie okupione wytężoną pracą, dla drugiego upuszczanie krwi zawierającej boskie frazy. Tak naturalnie... Tak po prostu...

Czy można porównać wrodzoną genialność i zdolność do wyłapywania kadrami najwspanialszych ujęć z mozolnie wypracowaną umiejętnością zrobienia średnio dobrego zdjęcia?

Jak to oceniać..?

Ponoć nie każdy z nas może być Mistrzem, ale Mistrz może odrodzić się w każdym z nas.

Czy Bach czy Haendel.... Haendel czy Bach...?
Czy fotograficznie gramy na cztery ręce...?



niedziela, 11 października 2009

Aleksandr...


Aleksander pochodzi z rejonów niegdysiejszego ZSSR. Kiedyś jego miasto stanowiło stolicę niezależnego państwowego bytu, najpotężniejszego w średniowieczu w tej części świata. Potem "przygarnęła" ich Radziecka Rewolucja.
Jego statek handlowy przypłynął do Gdańska kilka dni temu.
Aleksander jest już zapewne gdzieś z powrotem na Morzu Północnym.

Stopy wody Aleksandr!

KUMAKA Studio - październik 2009


piątek, 9 października 2009

Fotografia nie jest sztuką piękną...


Spotkanie z Michałem wprowadziło mnie w przygnębienie.

Poza samą wartością spotkania, po prostu Michał przyniósł mi do studia bardzo smutną wieść. Otóż fotografia nie jest już sztuką piękną. Znaczy nie dla wszystkich. Znaczy generalnie, nie dla ludzi związanych ze sztuką.

Innymi słowy i wprost - Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku nie prowadzi już na studiach stacjonarnych katedry fotografii. A istniała tam ona od 1996 roku.
Artyści więc, bo zakładam, że szkoły publiczne artystyczne w Polsce prowadząc zazwyczaj artyści, nie uznają już fotografii za sztukę.
W sumie... warte zastanowienia... w 1996 roku była to sztuka, a teraz nie jest...!? Co się zmieniło?
Może odpowiecie sobie sami..?:) Ale odpowiem Wam słowami rektoratu, który umieścił fotografię w dziale studiów Niestacjonarnych pod tytułem: "Realizacja obrazu filmowego, telewizyjnego i fotografia w zakresie fotografii".
(???) Niezłe!

Patrząc na to, że każdy ma aparat i każdy ma też telefon komórkowy - można sprowadzić oba te przedmioty do rangi zwykłego gadżetu - no ale kto by się tam porywał by nazywać używanie telefonu komórkowego - sztuką komunikacji..!?
No właśnie... Ale realizacja obrazu to to już jest - prawda!?

To jak to jest z tą fotografią? Sztuka Ci to jest li ino przedmiot codziennego użytku..?

Dlaczego ASP w Gdańsku uznało, że fotografia nie jest warta nauczania stacjonarnie..? Bo każdy robi ją sam? Bo co!??
A poznańska ASP nadal ma katedrę fotografii..? Czyżby w Poznaniu było więcej fotografów i byli w ogóle...?

Ech... ja jestem jednak niereformowalny i się pogodzić mi trudno.... z cywilizacją... :(


czwartek, 8 października 2009

Autorytety...


Bywają rzeczy i sytuacje w historii społeczeństw, które powodują, że następuje jedna epoka po drugiej.
Czasami nie mają one wyraźnej granicy, wyraźnego akcentu w historii. Czasami są po prostu ewolucyjnym rozwojem. Powolną droga ku czemuś, co następcy określa mianem przełomu.

W fotografii jest kilka takich przełomów. Najczęściej, ze względu na techniczny charakter pierwszych fotografii, wiązał się on z rozwojem określonej techniki. Potem, po ustabilizowaniu pewnych technik i zwycięstwie jednych nad innymi, przełomami "zajęli się" ludzie - fotografowie.

Dla każdego, kto inny jest przełomowym fotografem. Każdy z nas w różnym etapie swojego rozwoju odkrywa przełomowych twórców sztuki fotograficznej. Dla jednych znaną postacią jest Sieff, a nie znaną Recuenco, dla innych z kolei Tomaszewski jest ikoną polskiego reportażu społecznego, a nie odkryli jeszcze Dziworskiego.

W każdym jednak z tych przypadków, ludzie otwierający, kończący i pozostający symbolem danej epoki są autorytetami.
Są odniesieniem, które pozwala nam zdefiniować siebie samych w tym całym fotograficznym uwiecznianiu chwil.
Posiadanie autorytetów jest ważne. Nie za bardzo wyobrażam sobie mój świat, mój światopogląd bez takich ludzi, jak: Jan Nowak-Jeziorański, Karol Wojtyła, Stanisław Lem, Stefan Kisielewski, Jerzy Waldorff... i spora cześć tych, którzy już odeszli.
Jak widać, wymieniłem samych nieboszczyków - moja ciotka mawiała mi, że nikt nie jest tak dobrym autorytetem jak nieboszczyk. Czarny humor, ale coś w tym jest.

Bo może po prostu niewiele tych autorytetów już nam zostało.

W fotografii też więc są autorytety. I też, większość z nich to nieboszczycy.
Do znamienitego grona dołączył 7 października Irving Penn.

Mnie, kogoś kto chce być postrzegany jako portrecista (wiem, wymarłe plemię), ktoś taki jak Penn ukształtował. A przynajmniej był jednym z budowniczych kręgosłupa mego fotograficznego.
Jego podejście do pracy, do robienia zdjęcia, to czysto fizyczne celebrowanie i aranżowanie - to było to, co mnie pociągało. Czystość formy i brak przesady w kadrze. Schludna poprawność podana jak rękawiczki podawane damie przez jej adoratora. Creme de la creme!

I odszedł. I maila dostałem od Niej, że odszedł i że dzieli się tą wieścią.
I tez jakoś tak smutno, bo odchodzi ktoś, kto może już nie tworzył, nie prawił jakiś wielkich słów, ale zostawił po sobie coś, co każdy z nas chciałby choć w połowie zrozumieć - nie mówiąc już że stworzyć.

Trudno napisać coś więcej o kimś takim.
Autorytety nas opuszczają. Zalewa nas "takosamość" i bylejkość. Zalewa nas efekt rozwoju cywilizacyjnego. Trzymajmy się autorytetów. Ich myśli. Ich piętna odciśniętego gdzieś w nas, w mózgu naszym.
Patetycznie. I dobrze!

Truman Capote [1]

Truman Capote [2]

Jean Cocteau

Alberto Giacometti

środa, 7 października 2009

Przekonanie graniczące...


... z pewnością.


To ulubiony slogan polityków. Nie można nic zarzucić i przed sądem formuła ta jest nie do podważenia :)
W sumie, w każdym takim stwierdzeniu jest jednak trochę prawdy. Chciałbym Was podpytać czy macie takie przekonanie czasami gdy fotografujecie?
Przekonanie, że właśnie zrobiliście dobre, bardzo dobre zdjęcie...?

Odjęliście wizjer od oka i w głowie, gdzieś z tyłu, kołacze się Wam myśl, że to będzie bardzo dobre zdjęcie... Praktycznie jesteście pewni, że udało się Wam złapać byka za rogi.

Przekonanie graniczące z pewnością, że fota wywrze wrażenie, że zatrzyma wzrok widza dłużej niż ułamki sekund.
Czy to jest pewność siebie czy może wyłącznie pycha i zadufanie...?



KUMAKA Studio, październik 2009


wtorek, 6 października 2009

Czasowstrzymywacz...


Wymyślenie tego słowa musiało zająć albo wiele godzin, albo tylko sekundy. W każdym razie, kabareciarze zrobili swoje, bo słowotwórstwo w reklamach to podstawa skuteczności przekazu i powiązania z marką.

Czasowstrzymywacz mógłby być śmiało zastosowany na niwie fotograficznej, bo cóż innego my robimy, jak wstrzymujemy chwile w kadrze w jakimś tam ułamku czasu...

I ten czas okazuje się mieć dość spore znaczenie. Dla niektórych stanowi on (ów czas) przyczynek do rozpoczęcia dysputy filozoficznej na temat tego czy 1/6000s to jeszcze rzeczywistość, czy może już nie.
Dla innych czas jest tym bardziej twórczy im więcej go pojawi się na klatce i naświetlają płynącą rzekę 10 minut uzyskując obraz, realności wprawdzie, ale jakże odrealnionej!

Mój teść powiedział mi dawno temu, że portreciści używali zazwyczaj czasu 1/60 sekundy przy pracy z lampami ciągłymi, bo ten czas gwarantował uzyskanie specyficznej plastyki obrazu. W połączeniu z tamtymi szkłami, czas ów miał być gwarancją przestrzenności obrazu. Coś w tym jest, bo portrety wykonywane przy czasach ultrakrótkich są jakieś takie płaskie :(
Ja sam, z co najmniej dwóch powodów, fotografuje przy czasach, o które nie podejrzewalibyście świadomego fotografa :)
A jednak...
Jest on długi. Niby za długi, ale jednak się sprawdza, a plastyka...? No cóż. Nie narzekam, choć jak mawia mój Zawodowy Kolega: "Duża klatka, wielki format, wymaga dużo światła"
No, a wszyscy wiemy, że światło daje plastykę. I kółeczko się zamyka.

Do czego ja w sumie zmierzam...?

Ano tak sobie zacząłem myśleć, jak to ten czas fotograficzny przekłada się na mój czas biologiczny.
Zależność jest prosta...:)
Kiedy robię zdjęcia, kiedy trwa sesja - czas staje się relatywny.
Kiedy kadruje, czas staje w miejscu. Nie wiem dlaczego, ale ten moment należy do ulubionych, zaraz po odbieraniu filmów z wołania :)
Kiedy przygotowuje aparat, czas zaczyna przyspieszać.
Krótki moment, w którym nie widzę już modela, ale trzymam za wężyk wydaje się znowu wiecznością.
Potem kulminacja - 1/60 sekundy lub dłużej :)
Następny etap to kompletne spowolnienie reakcji mego ciała i mózgu... wyzwolona klatka powoduje, że na kilka sekund mózg odpoczywa od kadrowania, planowania i celebracja wyjęcia kasety i oznaczenia jej mile trwa i trwa, i trwa...

Potem całość zaczyna się od nowa. Nowe ujęcie.

Mój czasowstrzymywacz ma te właściwość, że wydaje dźwięki gdy pracuje na długim czasie. Mechaniczna migawka cudnie brzęczy, jak gruby trzmiel, gdy musi wyznaczyć czasy sekundowe. To miód na uszy. Sprawdźcie!

Polecam Wam zastanowienie się nad tym, jakiego czasu używacie. Zarówno w fotografii, jak i w życiu!!
Czasami warto pracować na czasach dłuższych. Można dostrzec więcej i więcej skorzystać z życia :)

mod. Zosia, makeup artist: Beata Fryz, styl. Aga Rosińska, asyst. Dariusz
KUMAKA Studio, październik 2009


piątek, 2 października 2009

Search results....


Acha, tak trochę zapomniałem Wam powiedzieć, że w odniesieniu do moich rozetek związanych z autorską wystawą i brakiem fajnego miejsca na nią, to właśnie znalazłem miejsce na takową :)

Wprawdzie kawałek drogi, ale przecież wszyscyśmy Europejczykami...





Miejsce odkrył dla mnie Pierre Gonnord i uprzedził mnie robiąc tam wernisaż swoich prac, ale nie ma tego złego. Przynajmniej powie mi jaki format powinien tam wisieć..:) Tak wygląda wnętrze Uniwersytetu w Salmance - wymarzone dla mnie miejsce...


Pojedynek na portrety...

Rozwijając trochę poprzedni wpis, wpadłem na dość szalony pomysł, którego realizacja może okazać się niemożliwa, ale ponieważ fotografia jest dziedziną przełamującą niemożliwe więc może warto próbować...

Otóż... chciałbym zaproponować pojedynek na portrety...

Zasady zabawy będą proste, ale zarazem dość trudne. Całość może trwać wiele miesięcy, a może i lat. Efekty mogą być do d...., ale cóż... kto nie ryzykuje ten stoi w miejscu.

Proponuje więc aby zmierzyć się w parach. Ze względu na profil mojej działalności fotograficznej, jak i uwzględniając moje zboczenie i wmawianą mi od lat nienawiść do cyfry (!?) całość musi opierać się na fotografii klasycznej. Żadnych cyfr! Żadnych laptopów! W grę wchodzi jedynie skanowanie materiałów i podstawowa obróbka.

Reguły:
- terenem pojedynku jest KUMAKA Studio w Gdańsku
- do pojedynku staje dwóch fotografów
- każdy z nich może posługiwać się wyłącznie jednym aparatem
- każdy ma do dyspozycji 3 klatki materiału, który ze sobą przyniesie
- fotografowie maja za zadanie wykonać sobie wzajemnie portret z użyciem środków znajdujących się danego dnia w atelier
- dopuszczalne jest przyniesienie ze sobą dwóch rekwizytów nie przekraczających gabarytami połowy wielkości bagażnika Fiata 126p
- można używać zarówno światła błyskowego znajdującego się w atelier, jak i światła zastanego
- oba portrety zostaną umieszczone na specjalnej stronie WWW
- strona ze zdjęciami zostanie uruchomiona dopiero po odbyciu co najmniej 5 sesji
- każdy wchodzący na stronę będzie mógł oddać jeden głos na wybrane zdjęcie
- zwycięzca pojedynku ma prawo do otrzymania powiększenia swojego portretu wykonanego przez przeciwnika na papierze barytowym w rozmiarze minimum 30-40cm


czwartek, 1 października 2009

Portretowanie nieportretowalnego...


Jakiś czas temu wpadłem na pomysł potratowanie fotografów. Tych, którzy odwiedzają moje studio i których twórczość oraz osobowość cenię.
Nawet mam już trzy takie portrety...

Jednak za każdym razem gdy mam zrobić następna osobę popadam w coraz większy dylemat. Jak wiecie zapewne sami, tutaj zwracam się do fotografów, większość z nas nie lubi być fotografowanymi, a zrobienie portretu charakterystycznego to już w ogóle nie wchodzi w grę.
Bo jak tutaj sfotografować fotografa tak, by oddać jakaś cząstkę tego kim jest.

Najbardziej klasycznie z aparatem na szyi, na kolanie, w reku - zdaje się być bardzo banalne, wprost obraźliwe dla fotografowanych kolegów. Więc jak wykonać portret kogoś, kto z założenia jest niezadowolony i świadomy tego, co mu zaproponujemy. To tak jakby szewc miał zrobić buty dla drugiego szewca - najczęściej konkurenta.
Ciężka sprawa...

Taki oto Avedon nie silił się zbytni robiąc portret Lee Friedlandera.
Po prostu powiesił aparat mu na szyi, zapewne tak jak go nosił i postawił na "swoim" białym tle. Cyk. Jest.


Jeanloup Sieff sportretował Roberta Doisneau równie prosto... a jednak... prawda !:) Coś w tym jest.


Ale już zrobienie sobie autoportretu, to dopiero zabawa. Szczególnie jeśli autoportret ma robić fotograf...
Avedon swój autoportret trochę bardziej urozmaicił niż zdjęcie kolegi, bo macha rękoma zaczesując czuprynę. Ale też bez uniesień.


Edward Steichen wychowany na dobrych, starych, klasycznych zasadach szacunku do odbiorcy zdecydował się na porządny, dopracowany portret, który jednoznacznie wskazuje z kim mamy co czynienia... Oto ja - ciepły fotograf.

Sam się ustawił, sam zaplanował i sam cyknął. Był więc pewien, że wyjdzie tak jak chciał.

Tą sama drogą poszedł Yousuf Karsh. Dopracowana rzecz z przekazem wewnętrznym. Światełko klasyczne.


Inną droga poszedł Erwin Olaf. Prosty pomysł, ale skuteczny...


Moja kochana Annie Leibovitz poszła oczywiście drogą własną, niepowtarzalną i cyknęła się z rozwianym włosem. Na wręczeniu orderu Royal Photographic Society pewnie będzie bez opaski :)

Każdy jakoś tam stara się zrobić zdjęcie fotografowi. Czy t ma sens..?
Może my nie powinniśmy się fotografować...?