poniedziałek, 14 września 2009

Daleko tak, blisko tak...


Zainspirowany albumem Avedona, który otrzymałem w formie podziękowań-łapówki od Rudolfa, który nie wiedział jak odwdzięczyć się za to, że wygrał - jąłem zastanawiać się na specyfiką odległości w fotografii. W portrecie zwłaszcza.

Oto bowiem ciekawa naturą ludzkiego bytu jest dystans. Są nawet prawdziwe wielkie teorie intymności w socjologii, które określają w centymetrach rodzaje dystansu i związane z nim reakcje i wzajemne zależności.

Dla portrecistów ma to wielkie znaczenie. Różnica kilkudziesięciu centymetrów w ogniskowej lub w odległości od modela całkowicie zmienia sposób odbioru pracy.

Para kochanków zbliżając do siebie swoje usta zamyka instynktownie oczy. To całkowicie naturalne. Z dwóch powodów: trudno patrzeć na kogoś z odległości kilku centymetrów, dwa: sfera odczuć pozawzrokowych jest ważniejsza :)


Trochę podobne reakcje towarzyszą portretom robionym z bliska. Avedon stosował dwa zabiegi, które powodowały, że jego portrety, nawet jeśli nie wybitnie wymyślne, stawały się stemplem w pamięci. Używał formatu 8x10 cali, który jest niewiarygodnie szczegółowy i "pojemny w światło" i robił bardzo bliskie kadry.
Pojęcie bliskości jest tutaj wszak względne, bo nie jest problemem obecnie "zbliżyć" twarz z końca studia używając 300mm :) i uzyskując oko w skali 1:1. Ale tutaj nie o to chodzi. O inne zbliżenie.

Bliskie portrety Avedona były jak wspomniany pocałunek. Człowiek zamyka oczy po kilku sekundach i ma w głowie smak zdjęcia. Smak portretowanej osoby. Nie wiem ile zasługi w tym jedynie faktu, że praktycznie każda osoba sfotografowana przez Avedona to VIP, ale mniejsza o to, bo ja połowy z nich i tak nie znam. Coś miał w sobie ten artysta.

W albumie są różne opinie na temat technik używanych przez Avedona... Zarzuca mu się wspomniany VIP'owski sznyt i łatwość szokowania kręgiem sław. Inni denerwują się banalną kompozycją i charakterystycznym białym tłem izolującym bohatera z zewnętrzności, co dla części jest olbrzymi minusem. Ale najczęściej podnoszonym aspektem jest wspomniany dystans.

Generalnie łatwiej jest zrobić zdjęcie z większego dystansu. Zarówno łatwiej jest fotografować, jak i modelowi pozować. Problem w tym, że odległość fizyczna rodzi też odległość psychiczną. A ta jest bardzo łatwo wyczuwalna przez widza. Zdjęcie staje się bezduszne. Puste.
Oczy nie błyszczą już tak jak z metra, a i detal w oku przestaje intrygować.

Zbliżmy się.

Nagle osoba, której cała sylwetka mieściła się w kadrze, staje się kimś innym. Skupiamy się mniej na kompozycji, a bardziej na detalu. I okazuje się, że detal gada do nas zdecydowanie bardziej. Że negatyw 8x10 cala odkrywa przed nami skalę tonalności równą siedmiu oktawom fortepianowym. A między klawiszami nadal zawarte są szczegóły niewidoczne przy dalekim kadrze...

Czy warto więc dziwić się Avedonowi...?:)
Ja się nie dziwię...
Ja podziwiam.

Album Avedon wart jest polecenia... z powodu studium bliskości fotografa i bohatera.





(fot. Richard Avedon x3)




3 komentarze:

Daniel pisze...

Cappa też stwierdził że jak zdjęcie nie wyszło to znaczy że byłeś za daleko. Coś w tym jest. Inaczej się przedstawia w prasie żołnierzy a inaczej to wyszło gdy siedząc na przeciwko fotograf zrobił zdjęcie wykończonemu koledze. Z tej odległości to już trudniej oszukać widza przybierając maskę.

maklipsa pisze...

nie widziałem tego albumu, ale mam "in the american west" i jest fenomenalny, sam avedon mówił, że z tych prac jest najbardziej zadowolony. A co do bliskości to w pełni się zgadzam. Naruszając kolejne "strefy prywatności" udaje się pokazać więcej człowieka i to między innymi dlatego zdjęcia avedona tak proste są tak powalające.

krzychu pisze...

Już nie pamiętam, kto, ale to musiał być jakiś klasyk fotoreportażu - powiedział, że jeśli zdjęcie jest nie dość dobre, to oznacza, iż nie podszedłeś wystarczająco blisko...

Jednak chciałem jedną uwagę co do Avendona. Raczej uwagę o moim stosunku do tego Mistrza. Otóż ja dotąd nie przyswoiłem jego dzieł w takim stopniu, jak np. internalizuję H.Newtona. Przyczyna tego dziwnego stanu zawieszenia właśnie tkwi w tym, jak Avendon realizował swoją bliskość względem swoich modeli. Otóż złożył on w całość dwie rzeczy, które poniekąd idą w przeciwnym kierunku: z jednej strony białe tło odcinające człowieka od jego naturalnego otoczenia, sztuczne oddzielenie, które anonimizuje. Z drugiej strony zachował w tych swoich półplanach wystarczająco dość detali, aby osiągnąć efekt wbicia się w pamięć widza. To właśnie tutaj bardzo dobrze uchwyciłeś.
Skąd więc moje prywatne zawieszenie w odbiorze jego dzieł? Bierze się ono z mojego instynktownego przekonania, że jeśli szukamy historii człowieka, to koniecznie trzeba go umieścić w jego naturalnym otoczeniu, bez sztucznej izolacji na białym tle. Choćby dlatego tą metodę uznaję za lepszą, bo wtedy modele mają poczucie bezpieczeństwa i można złapać na materiale światłoczułym fragment ich rzeczywistych emocji, tych naturalnych, codziennych. Tutaj Avendon wydaje się iść na skróty, bo sięga po VIPów, którzy są przywykli w publicznej przestrzeni do fotografowania.
Nie należy w tym, co napisałem upatrywać krytyki - to tylko różnica punktów widzenia, całkiem naturalna w dziedzinie estetyki.