środa, 30 września 2009

Fotograf - stolarz...


Znacie to powiedzonko, że 90% pracy fotografa reportera to... czekanie :)
Zresztą fotografa studyjnego fashion - też czekanie...:)
No chyba, że jesteś Karlem Kreatorem i to wszystko czeka raczej na Ciebie być kliknął serię i pójdzie nazajutrz do Vogue :)

Ale tak nie jest.

Poza czekaniem, fotograf amator musi też być:
- specjalistą od elektroniki
- elektrykiem naprawiającym instalacje
- stolarzem
- psychologiem
- alpinistą (studio ma powyżej 4 metrów)
- akrobatą
i mnóstwem innych postaci.

Ja zamieniłem się w pomocnika budowniczego ścianek działowych. A po co?
A po kolodion.
Ja to należę do tych, co jak coś zamierzają, to przygotowany jestem w 100%. Potrzebowałem ciemni więc ją buduję w studio...
Znaczy patrzę jak budują inni i podaje młotek..:)

Jak widać szkielet stoi. Za parę dni płyty i pierwsze rozlanie chemii będzie tylko kwestią pierwszego modela, bo w sumie to ważne. Celebracja tego momentu musi być poprzedzona castingiem :)
Hi, hi...

Już się doczekać nie mogę tych nerwów związanych z tym, że pierwsze 132245 płyt będzie nieudanych i wrócę do negatywów :)

klatka na światło



wtorek, 29 września 2009

Gonienie...


Była gdzieś 2:30 rano, gdy podczas rajdu po kanałach satelity zatrzymał mnie jakiś znajomy obrazek. Człowiek z aparatem w lesie. Strzałka w dół i oto, na TV Polonia chyba, złapałem film o Wiktorze Wołkowie.

Jakże miło się to oglądało...
Trochę takie przenosiny w czasie, bo poza samym wiekiem fotografa i jego podejściem do fotografii, umiejscowione jest to wszystko na Podlasiu.... a to jak wiecie bardzo ostatnio popularna kraina do fotografowania, bo okryta płaszczem nostalgii i unikatowości, i odchodząca ponoć...

No więc tak sobie oglądałem tego Wołkowa, który fotografuje oczywiście nadal na analogach, i zacząłem rozmyślać trochę o tym, o czym ostatnio toczę zacięte dyskusje telefoniczne z kolegami.

A mianowicie, jak robić te cholerne zdjęcia, aby się nie powtarzać, aby doszukać się w tym wszystkim jakiejś własnej drogi...?
Czy zaimpregnowane w naszym mózgu fotografie-ikony przekładają się podświadomie na nas i zdjęcie zwykłego krzaczka lub rzeczki przestaje być dla nas atrakcyjne wyłącznie dlatego, że jest po prostu ładne!?

Czy fotografia ładna nie jest wystarczającym powodem by ją podziwiać?
Czy musimy stale biec do jakiegoś bliżej nieokreślonego celu idealności...?


Odkrywam ostatnio ludzi, którzy w ramach projektu stają przede mną "po prostu"... Nie zmuszam ich do wyginania się, nie zakładam im kostiumów. Ot - są!
Oglądam to potem na negatywie, jeszcze w kuwecie i... pierwszym odruchem jest rozpacz, bo... to są zwykłe zdjęcia. Portrety ludzi. Mniej lub bardziej ciekawych fizjonomiczne, ale zawsze prawdziwych. I tak, po kilku dniach wracając już do odbitek, odkrywam jednak coś w tych "zwykłych zdjęciach".
Para z ciśnieniem ze mnie schodzi.
W serii całość zaczyna żyć. Zaczyna nabierać jakości jakiejś. Po prostu staje się to prawdziwe.

Może więc warto przestać gonić za czymś...?
Może Wołkowa fotografowanie tych samych rzek w innym za każdym razem świetle ma jednak sens..?
Może banalny bocian jest lepszy od stylizowanej panny?

Jan Bułhak napisał kiedyś o fotografii:
"Nie pomnażać fotograficznych lamusów jeszcze jednym spisem inwentarzowym skopiowanej »prawdy« i »rzeczywistości«, która bardzo mało obchodzi artystę, lecz - dawać radość i wzruszenie innym przez ukazanie zakątka własnej duszy."

Coś w tym jest. Dodajmy coś od siebie, ale nie z zamiarem stworzenia "nowej Monalizy". Z zamiarem raczej dodania swojego sznytu.


sobota, 26 września 2009

Klapa... od sedesu


Wieczór był nerwowy. Spokój odliczanych diodami mignięć zegarka w DVD powoli mnie wyciszał. Zasnąłem.
Poranek na kanapie z bólem kręgów szyjnych, ale gorsza świadomość tego, że nie załadowałem wieczorem fiszek do kaset, a rano zdjęcia.
Szmer w korytarzy zwiastował nadciągające tsunami w postaci drobnej sylwetki prawie 5-latka naładowanego energią od szóstej rano.

Dobra. Umowa.
- Przeglądasz Internet, a tata idzie do łazienki załadować filmy. Czego nie robimy jak tata ładuje filmy?
- Nieeee wchoooodziiiiiimy...
Znużony głos wydobywający się z piżamy rozbraja mnie... Ręka już operuje myszką...


Kasety porozkładane po podłodze. Filmy wypakowane i macanie się zaczyna. Pudełko Ilforda rozbebeszone spoczywa po prawej, po lewej stosik kaset. Zaczynamy. Po pierwszym filmie, zdecydowany szmer z pokoju i miarowe szurnięcia papci zwiastują kłopoty...

Szybkie spojrzenie na drzwi i... o matko!! nie zamknąłem zamka. Błyskawiczne liczenie w głowie, co zdążę schować najpierw zanim roztworzy się światło i pierworodny oznajmi mi coś niezwykle ważnego... co zmusiło go do złamania umowy!
Sięgam ręką po pudełko!
Najważniejsze aby zamknąć pudełko... nie stracić wszystkiego.
Rzeczy dzieją się w mgnieniu oka.
Kroki są coraz bliżej...

Teraz kaseta, tę załadowaną, ale niedomkniętą muszę gdzieś przełożyć. Na deskę, akurat jest pod ręką sedes.
I kiedy prawa dłoń chwyta kasetę i przenosi w powietrzu nad sedes, 345 tys. szarych komórek analizuje jednocześnie wydarzenia poranka.
- Kto ostatni był w toalecie!?
- Ja czy Młody!?
- Bo jeśli Młody, to zgodnie z odwieczną regułą i wiedziony męskim testosteronem, mój syn (mężczyzną) nie zamknął klapy!!! A to znaczy, że.....!

Proces myślowy podzielił się na dwie niezależne analizy. I kiedy wynik pierwszej skutkował rozwarciem się już palców trzymających kasetę (bo mózg dały znać , że to już ten moment), drugi proces właśnie kończył analizowanie czy deska jest opuszczona czy podniesiona.

Uderzenie plastiku w ceramiczne wnętrze muszli brzmi dziwnie. Plusk zanurzającej się kasety brzmi tym bardziej dziwacznie.

- Tatoooo... tatoooo....
Obejrzałem się za siebie. W nadal panującej ciemności oczywiście nic nie zobaczyłem, ale tez nikt za mną nie stał.
- Tatoooo...
Głos dochodził zza drzwi. Mój syn klęczał przed łazienką i z ustami przyłożonymi do otworów wentylacyjnych (zasłoniętych od środka ręcznikiem) szeptał donośnie...
- Znalazłem na Allegro McQueena w kaktusach... Nie wchodzę, tylko Ci mówię.

Delikatnie potarłem czoło. Koszula była mokra. Zapaliłem światło. Kaseta połyskiwała do mnie jak śledź przyczajony na dnie.




piątek, 25 września 2009

Fotograf NN... Stanko Abadzic


Nie chcę nic pisać, aby nie sugerować, ale jakie archetypy fotograficzne widzicie w tych pracach?
Bo ja co najmniej kilka i to naprawdę utrzymanych w stylistyce! Jestem pod wrażeniem...!!!


Stanko Abadzic





fot.: Stanko Abadzic (x5, źródło: Blur Magazine)



PS
Więcej na temat Stanko przeczytacie w najnowszym, 15. numerze Blur Magazine na stronie 36


czwartek, 24 września 2009

Rzecz...


Nie poświęcam tego typu fotografii zbyt wiele miejsca, zarówno na blogu, jak i w mojej głowie. Być może dlatego, że uważam ją najczęściej za fotografię stricte techniczną. Pozbawioną jakiejś głębi.
Mam wrażenie, że jednak w wielu przypadkach się mylę. A nawet pozostaje w czarnej dziurze niewiedzy...:)

Fotografia przedmiotu, bo o niej mówię, może być bardzo interesująca i duchowa wręcz.
Gdy myślę o polskich klasykach to przede wszystkim mam w głowie trzyliterowe nazwisko Żak. Paweł Żak i jego malarsko-poetyckie ujęcie tematu przedmiotu:



Paweł Żak, z wystawy "Słodki poniedziałek i inne martwe natury"



Paweł Żak, "Opowieści"


Wygląda bowiem na to, że to jak widzimy przedmiot może zależeć od wielu czynników. Niektórzy, jak Paweł, mają widzenie rozbudowane... inne... ze złamaną perspektywą... odkrywcze w sumie.

Można też pokazywać zwyczajne rzeczy w sposób epatujący jedynie formą... jak czyni to Jody Ake - mój ulubiony portrecista kolodionowy:



Jody Ake, Still Life


Oczywiście pozostaje właśnie ta najbardziej techniczna fotografia przedmiotu, która oddaje jedynie perfekcje matrycy i PS:



Nieśmiertelne kwiatki doczekały się chyba największej ilości fotek still life...



fot.: Rado


Oczywiście istnieje miliard innych ujęć przedmiotu. Tylko napomknąłem o tym temacie, bo w sumie przedmiot gadać nie może... :)

A na koniec zagadka...
Jaka budowla jest najczęściej wykorzystywana jako przedmiot/tło w fotografii fashion i kosmetyków...?:)



Pojedynki straceńców...


Wchodząc w fotografię, zawsze najłatwiej jest podglądając mistrzów robić próby ich skopiowania.
Ponieważ jednak słowo kopiowanie, ma dość pejoratywne znaczenie w takim kontekście, więc często zamiennie stosuje się słowo tribute :)

Bardzo znanym projektem były opisywane tutaj już próby dogonienia mistrzów fotografii fashion przez Rankin'a. On powtórnie fotografował najsłynniejsze jego zdaniem siedem fotografii mody.

Generalnie wychodzę z założenia, że takie wyścigi, takie pojedynki są ciekawym wyzwaniem. Zwłaszcza jeśli robią je amatorzy bez zaplecza, który najczęściej dysponowały pierwowzory.

Ciekawe jest też postrzeganie tego samego motywu w oczach innych ludzi.

Najbardziej jednak zdumiewa mnie czasami fakt, że najczęściej z góry przesądzony wynik takiego zestawienia potrafi doczekać się kilku wyjątków... :)


Porwanie się na zdjęcia-ikony wymaga odwagi i zapewne też talentu. Tym bardziej miło mi, że wśród ludzi, których znam z sieci, są tacy desperaci. Pozytywni desperaci.
I na dodatek poniżej przykład, jak można wygrać - nawet z Avedonem!

Tomasz Mosionek a'ka Baldi porwał się na ikonę. I w mojej ocenie wygrał... Wiem - brzmi obrazoburczo, ale tak czuję. Nie chcąc za dużo pisać, pozostawiam Waszej ocenie.
Szczegóły znajdziecie na ciekawym blogu Baldiego - Duże Formaty.


Pierwowzór
Richard Avedon, "Nastassja Kinski and the Serpent", Vogue 1981



Odniesienie
Tomasz 'Baldi' Mosionek, "Tribute to Avedon", sierpień 2009


Jak się równać to z najlepszymi :)
Tomkowi gratuluje!


wtorek, 22 września 2009

Włoskie perfetto...


Generalnie jestem bardzo 'uzewnętrzniony' kiedy widzę dobrą fotografię.
Łapię za telefon, dzwonie do ludzi, polecam, gadam o czymś, czego zazwyczaj oni nie widzieli, ale kupują to ode mnie.

Tak było przy poprzednim numerze włoskiego Vogue gdzie powalił mnie Steven Meisel. A ponieważ mam pod skórą zaszytą jakąś taką polsko-słowiańską chyba manierę, że nie przyjmuje do wiadomości, że można zrobić wiele razy coś bardzo dobrze, a nawet wybitnie więc tym bardziej zdumiewa mnie i 'uzewnętrznia' kiedy widzę, że jednak można.

W naszych rodzimych magazynach króluje coraz bardziej żenująca para Krajewska-Wieczorek. W najnowszej Pani mają sesję, w Vivie zrobili Durczokowi fotki,
a'la macho, że oplułem ze śmiechu okładkę, bo Durczok się tak nadaje na macho, jak ja na Johnego Depp'a.

Tymczasem, kolejne prace maestro Meisela są po raz kolejny na najwyższym poziomie. No choćbym zżymał się, że przerost struktur i nagromadzenie ciuchów przygniata te sesję (kapie tutaj od dodatków jak tłuszczem z pieczonej kaczki), to jest to nadal top topów. Można coś wypomnieć przy kolejnej jego sesji, ale przypomina to raczej doszukiwanie się różnić w przyspieszeniu między Ferrari a Porsche.

Polecam Wam najnowszy Italian Vogue, a w nim sesję "Performance" by Steven Meisel. Jakże inna od poprzedniego wydania. Jakże ponownie żywa i dynamiczna.


W tym samym numerze mój czarno-biały ulubieniec kobiet - Peter Lindbergh ze swoją klasyczną już "wiatą" na plaży i piaskiem na tle. Wypracował swój styl - trzyma się go. Odmiennie od Stevena Meisela... nie ma przerostu stylizacji. Jest jej ascetyzm. Szukanie czegoś więcej niż efektownych szotów w studio...


No i wyobrażenia i realizacja sesji nie z tej ziemi w wykonaniu fantasty Cruella de Vil
Tim'a Walker'a :)




niedziela, 20 września 2009

Homo homini camera obscura est...


Fotografujący ludzi mają zdecydowanie ciekawiej niż Ci od plenerów, ptaków i architektury.

Ja właśnie jestem w tzw. cugu.
Lubię pracować dokładnie jak teraz. Po kilku miesiącach (!?) zastanawiania się i dojrzewania do wizji, złapałem po pierwszej sesji to, co lubię w portretach. Luz i dystans do pracy.
Mam dużo mniejsze ciśnienie niż w momencie narodzenia się pomysłu...
To pomaga.

Na dodatek, po raz kolejny zupełnie mimowolnie, moi bohaterowie mi pomagają.
Pomaga mi w tym też technika....
Tak, ta powolna technika powodująca, że samo rozstawienie sprzętu i aparatu zajmuje mi dobre 30 minut. Ten czas jest doskonałym katalizatorem, który rozładowuje wstępne napięcie spowodowane wizytą "pana fotografa" w domu, w zakładzie pracy...
Wówczas właśnie nieoczekiwanie dla mnie nadchodzi pomoc ze strony modeli.
Rozmowa.
Zagajenie.
Ciekawość.

Jedno słowo, zdanie rozpoczyna konwersacje, która rozluźnia obie strony. Na dodatek, nie są to wcale gadki o niczym. Nie zakładam sztucznych tematów... po co. Życie moich bohaterów jest tak barwne i tak wyjątkowe, że nie trzeba silić się na nic.
Oni opowiadają mi historię miejsca, siebie...
Proste, sprawdzone mądrości zdają się w ich ustach brzmieć tak normalnie, tak szczerze.
I mam na to czas z nimi... bo zmiana ładunku i kolejne przymiarki do trzeciego z czterech założonych kadrów trwa długie minuty.

Portretowanie ludzi jest coraz trudniejsze...
Tak jakby wraz ze wzrostem ilości aparatów, ludzie zaczęli reagować alergicznie na dziesiątki urządzeń rejestrujących (bo to nie aparaty) wokół nich. Pozbawieni prywatności, ludzie uciekają w niechęć do obcych z aparatami. Nie chcą już błysku flasha...
Nie chcą też kogoś, kto wpadnie z telefonem w ręku, w przerwie między jednym a drugim zleceniem, ubrany w moro z pięcioma obiektywami na pasku i walnie serię 3000 zdjęć w 15 minut. To daje się odczuć.
Ludzie szukają ludzi. Fizycznie słownego kontaktu...
Uwielbiam to.

Niech zazdroszczą mi plenerowcy mierzący się ze wschodami słońca i zacienionymi alejkami. Niech ptasi fotosnajperzy wyobrażają sobie, co znaczy porozmawiać z modelem.
Cenię sobie ludzi.
Cenię sobie ich fotografowanie.
Cenię każda minutę celebracji naciśnięcia wężyka.








czwartek, 17 września 2009

Siedemnasty...


Nie lubię zmienić tematyki tego bloga, ale czasami muszę, bo się duszę.
Zdążę więc jeszcze dzisiaj opublikować ten wpis.
Niefotograficzny.

Otóż data dzisiejsza zmasakrowana przez sączące się mediów jadowite polityczne popierdółki o słowa, wojenki o gesty, tarcze srarcze i rozliczenia o jelenia, jest w sumie dla mnie dość istotna.
Pewnie z racji wychowania.
Pewnie z racji genów.

Nie będę jednak roztrząsał tutaj czy ludobójstwo to ludobójstwo, a zdrada to zdrada. Tak tylko przypomniałem sobie pieśń, która miałem okazję usłyszeć na żywo parędziesiąt lat temu już chyba w Gdańsku w dawnym Żaku, obecnie Nowy Ratusz.

Jacek Kaczmarski, Ballada wrześniowa





Wanna z masażem...


Znacie świetnie ten dowcip, a może powiedzonko: "krawaty wiąże, usuwa ciąże". Jest wersja bardziej ordynarna, ale zapewne zaglądają tu same wysublimowane uszy więc nie przytoczę...:)

Kiedy pytam znajomego, co ma jego nowy 5dmkII, niezmiennie mi odpowiada: - Spytaj czego nie ma! :)
Coś w tym jest. Dowcipy o wodotryskach i wannie z masażem wbudowanym w aparat fotograficzny wyniesione został na wyższy poziom realizmu. W sumie stają się coraz bardziej realne.

Oto czytam, że Nikon wprowadza na rynek pierwszy aparat z... rzutnikiem.
Czytam ja ci tą informację obracając w dłoni komórkę, która ma tyle pikseli co pierwszy cyfrak kupiony żonie. Wówczas też myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy.

Projektor jest oczywiście nieodzowny każdemu fotografowi, tak samo jak 21mln pikseli i 16 trybów modyfikacji zdjęć jeszcze w aparacie.

A ja wracam myślami do czasów, gdy w Stodole podsłuchałem rozmowy dwóch starszych jegomościów, którzy stanowili swoisty koloryt tego miejsca. Handlowali na parterze, po lewej. Zresztą to miejsce miało wiele takich smaczków.
- Widziałeś jak koleś zrobił zdjęcie łąki i przewalił niebo!
- Pajac! Wiadomo, że do fotografii plenerowej trzeba mieć filtr połówkowy albo kilka...

Do Gdańska wracałem z zakupionym całym pudełkiem połówek. No bo skoro potrzebne to jest do fotografii plenerowej, to ja to muszę mieć.
To był mój wodotrysk w sumie.. :)
Korzystać z tego nauczyłem się może rok później...:)

Jak widać więc każda epoka ma swoją wannę z masażem i 16 programów tematycznych.
Czy jest jednak jakakolwiek granica rozsądku u konsumenta zainteresowanego fotografią?
Nie ma.
Niestety.

Przypomina mi się "Regulamin Firmy Portretowej S.I. Witkiewicz"... to było podejście. Po co zostawiać margines dla ludzi, którzy się nie znają.
Pomóżmy im. Nie pozostawiajmy im prawa wyboru, bo wybiorą źle...
Wybiorą wannę z masażem i 16 programów, zamiast dobrego zdjęcia, dobrego aparatu.

Sam wprowadzam taki regulamin... :)


środa, 16 września 2009

Jest takie zdjęcie...


Wykonywanie portretów znanych ludzi jest zwodnicze.
Łatwo popaść w popelinę. Łatwo oprzeć pomysł jedynie na znanej twarzy.
Czasami niestety bywa tak, że staje przed nami ikona. Osoba, której zewnętrzne ja jest tak silnie osadzone w kulturze lub w świadomości odbiorcy, że działanie portrecisty są skazane na klęskę.
Klęskę braku pomysłu.

Ktoś inny powie, co to za problem zrobić portret Tomowi Hanksowi. Ot, ostawić go i jest.
No właśnie...
Dan Winters, autor poniższego portretu postawił Toma przed kamerą.
Lub posadził.
Kadrował wcale nie idealnie zostawiając jedno trzecią kadru wolnego nad jego głową.
Wojskowy płaszcz sprawia, że pierwsze skojarzenia wędrują do ról wojennych Hanksa. A ponieważ filmy z nim znamy wszyscy więc prawie wyczuwalna jest gęsta atmosfera okopu czy frontu. Nieogolona twarz potęguje to doznanie.
Rodzaj użytego oświetlenie (niski klucz powiedziałby specjalista) podbija i tak już ciężką nutę portretu.
Nie ma tutaj wodotrysków. Dan nie silił się na wydobycie "nieznanej twarzy Toma". Prostymi zabiegami chciał coś powiedzieć. Coś od siebie...

Pomimo, że rzeczywiście fotografowanie osób znanych jest łatwą drogą do zdobycia chwytliwych ujęć, lubię Dana za jego serię portretów.
Właśnie dlatego, że nie sili się na efekciarstwo.
Portret Toma Hanksa jest świetnym tego przykładem.

fot.: Dan Winters
Tom Hanks, Los Angeles, CA - Entertainment Weekly Magazine




Nie idź w strone światła...

Śmierć, w słynnej już książce "Życie po życiu", została sprowadzona do słynnego światełka w czarnym tunelu.
Jeśli przełamiesz się i pójdziesz tam, to już koniec.
Na drugim końcu jest czarna dziura, ból i cierpienie, ale to wszystko utożsamia życie. Więc musisz się przełamać.

Polska prasa fotograficzna już dawno osiągnęła światło w tunelu. Ba! Ona je przekroczyła i w ogóle jest w innym wymiarze. W ogóle zastanawiam się czy mogę używać takiego złożenia jak "polska prasa fotograficzna"..?

Tym większym cierpieniem i bólem była dla mnie, uzyskana opłotkami i bocznymi drogami, informacja, że już wkrótce ma pojawić się nowy magazyn fotograficzny. Całkowicie polski. I w dodatku całkowicie poświęcony... jednej, wąskiej tematyce fotograficznej.

Jupiii!

Zatarłem ręce i pomyślałem sobie, że w sumie to musi być ciekawe wyzwanie. Bo tak... czym oni będą się zajmować skoro portret jako taki nie istnieje praktycznie w świadomości ludzi. Obecnie z portretem utożsamiane jest wszystko, co w kadrze mieści sylwetkę człowieka.
Pewnie zrobią numer kontrolny (ja k pamiętny Pozytyw) i będzie koniec.
No, ale może właśnie to bogactwo interpretacyjne zjawiska portretu będzie właśnie motorem napędowym nowego magazynu? Oby!
Nie znam kolegium redakcyjnego w całości. Znam naczelnego, ale raczej też ze słyszenia.

W każdym razie zastanawiam się czy w specjalizacji, zawężeniu tematycznym tego typu magazynów nie tkwi jakaś dobra metoda....?
Każde kolejne pismo traktujące ogólnie o fotografii mogłoby rozmydlić się i zagubić, jak było w przypadku wspomnianego już Pozytywu.
Być może wąska działka pozwoli zatrzymać czytelnika trochę dłużej niż kilka numerów...

Do kogo ma trafić ten magazyn i jaką drogą? Nie wiem w sumie, bo jeśli do "xxpiku to praktyki stosowane przez takich kolosów są zabójcze dla większości ambitnych wydawnictw.

Cieszę się i się boje, byśmy wszyscy nie trafili znowu to ciemnego tunelu i nie skusili się na światło, które szybko nas pozbawi życia.
Z drugiej strony to kuszące...

poniedziałek, 14 września 2009

Daleko tak, blisko tak...


Zainspirowany albumem Avedona, który otrzymałem w formie podziękowań-łapówki od Rudolfa, który nie wiedział jak odwdzięczyć się za to, że wygrał - jąłem zastanawiać się na specyfiką odległości w fotografii. W portrecie zwłaszcza.

Oto bowiem ciekawa naturą ludzkiego bytu jest dystans. Są nawet prawdziwe wielkie teorie intymności w socjologii, które określają w centymetrach rodzaje dystansu i związane z nim reakcje i wzajemne zależności.

Dla portrecistów ma to wielkie znaczenie. Różnica kilkudziesięciu centymetrów w ogniskowej lub w odległości od modela całkowicie zmienia sposób odbioru pracy.

Para kochanków zbliżając do siebie swoje usta zamyka instynktownie oczy. To całkowicie naturalne. Z dwóch powodów: trudno patrzeć na kogoś z odległości kilku centymetrów, dwa: sfera odczuć pozawzrokowych jest ważniejsza :)


Trochę podobne reakcje towarzyszą portretom robionym z bliska. Avedon stosował dwa zabiegi, które powodowały, że jego portrety, nawet jeśli nie wybitnie wymyślne, stawały się stemplem w pamięci. Używał formatu 8x10 cali, który jest niewiarygodnie szczegółowy i "pojemny w światło" i robił bardzo bliskie kadry.
Pojęcie bliskości jest tutaj wszak względne, bo nie jest problemem obecnie "zbliżyć" twarz z końca studia używając 300mm :) i uzyskując oko w skali 1:1. Ale tutaj nie o to chodzi. O inne zbliżenie.

Bliskie portrety Avedona były jak wspomniany pocałunek. Człowiek zamyka oczy po kilku sekundach i ma w głowie smak zdjęcia. Smak portretowanej osoby. Nie wiem ile zasługi w tym jedynie faktu, że praktycznie każda osoba sfotografowana przez Avedona to VIP, ale mniejsza o to, bo ja połowy z nich i tak nie znam. Coś miał w sobie ten artysta.

W albumie są różne opinie na temat technik używanych przez Avedona... Zarzuca mu się wspomniany VIP'owski sznyt i łatwość szokowania kręgiem sław. Inni denerwują się banalną kompozycją i charakterystycznym białym tłem izolującym bohatera z zewnętrzności, co dla części jest olbrzymi minusem. Ale najczęściej podnoszonym aspektem jest wspomniany dystans.

Generalnie łatwiej jest zrobić zdjęcie z większego dystansu. Zarówno łatwiej jest fotografować, jak i modelowi pozować. Problem w tym, że odległość fizyczna rodzi też odległość psychiczną. A ta jest bardzo łatwo wyczuwalna przez widza. Zdjęcie staje się bezduszne. Puste.
Oczy nie błyszczą już tak jak z metra, a i detal w oku przestaje intrygować.

Zbliżmy się.

Nagle osoba, której cała sylwetka mieściła się w kadrze, staje się kimś innym. Skupiamy się mniej na kompozycji, a bardziej na detalu. I okazuje się, że detal gada do nas zdecydowanie bardziej. Że negatyw 8x10 cala odkrywa przed nami skalę tonalności równą siedmiu oktawom fortepianowym. A między klawiszami nadal zawarte są szczegóły niewidoczne przy dalekim kadrze...

Czy warto więc dziwić się Avedonowi...?:)
Ja się nie dziwię...
Ja podziwiam.

Album Avedon wart jest polecenia... z powodu studium bliskości fotografa i bohatera.





(fot. Richard Avedon x3)




sobota, 12 września 2009

Szampon...


Ciepła woda spływała po karku, nachylona nad wanną głowa nasiąka jej strużkami. Ślepa ręka błądzi po obudowie wanny w poszukiwaniu butelki z odpowiednim szamponem. Swoją drogą nie wiem czemu nie wyprodukowano jeszcze wanny, której brzegi pomieściłyby te wszystkie gromadzone buteleczki... z chemikaliami do mycia.
Mokra dłoń trafia na pierwszą butelkę: "Szampon. Zwiększona objętość włosów"
Nie, za ten dziękuje. Moje i tak nie małe zaplecze włosowe wyglądałoby pewnie jak afro po tym chemicznym cudzie.
Sięgam dalej.
Kolejna butelka: "Szampon z prowitamina regenerującą cebulki włosowe zniszczone..." Długość napisu nie do odczytania pod spływającą na oczy wodą. Odkładam.
Trzecia butelka: "Szampon odżywczy na bazie ekstraktu z dojrzałych liści herbaty. Dla włosów zniszczonych..." Znowu nic nie widzę. Ale nie tego szukam.
Dwie kolejne butelki to szampony przeciw łupieżowi z kilkoma dodatkami i słowem "pro"...

Sięgam po szare mydło. Spłukuje głowę.

Po co zamęczam Was tymi szczegółami higienicznymi?

Ano zmierzam jak zwykle do fotografii. A dokładnie do "niefotografii". Tak samo jak szukałem szamponu, czystego szamponu, po prostu szamponu do głowy bez ekstraktów i liści szałwii, tak samo szukam ostatnio wszędzie "czystej fotografii". Samej fotografii.
Tymczasem wszędzie gdzie się nie spojrzę karmi się mnie papką fotograficzną złożona w 90% z idei, której nikt nie rozumie, a w 10% z ambicji artystycznych autora. Z czego samo słowo "fotograficzną" trzeba podzielić przez pięć, bo z fotografii jest tam tyle, co zostało z prawdziwych peerelowskich bułek w hipermarketach. Czyli... powietrze, czyli nic.

Nie wiem czemu, ale sztuka współczesna każe mi być ignorantem, bo dzieło nie istnieje już bez umiejscowienia w jakimś szerszym pomyśle. Zdjęcie nie wisi już po prostu na ścianie, ale ono jest "umiejscowione" w głębokim (tak guerilla!), w głębokim kontekście. Pływa weń. Tapla się w czymś, co zazwyczaj nawet po polsku opisane nie jest, bo się nie da Panie! Nie da się opisać!

Zdanie 1
Sama forma nie jest wystarczająca aby zrozumieć zamiar autora.


No cóż... kiedyś artysta miał talent. W rekach go miał. Znaczy czasami w głosie, w ustach, w nogach. Nawet dziwki miały talent. Znały się na robocie. Obecnie mam wrażenie, że zarówno artyści, jak i dziwki talentów już nie mają, ale mają kontekst lub ideę, w którą wpychają te swoje "dzieła", "dziełka fotograficzne" i wieszają. Gdzie popadnie. Jak popadnie. Byle było. Wystawa zaliczona. Kurator się znajdzie. Młode pokolenie historyków sztuki szuka kasy. Będzie pisało, że to nowatorskie ujęcie kibla stojącego za śmietnikiem ma wymowę równą pracom Bressona.
A to, że nie ma odbitki, ale jest wideo-trans coś tam... nie ma znaczenia.


Zdanie 2
Widz musi zostać pouczony przez autora co widzi i co ma myśleć.


Tak. W sumie to się sprawdza i jest logiczne. Bo jeżeli fotograf nowoczesny nie umie zrobić dobrze naświetlonego i ostrego zdjęcia, to faktycznie musi mi szybko wyjaśnić o co biega.
Innymi słowy... idąc na jakąś kolejną wystawę fotografii otrzymuje nie fotografię (szampon), ale otrzymuje wszystko wokół fotografii. Samego szamponu jest tam tyle, co ziarna w pliku z 5DmkII na 100ISo. Aby coś było, trzeba to zaziarnić w PS - jak czyni to 80% użytkowników tego sprzętu, bo inaczej zdjęcia wydaja się zrobione w programie do renderowanie tła.


A ja chciałbym dostać czysty szampon. Aby sobie umyć fotograficzną głowę pełną potrzeby spokojnego piękna w obrazie.
Aby wyszorować zmysły czystą gąbka, a nie nasiąkniętą ideologicznie szmatą, w dodatku wyciskaną od 10 lat w tym samym wiaderku do mopów. Tworząc te same kalki niby innowacyjnego widzenia świata.

Od tych wszystkich eksperymentów wolę ładną odbitkę z ładnie poprowadzonym światłem z kompozycja zamknięta w czterech bokach i z choć częścią duszy fotografa w środku.

To mi wystarczy. Wówczas nie zmienię już szamponu przez wiele lat.
Zwracam się więc do "producentów szamponu" - róbcie zdjęcia. Proste. Czyste. Ładne. Schludne.
Nie róbcie mi z głowy poligonu dla mopów i kontekstowych szmat wyciskanych pod nogi.


PS
A tak na marginesie - zainwestowałem w fotografię...:)
W antykwariacie na Piwnej kupiłem dzisiaj dwa zdjęcia. Za całe 18zł :)
Są cudowne. Warte o nieba więcej niż te pieniądze. Plastyka obrazu jest powalająca. Obecnie żaden produkowany obiektyw nie jest w stanie zrobić takiego zdjęcia. Żaden! A jak podane. Te tekturki!!

Ponieważ w tego typu odbitkach tył fotografii jest równie ważny, co przód. Zeskanowałem obie strony.





czwartek, 10 września 2009

Podróże fotograficzne...


Mam czasami wrażenie, że podróże kształcą.
No wiem, wiem... przecież każdy wie, że one rzeczywiście kształcą.
Że coś nowego zawsze poszerza nasze horyzonty i teoretycznie - jesteśmy mądrzejsi...

Nie da się zaprzeczyć, że podróże fotograficzne należą też do kategorii dydaktycznych.


W dodatku podróże fotograficzne nie zmuszają nas do samodzielnego odbycia tychże :) Wystarczy kliknąć jakiś portal poświęcony podróżom i już mamy setki fotek z każdego zakątka świata. Dobrą metodą jest też wyposażenie siebie w katalogi biur podróży... tam to dopiero są zdjęcia poglądowe! Wszystko jest cudowne i od razu wiemy, że są zakątki świata stworzone wprost do fotografowania.

Jednak chcąc się przekonać czy faktycznie wystarczy tam nacisnąć spust migawki i wszystko jest cudownie kolorowe, musimy wybrać się sami.

Pakujemy więc nasz sprzęt, wsiadamy w coś tam co leci lub jedzie i docieramy.
W głowie mamy widoczki widziane wcześniej u innych fotografów, kolorowe katalogowe fotki oczywiście okazują się totalnym kłamstwem i ... No właśnie i stoimy przed dylematem. Co dalej?
Jak w ciągu kilku dni poznać miejsce na tyle, by pokazać je w fotografii i nie skończyć na kolejnych widokówkach...?
Czy da się to zrobić?

Ja upewniam się, że nie. Upewniam się za każdym razem gdy wracam w miejsca i krainy już sfotografowane i odkrywam je na nowo... i to, co już zrobiłem lat temu kilka wydaje mi się straszliwie powierzchowne, akademickie.
Jasne... te miejsca też się zmieniają i nasze postrzeganie ich się zmienia.
Ale czy jest jakiś klucz do oddania w fotografii miejsc, które odwiedzamy...?
Miejsc, w których jesteśmy jedynie gośćmi...?

Macie jakąś metodę? Skupiać się na ludziach, na plenerach, na reportażu...?

Czasami odwiedzam Toruń i za każdym razem mam olbrzymi problem z fotografowaniem tego miasta. Pamiętam je sprzed lat 10-15 i regularnie co parę lat tam bywam. Nadal nie zrobiłem żadnego dobrego zdjęcia Toruniowi.
Przepraszam! :(

Gyula Halász vel Brassai fotografujący nocny Paryż


Andre Kertesz, Chez Mondrian, Paris 1926


Joel Meyerowitz, Red Interior, Provincetown 1997



poniedziałek, 7 września 2009

Portret z...


Po prostu fotografia...


"Mężczyzna z piórkiem"
KUMAKA Studio, sierpień 2009





Powrót Pana Fotografa...


Chciałem to poczuć i zrobić sobie zdjęcie w studio.
Portret. Jak to jest.
Ot, po prostu wejść w marynarce, w koszuli białej bez krawata do atelier fotograficznego i zrobić sobie portret.
Dla siebie.
Zdać się na łaskę fotografa.

- Uda się zrobić portret?
- ...? Teraz?
Pani znad ekranu komputera ledwie uniosła wzrok na mnie, nie przerywają klikania drugą ręką.
- No tak... widzę, że nikogo nie ma.
- Dowód czy paszport..?
- Nie, nie - chciałbym portret taki dla mnie. Fotograficzny.

Pani wydawała się nie słyszeć mnie. Jedna ręką nadal klikała, a druga powędrowała na maszynę huczącą, która stała obok i wypluwała dziesiątki zdjęć na rosnącą stertę.
Na szyldzie przed zakładem widniał dumnie napis: "Fotograf"

- No to, do czego to ma być?
Kobieta znalazła między ciasno ustawionymi meblami szparę aby popatrzeć na mnie.
- Do niczego. Dla mnie. Ja siedzę, pani robi zdjęcie.
- Takie coś kosztuje 150zł i dostaje Pan dwie odbitki: 30x20 i 10x15. Prosze usiąść pod ta białą ścianą.
Pani wskazała mi wciśnięty w róg pomieszczenia fragment podłogi z mini stołeczkiem na tle rozwieszonego tła do rzutnika. W suficie zainstalowana na stale lampa 150W produkcji skośnookich braci zza Żółtej Rzeki. Na statywie druga taka sama z parasolką.

- Ale ja chciałem coś autorskiego...
- ? Przepraszam Pana, ale mam bardzo dużo zleceń internetowych i teraz nie mogę rozmawiać. Może Pan przyjść za godzinkę, dwie?
- Nie mogę...


Rok 1989. Żabianka. Osiedle peerelowskie. Po schodach, w pawilonie, na rogu - fotograf.
Drewniana boazeria ociepla mały przedsionek.
Zapach chemii cieknie każdą szparą z zaplecza.
- Potrzebuje zdjęcia do legitymacji szkolnej.
- Zapraszam do atelier...
Kobieta w średnim wieku prowadzi do drugiego pomieszczenia. Olbrzymi aparat wzbudza prawie lęk. Ciemność rozświetlona bladymi kinkietami wprowadza nastrój tajemnicy. Motyle w brzuchu.
Napięcie. Błogi stan, jak przy poznawaniu tajemnicy.
- Proszę na mnie popatrzeć. A teraz niech Pan spokojnie odwróci głowę... nie tak... wolniej... tak dobrze...
Kobieta w kontrze świetlnej krząta się za aparatem, który wydaje się być jakimś magicznym smokiem. Wkłada coś, wyjmuje, porusza maszynerią.
Lampy świecą stałym światłem. Dywan pod nogami staje się coraz bardziej miękki, tak samo jak mięśnie na karku, które rozluźniają się wraz ze spokojem płynącym z głosu fotografki.

- Dobrze. Teraz jeszcze raz. Proszę unieść ramię. ....
Polecenia są spokojne. Przemyślane. Nie chcę aby zrobiła to zdjęcie. Celebruje chwilę przed, chwilę która jest po prostu estetyczna, przyjemna.

Błysk zwiastuje koniec.
Powrót w światło zza szyby powoduje przymknięcie powiek.
Podłużna karteczka zamówienia chowana w kieszeń.
- Proszę przyjść jutro.
W małej kopercie, niewiele większej niż format negatywu spoczywa 5 odbitek i negatyw właśnie. Naświetlony idealnie. Cudownie odwrócony.


Czy powróci taka fotografia?
Czy już zawsze będziemy biegli, spieszyli się i zamieniali chemicznie utrwaloną obecność przed obiektywem, na elektroniczne bycie bitem...?


PS
Jak mawiał Bardini: "Prawdziwy teatr skończył się kiedy ludzie przestali zmieniać koszulę idąc na przedstawienie"



piątek, 4 września 2009

Panie Mieciu! Fotkę proszę...!



Zapłodniony myślą przez Dobrego Fotografa dzisiaj rano... chciałbym się podzielić z Wami taka oto sugestią, którą też wyraziłem w dyskusji pod poprzednim postem.

Uważam, że era amatorskiego cykania dla oszczędności się skończyła.
I odchodzi w przeszłość.
Bum na aparaty fotograficzne wielkości dłoni ruszył na dobre jakieś dziesięć lat temu. Każda firma zaopatrzyła swój dział marketingu lub administratora zasobów trwałych w firmie (powiedzmy - pana Miecia) w aparat fotograficzny.


- Panie Mietku... to jest aparat fotograficzny firmy "OdrazuNaEkranie 4dsi".
- ...?
- Od dzisiaj będzie Pan dokumentował wydarzenia w firmie i od czasu do czasu robił nam zdjęci naszych produktów do folderów reklamowych, które może za parę lat zaczniemy wydawać.
- Ale ja się nie znam na fotografii...?!
- I dlatego właśnie kupiliśmy ten aparat. On sam wszystko mierzy i na dodatek od razu widzi Pan, co trzeba poprawić. Komputer już Pan ma.
- A... nie trzeba jakiegoś programu do tego.
- Eee, panie Mieciu... kupiliśmy przecież 5 lat temu taki program do przeglądania zdjęć. Da pan rade!

Pan Miecio, zazwyczaj nie odmawiający członkowi zarządu, zaczął więc dokumentować życie firmy i robić zdjęcia do folderów. Wszystko zbierał skrupulatnie na dysku komputera.

Czas płynął szybko. Oszczędności wynikające z niezatrudniania fotografów zawodowych stanowiły piękną zieloną kolumnę w arkuszu Excel i cieszyły Rade Nadzorczą firmy.
Zarząd otrzymał premię.
Pan Miecio dostał talon na balon od Sodexo na 300zł.

Ten rok miał być przełomowy. Firma obchodziła 40-lecie. Postanowiono w końcu wydać piękne foldery i złożyć reklamówkę firmy. Dział marketingu przygotował kosztorys. Brakowało w nim pozycji fotograf... bo zdjęcia są. Pan Miecio wszystko przecież ma.

Treść maila z agencji reklamowej był niepokojący:
"Z otrzymanych materiałów fotograficznych nie da się wyprodukować folderów ani reklamówki firmy. Cześć z plików jest w rozdzielczości 800x600 pikseli, a pozostała część nie nadaje się do druku."

Zarząd nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy na biurku prezesa wylądował kosztorys wykonania sesji fotograficznej wszystkich produktów firmy z ostatnich 10 lat.
Większość wykonanych zdjęć przez pana Miecia pozostawała w minimalnym rozmiarze, ze względu na małą pojemność dysku twardego, o którego rozbudowę pan Miecio pisał do zarządu alarmujące maile po każdej kolejnej sesji.

Niepowtarzalna historia firmy w wielu przypadkach jest nie do odtworzenia, bo pliki przechowywane na dyskach prezesów z imprez firmowych zniknęły wraz z kolejnymi kradzionymi laptopami z tylnych siedzeń służbowych samochodów.

Pan Miecio... odszedł z pracy.
W nagrodę za najdłuższy staż w firmie dostał... najnowszy model aparatu cyfrowego. Zlecająca zakup nowa szefowa biura zarządu nie znała jego historii. Aparat wydawał się jej świetnym prezentem.

Pan Miecio otworzył punkt usługowy. Robi odbitki. Najczęściej nadal z plików cyfrowych.

Na chrzciny swojego wnuka zaprosił kolegę, zawodowego fotografa.
- Co to za aparat?
- ... "OdrazuNaEkranie 1dsi cxv"
- ....




Fotografowie zawodowi będą mieli coraz więcej pracy... zapewniam. Zarówno na cyfrze, jak i na filmie.
Era udławienia się minęła. Bezpowrotnie.


środa, 2 września 2009

Talenty...


Pamiętacie przypowieść o talentach?
Ulubiona opowieść księży, którzy prowadzą Msze Św. dla dzieci. Daje pole do setek interpretacji i jest jednocześnie bardzo prosta.

W skrócie:
"Pewien pan miał wyruszyć w daleką podróż. Wezwał więc trzech służących i dał im pieniądze: jednemu pięć talentów, drugiemu dwa talenty, trzeciemu jeden talent. Dwaj pierwsi pomnożyli swoje pieniądze umiejętnie je inwestując i obracając nimi. Trzeci służący, nie wiadomo czy w obawie, że straci powierzoną sobie kwotę, czy nie umiał inwestować, zakopał swoje pieniądze.
Kiedy pan powrócił, rozliczał służących z ich decyzji na temat powierzonych im kwot. Pierwszego i drugiego pochwalił, a trzeciego wydalił ze swojego domu jako złego sługę."

W sumie też straszliwie mnie denerwuje gdy ludzie obdarzeni talentem marnotrawią swój talent na jakieś mniej ważne rzeczy, a spoczywający w rękach i umysłach dar jakoś tak gnije.

Straszliwie mnie wnerwił Staszek!
Straszliwie!

Bo on jest przykładem takiego zakopywacza talentów...
Ma dar od Pana do jednej jedynej rzeczy, którą powinien robić w życiu.
Talent do robienia aparatów! I on go marnotrawi, bo ich nie robi...:(

Znaczy, tak dokładnie, to robi, ale wyjątkowo. I mnie zrobił. I zrobił to WYJĄTKOWO!

Dostałem dzieło sztuki! Ludzkiego pomysłu.
Aparat do mokrego kolodionu, który został stworzony na podstawie kilku poglądowych zdjęć i dziesiątek maili, które wymieniliśmy. I zrobił to! I to jak!

Nigdy w życiu nie widziałem takiego wykończenia detali i takiej jakości drewnianego produktu.
Nie mogąc się powstrzymać wrzucam kilka pierwszych, jeszcze ciepłych fotek, ale uzupełnię to dobrymi fotami wkrótce.

Tacy ludzie jak Staszek powinni być gdzieś na piedestale fotografii. Sam zresztą jest świetnym fotografem.
Niestety, skromność ich przygniata. A szkoda!!!

Aparat to klasyczna sztywna konstrukcja na ławie łamanej. Matówka wyjmowana (pion, poziom), kaseta na płyty szklane. Miech wykonał Michał "Omfman" Gozdek. Całość robiona jest w 100% ręcznie.
Wykonany w niespełna miesiąc z niczego. Aparat jest unikatowy i nigdy nie powstanie drugi taki sam. I ja go mam....
Dziękuje Ci Stachu!
To warto mieć dla samego posiadania...



Kamera do mokrego kolodionu, 8x10 cala
autor i wykonanie Stanisław Szwedowski
(dla porównania i skali obok ShenHao HZX 4x5-IIA )