piątek, 24 lipca 2009

Wy nie wiecie, a ja wiem...?


...jak rozmawiać trzeba z... fotografem!?


Właśnie. Ciekawy temat.
Kanwą do tego wpisu jest rozmowa z Rafałem Milachem, która ukazała się w ŚwiatObrazu.
Z wielką atencją przyłożyłem się do przeczytania tej rozmowy. Nawet kilka razy ją przeczytałem. Szukałem mianownika dla całości. Starałem się dostrzec zamysł rozmowy, prowadzone wątki próbowałem ułożyć w jakąś logiczną całość. Wyłuskiwałem informacji, które pozwoliłyby mi poznać Rafała, ale przede wszystkim poznać człowieka fotografa.

I...

I muszę stwierdzić po raz kolejny, że dziennikarstwo, a wywiad zwłaszcza jest sztuką bardzo trudną i niewiele osób w naszym kraju jeszcze potrafi i rozumie czemu służy wywiad z człowiekiem.
Ta rozmowa nie może nawet pretendować do rangi wywiadu. To nawet nie jest do końca rozmowa, bo zawiera w sobie tylko jedną zasadniczą cechę elementarną: są tam dwie osoby. Cała reszta, w ujęciu czysto dziennikarskim, estetycznym i inteligenckim - to jakaś marna, szkolna wprawka.
Naprawdę jest mi przykro, bo Rafała cenię nad wyraz wśród polskich reportażystów-dokumentalistów. Myślałem, że dowiem się czegoś o nim. O człowieku, a nie przeczytam kolejne ble, ble o aparacie jakiego używa, o tym czy cyfra go wciąga czy o tym, że daje zdjęcia na konkursy. Zwłaszcza, że wiemy, że daje, bo stąd go znamy.
Ech...

Kiedyś istniała taka złota zasada wśród dżentelmenów: "o sprawach oczywistych nie rozmawiamy". Nie muszę rozmawiać o robieniu siku i informować całego świata, że idę do toalety.
Nie muszę rozmawiać o tym, że Sienkiewicz posługiwał się składnią łacińską pisząc Trylogię.
To się po prostu wie i gadać o tym, to jak opisywać konia.

Jak więc rozmawiać z fotografem?
Czego chcemy się dowiedzieć o np.: Piotrze Lindbergh'u?
Ja akurat szukam zupełnie czegoś innego niż podano mi w przytoczonej rozmowie.
Żal.
Zdolny człowiek widzi mi się straszliwie banalnie, prymitywnie wręcz. Wcale nie ze swojej winy.
Ot, odpowiadał na pytania.

Do tego dochodzi fakt, że Internet nie ogranicza ilościowo materiału, jak w wypadku prasy drukowanej. Na czym więc oszczędzać robiąc taki wywiad?
A może autor nie miał lub nie umiał o nic zapytać..?

Naprawdę mi szkoda..



9 komentarzy:

Rudolf pisze...

Najwidoczniej do wywiadu trzeba mieć odrobinę wrażliwości i wyczucia - pojawił się fajny wątek ze strony Rafała:
"Zwróć uwagę, że jest coraz mniej historii opowiadających o prawdziwym człowieku. (...)"
...który prowadzący skwitował pytaniem:
"Podobno kiedyś zajmowałeś się także fotografią ślubną?"

Bez komentarzy.

iczek pisze...

I właśnie dlatego Rudolf wchodzę na Twój blog... :)
Dokładnie w tym miejscu poczułem ból w lewej nodze, aby kopnąć autora w pupę :)

Jacek Taran pisze...

Czytałem ten wywiad dzisiaj rano, potem patrzę: Iczek o nim pisze. Niestety miałem podobne wrażenia jak Ty. Powierzchowność, banał, infantylizm "dziennikarza". Rozmowa na poziomie gazetki szkolnej. Niestety niemal całe internetowe "dziennikarstwo" tak wygląda. To nie-internetowe coraz częściej też. Niestety.

mendoza pisze...

Masz 100% racji.

Taki fotograf i tak bezwartościowy wywiad ze strony "dziennikarza".

Niestety wszystko idzie w złą stronę.Co z tego, że internet ułatwia, jeżeli w dużym procencie wszystko upraszcza.

I to całe dziennikarstwo internetowe... Publikacja wymaga niewielkiego zachodu, tak więc nie ma się co dziwić, że ich zawartość jest również bliska zeru. Ech,pożal się Boże czasy nadeszły...

mendoza pisze...

Ja myślę, że wystarczyłoby troszkę więcej ambicji ze strony redaktora i zorientowania w temacie. Bo wygląda na to, że ten kolesław miał lustrzanke pięć razy w łapce i jak wielu wydaje mu się, że fotografia nie ma już przed nim żadnych tajemnic. Stał się redaktorem foto, tak samo jak mógłby stać się redaktorem w magazynie poświęconym telefonom komórkowym.

Tak czy owak liczy się przecież pieniądz. Wywiad zaspokoi 80% czytelników, którzy z zaciekawieniem przeczytają co Rafał Milach mówi o ich ukochanej technologii cyfrowej.

jarek pisze...

Wiem, ze zostane uznany za kolejnego zakompleksionego analogowca, ale ten wywiad to tylko kolejny przyklad totalnej cyfryzacji wszystkiego. Generalnie wszystko jest moim zdaniem w porzadku. Swiat Obrazu to portal dla cyfrowych fotoamatorow. Wlasnie takim cyfrowym fotoamatorem jest pan dziennikarz. Jak poznac cyfrowego fotoamatora? Rozmowa zawsze zejdzie na sprzet. Po czym jeszcze? Cyfrowy fotoamator plywa po powierzchni. Dla niego fotografia jest prosta jak budowa cepa. Fotografia dzieli sie na slubna, reportaz, modelki, makro i sport. Milach robi reportaz. Temat odhaczony, wiec o co mozna sie jeszcze spytac? Fotograf mowi, ze jest portrecista. A nie, to jakies dziwne, staromodne slowo, nie bede do tego nawiazywal - pomyslal cyfrowy fotoamator. Spytam sie o sprzet albo kase (ta jest bardzo wazna w swiecie cyfrowego amatora). A nie, sorry, kiedys podobno robil slubna, to trzeba zapytac. Cyfrowy fotoamator fascynuje sie fotografia slubna. Kazdy cyfrowy fotoamator jest przekonany, ze robi lepsze zdjecia niz wiekszosc "zawodowcow" (na forach zawsze pisze to w cudzyslowiu) i jest przekonany, ze jak juz kupi sobie full frejma i jasne stalki, to tez bedzie zarabial tysiace na slubach. Ale jeszcze nie teraz. Musialy pasc pytania o kase i zlecenia, bo cyfrowy fotoamator ciagle mysli o kasie. To jest drogie hobby. Tak drogie, ze cyfrowy fotoamator do znudzenia powtarza mantre jaka to droga byla fotografia na filmie i ile on teraz moze zrobic zdjec za darmo. To kolejna cecha cyfrowego fotoamatora - wiecznie wiszace w powietrzu pytanie - ty ciagle robisz na filmie?!?! Swiat cyforwego amatora jest prosty. Nagroda=dobra fotografia. Taka jest definicja sukcesu w fotografii. No moze jeszcze zdjecie dnia na plfoto. I kasa oczywiscie. 4000 za reportaz slubny to jest dopiero sukces.

Skad to sie bierze? Moze stad, ze dzisiaj fotoamator musi obcowac z mialka materia - aparaty bez charakteru, komputery, ciagla walka z kalibracja monitora, onanistyczne fora sprzetowe pelne zlego jezyka i internetowych legend, mikroskopowe testy obiektywow robione przez pseudofotograficzne portale, literatura pelna kolorowych zdjec i tekstu pisanego dla bezmyslnych idiotow, uzbrojone w nowy orez sampli wojny systemowe, itd. Kiedys tez byli onanisci, ktorzy tworzyli fotografie o wartosci nizszej niz cena Velvii ze stodoly, na ktorej ta fotografia byla zrobiona, ale przynajmniej pokazywali te zdjecia z otwarta przylbica na slajdowiskach. Kiedys fotoamatorzy czytali literature Pekoslawskiego, samodzielnie wykonywali odbitki, uszlachetniali sie sama technika i materialna obcowaniem z technika. To hobby kiedys wymagalo organicznego wysilku - od nauki, az do samego procesu. Teraz potrzebna jest tylko kasa i twarda dupa do sleczenia przed komputerem. Fotografia amatorska, na naszych oczach trafi te romantyczna zawadiackosc. No ale przynajmniej amatorska gra na zywych instrumentach przezywa renesans.

Anonimowy pisze...

"Kiedys fotoamatorzy czytali literature Pekoslawskiego, samodzielnie wykonywali odbitki, uszlachetniali sie sama technika i materialna obcowaniem z technika."

I co im z tego przyszlo? Nikt tych zdjec ani nie oglada ani nie pamieta o nich... tak samo jak nie bedzie pamietac o tych co trzepia sluby swoimi cyfrakami. Bo fotografia to obraz, a najlepiej taki ktory zapada w pamiec, a nie jeakies durne uszlachetnianie sie przez obcowanie z materialami (sic!).

Oczywiscie dyskusji o sprzecie i materialach i calej tej cyfrowej wariacji nie da sie powstrzymac, ale to raczej wlasnie domena tych wszystkich fotoamatorow, ktorzy od robienia zdjec zawsze woleli cala te "otoczke" i sprawy z nia zwiazane na anegdotkach konczac.

pzdr
M.

jarek pisze...

"I co im z tego przyszlo? Nikt tych zdjec ani nie oglada ani nie pamieta o nich..." A co mialo przyjsc? Przeciez ja pisze o amatorach. To przyszlo, ze w ostatecznym rzorachunku liczyl sie wlasnie obraz. Kiedy ja robilem pierwsze zdjecia na kolku fotograficznym w podstawowce, a potem sam je odbijalem, to nic wiecej nie mialo dla mnie znaczenia. Liczyl sie tylko obraz, bo zawsze zwienczeniem tej calej zabawy byla odbitka. Wiadomo, ze byla jakas tam otoczka, ktora niektorzy bardziej sie interesowali niz sama trescia. Ale teraz do cholery spotykam ludzi, ktorzy zajmuja sie tylko otoczka i na przyklad ich glownym zajeciem jest testowanie obiektywow i palowanie sie bokehem. Kiedys to bylo po prostu niemozliwe - chcac, nie chcac, trzeba bylo sie chociaz minimalnie wyrobic estetycznie i kulturalnie.

Anonimowy pisze...

No tak, ale nadal sa jednak ludzie, ktorzy mimo, ze uzywaja cyfry robia wystawy, sprzedaja zdjecia, publikuja... i sa odcienci od tych onanistow, o ktorych tutaj mowa.

Ci onanisci sprzetowi to inna grupa ludzi, przewazajaca to fakt, ale godnych uwagi autorow jest nadal dostatecznie duzo, zeby sie wyodrebnic na tle tej szarej masy, ktora w mojej opinii nic nie znaczy, ani niczemu nieszkodzi, bo oni i tak sa z dala od calej tej typowej brazy fotograficznej, o ktorej nie maja pojecia.

Inna sprawa, to ilu my tak naprawde mamy fotografow starego i mlodego pokolenia, bez podzialu na technike ktorej uzywaja, ktorzy sa w stanie sie zapisac swoimi zdjeciami w umyslach tych fotoamatorow?

Popatrz chociazby na wszystkich 'dziadkow' ze ZPAFu, uzywaja tych klasycznych technik, ale w wiekszosci, to straszne formalnie i ciezkie pod wzgledem tresci, a czasami wg mnie poza ideologia to nic w tym nie ma (oczywiscie sa wyjatki, ale nieliczne).

pzdr
M.