piątek, 31 lipca 2009

Malemana... złe sesje wykończą


Nie wiem czy sięgacie po to pismo, które tworzy Oli Janiak - pierwszy playboy polskich plaż :) Ja sięgam. Znam trzy numery, bo pozostałe dwa jakoś ominąłem fotograficznie. W każdym z nich była jedna główna sesja. Pierwsza była z Małaszyńskim.

Krew i farba ciekła mu z warg, oczu, oczu i nie wiem skąd jeszcze. Redaktor naczelny orzekł, że właśnie w kierunku takich świetnych i nietypowych (!?) sesji będzie szło pismo.
Już się bałem. Potem ominąłem dwa numery, bo ciekawych zdjęć nie znalazłem wcale i czwarty numer przygniótł mnie sesją z Lindą w lesie.


O mój boże! Nie wiem kto to robił, ale widziałem gdzieś na sieci nawet backstage z tego cuda. Naprawdę trzeba mocno nie lubić pracodawcy, aby tak zepsuć sesję z w sumie dość oryginalnym i wyrazistym modelem, jakim jest Linda.

Pomyślałem wtedy, że to pismo nie ma szans. Że poza biedotą tekstową i brakiem jakiejkolwiek spójnej wizji takiego pisma, ich wykończą kolejne sesje w tym stylu. Dzisiaj zobaczyłem piąty numer z Borucem.


Słyszałem, że sesję robił Wolański więc zupełnie spokojnie oczekiwałem wyważonych, dobrych po prostu zdjęć. Okładka już mnie z lekka przeraziła. Fotoszopowe wyjaranie ryja nie w stylu Wolańskiego.

Otwieram środek.
Odkładam.
Łzy w oczach.
Przykro.
Nie wiem, co zrobili Wolańskiemu i kto go namówił na coś takiego, ale takiej masakry to ja dawno nie widziałem.
Bez pomysłu, bez polotu, bez wyczucia.
Zero!
Cyfrowy szum ma zastąpić pomysł i inwencję.
To pismo umarło dla mnie.



Dobre zdjęcia...


Każdego miesiąca staram się przejrzeć w Empiku wszystkie dostępne magazyny modowo-, kobieco-, męsko-, gejowsko-, lesbijsko-społeczne.

Taki zwyczaj sobie wypracowałem, a ponadto pozwala mi to choć w małym stopniu wodzić nosem za trendami w fotografii tego typu.

Nie ukrywam, że krajowe pisma omiatam. W 99% jest tam tandeta na poziomie pierwszego lepszego portalu komentarzowego. Jednak staram się śledzić nazwiska mi znane i patrzeć co się zmienia w nich.
Jakiś czas temu, Beata pojechała po Tyszce. Zresztą słusznie. Zdjęcia były słabe, aż plomby trzeszczały.
Nie ma to jednak, jak mocna kontra, która uspokoi miłośników twórczości Marcina. Zapraszam Was do ostatniej Pani, gdzie jest jego sesja modowa zrobiona na wydziale rzeźby chyba.
No smaczek niezły, ja lubię takie foty. Sam robiłem kiedyś zdjęcia na gdańskim wydziale rzeźbiarskim i światło jakie tam panuje z połączeniu z tym wszędobylskim pyłem gipsowym daje efekt niespotykany.
Tutaj jest sesja, ale warto zobaczyć to na papierze.

Kawał rzetelnej, dobrej i po prostu pięknej wizualnie roboty fotograficznej!



fot.: Marcin Tyszka (źródło: Magazyn PANI)



dodano:
Dobra, zdjąłem moje foty, bo pomimo jasnego komunikatu ode mnie, nie możecie oprzeć się manii nadinterpretacji tego, co pisze :) Zostawiam wzorcowe foty :)





czwartek, 30 lipca 2009

Ambasador vs. iczek


Wow... :)

Pamiętacie Pana Ambasadora Marki...? Pisałem o Nim tutaj i tutaj.

Tym razem toczę ciekawą dyskusję na kanwie ostatniego materiału, którym zachwycił się redaktor ŚwiataObrazu.
Jak podoba Wam się ten materiał?
Jestem naprawdę ciekaw Waszej opinii. Czy to jest fotografia (tak nazywa to autor tego wpisu) i czym się to różni od grafiki komputerowej i renderowania rzeczywistości?

Czy jest sens dyskutować nad dziełem "artystycznym"? Ambasador zdecydowanie określa to jako przedsięwzięcie artystyczne.
Czy po prostu znowu się czepiam?





Tam warto... Paweł Kosicki, "Studio 66"


Kontynuuję moje fascynację ludźmi z pasją i jednocześnie będącymi doskonałymi rzemieślnikami w swoich fachu.

Po dłuższym czasie od otrzymania prac Pawła i porównaniu ich z pracami znajomych, chciałbym z czystym sumieniem polecić Studio 66 jako miejsce, w którym warto i trzeba drukować zdjęcia na papierze barytowym z użyciem drukarek Epsona.

Ja nie jestem technikiem. Oszukałbym Was gdybym napisał, że po dotknięciu papieru wyczuwam opuszkami, że to jest Harman, Ilford czy Hahnemule... Tak nie jest.
Nie umiem wywęszyć nosem, że tusz to jest Ultrachrome K3 czy inne ustrojstwo z jeszcze większą ilością oznaczeń. Tak nie jest.


Ale jest tak, że jak zobaczę wydruk, który działa na moje zmysły i pasuje do mojej wizji mojego własnego zdjęcia, to uśmiech rozwala mi twarz od ucha do ucha.
Dokładnie tak jest w wypadku druków u Pawła.

Zrobiłem u niego moje najlepsze zdjęcia. Moje Polaroidy 55. I te wydruki naprawdę zwalają mnie z nóg. Dodatkowo wyczuwam w nich prawdziwą pielęgnację ręką Pawła. Lubię jak dzwoni i dopytuje się o co mi chodzi, na co ma położyć nacisk czy dobrze kombinuje. Dbałość o klienta i dbałość o własne dobre imię. To rzadkość coraz większa. Wydruki Pawła to mają.

Na koniec jeszcze jedno. Taki crême de la crême...
Otóż Paweł jest... fotografem!
I to dobrym fotografem.
Bardzo dobrym. Zresztą na stronie znajdziecie jego zdjęcia.

A to powoduje, że oddając mu swoje prace, wiem, że On wie, że ja wiem, że on rozumie co mu daję.
Dlatego nie ma dla mnie opcji...
Wydruki na barycie to Paweł Kosicki, Studio 66.
Warto!!





środa, 29 lipca 2009

Z życia wzięci...


Fotografowanie modeli czy modelek ma jedną zasadniczą wadę. O której zresztą czytelnicy tego bloga niezmiennie mi przypominają w kontekście tego, że fotografia potrafi kłamać, a taka, którą ja robię i lubię kłamie zwłaszcza.

Otóż tą wadą jest sztuczność, przybrana poza i gra, która odbywa się przed obiektywem. Zresztą sama nazwa - pozowanie - wyjaśnia wszystko.

Nie fotografuję bowiem scen prawdziwych, ale wymyślam je i potrzebuję do realizacji swoich celów modeli. Mają oni spełnić jedno zadanie. Mają zagrać w moim przedstawieniu. I tutaj przypomina mi się jedno zdanie z filmu o Newtonie, który ostatnio polecałem. Wybrzmiewa ona prawie na sam koniec filmu i stanowi niejako motto tego typu fotografii i podejścia do robienia zdjęć tego typu autorów: "Mnie nie interesuje życie moich modeli. Nie interesuje mnie ich opinia. Oni mi służą"
Podejście godne Mistrza powiedziałby Rudolf zapewne...

Ale po drugiej stronie jest inna fotografia. Taka, która też jest tworzona, też ma coś przekazać, ale opiera się na wydobyciu wnętrza z portretowanego. Pokazanie jego "prawdziwego ja". To klasyczny portret. Rzekłbym może nawet z angielska "Emotive Portrait". Taki wgryzający się w bohatera. To ciężka sztuka...

Jest jednak półśrodek.

Można fotografować ludzi z natury zapraszając ich do studia i nie wchodzić zbytni z butami w ich wnętrze. Ot poprosić ich aby siedli i po prostu byli. Patrzyli. To całkiem fajne jest.
To samo można zrobić na ulicy, ale nie z ukrycia. Wówczas gubi to sens. Model musi wiedzieć, ze robione jest mu zdjęcie, musi się zatrzymać , poświecić kulka sekund, minut. Wówczas w nim zachodzi zmiana. My musimy złapać ten moment, w którym grę zastąpi fragment tego człowieka.
Niektórzy nie grają, bo nie umieją. Inni silą się na wielkie miny. Przeczekajmy to. Nie zbawią nas 2 minuty więcej... zagadajmy. Zapewniam, że szybko przestaną "minować".

Teraz jest dobry okres do portretowania ludzi na ulicy. Często siedzą, nie mają co robić. Snują się. To jak zaproszenie. Przyjmijmy je. Zdobądźmy się na odwagę a'la Diane Arbus i szukajmy ludzi oryginalnych... Naciskajmy ich na zdjęcie. Warto!





©KUMAKA Studio, lipiec 2009
(współpraca: Dariusz Gdaniec, Beata Fryz)



poniedziałek, 27 lipca 2009

Przerost formy... kolodionowe oszustwo...


Najpierw myślałem, że to niemożliwe, że Miller pojechał z kamerą kolodionową do Afryki. Zobaczyłem bowiem jego fotkę z gościem z czaszkami. Potem byłem na spotkaniu z nim w Gdańsku i sam Miller wspominał o swojej fascynacji kolodionem.

Potem ktoś mi potwierdził, że tak było. Że te kolodiony robił jak pan Bóg przykazał.
Potem ktoś mi wyjaśnił, że Miller naświetlił jedynie szyby kolodionowe ze swoich filmów wcześniejszych i wywołał w technice kolodionu.

Potem, gdzieś Guma zadał fundamentalne pytanie - po jaką cholerę!?
Może nie tymi słowami, ale równie dosadnie.

I ja też się pytam. Po cholerę!?
A odpowiedzi, wyczerpującej mam wrażenie, udzieliła Basia Sokołowska w swoim felietonie dla Fotopolis.

Gorąco polecam, bo cała sprawa jest szersza niż Krzysztof Miller. Dotyczy generalnie formy i tego jak łatwo popaść w bezsens takich działań.
Zresztą Basia ujęła to idealnie.


sobota, 25 lipca 2009

Dzisiaj (sobota) Helmut Newton na Planete!!


Lektura obowiązkowa niejako.
Więc tylko informuje, ze dzisiaj (sobota, 25 lipca) o
godz. 20:45 na kanale Planete jest film "Helmut Newton. Mistrz aktu".

Naprawdę warto!



piątek, 24 lipca 2009

Wy nie wiecie, a ja wiem...?


...jak rozmawiać trzeba z... fotografem!?


Właśnie. Ciekawy temat.
Kanwą do tego wpisu jest rozmowa z Rafałem Milachem, która ukazała się w ŚwiatObrazu.
Z wielką atencją przyłożyłem się do przeczytania tej rozmowy. Nawet kilka razy ją przeczytałem. Szukałem mianownika dla całości. Starałem się dostrzec zamysł rozmowy, prowadzone wątki próbowałem ułożyć w jakąś logiczną całość. Wyłuskiwałem informacji, które pozwoliłyby mi poznać Rafała, ale przede wszystkim poznać człowieka fotografa.

I...

I muszę stwierdzić po raz kolejny, że dziennikarstwo, a wywiad zwłaszcza jest sztuką bardzo trudną i niewiele osób w naszym kraju jeszcze potrafi i rozumie czemu służy wywiad z człowiekiem.
Ta rozmowa nie może nawet pretendować do rangi wywiadu. To nawet nie jest do końca rozmowa, bo zawiera w sobie tylko jedną zasadniczą cechę elementarną: są tam dwie osoby. Cała reszta, w ujęciu czysto dziennikarskim, estetycznym i inteligenckim - to jakaś marna, szkolna wprawka.
Naprawdę jest mi przykro, bo Rafała cenię nad wyraz wśród polskich reportażystów-dokumentalistów. Myślałem, że dowiem się czegoś o nim. O człowieku, a nie przeczytam kolejne ble, ble o aparacie jakiego używa, o tym czy cyfra go wciąga czy o tym, że daje zdjęcia na konkursy. Zwłaszcza, że wiemy, że daje, bo stąd go znamy.
Ech...

Kiedyś istniała taka złota zasada wśród dżentelmenów: "o sprawach oczywistych nie rozmawiamy". Nie muszę rozmawiać o robieniu siku i informować całego świata, że idę do toalety.
Nie muszę rozmawiać o tym, że Sienkiewicz posługiwał się składnią łacińską pisząc Trylogię.
To się po prostu wie i gadać o tym, to jak opisywać konia.

Jak więc rozmawiać z fotografem?
Czego chcemy się dowiedzieć o np.: Piotrze Lindbergh'u?
Ja akurat szukam zupełnie czegoś innego niż podano mi w przytoczonej rozmowie.
Żal.
Zdolny człowiek widzi mi się straszliwie banalnie, prymitywnie wręcz. Wcale nie ze swojej winy.
Ot, odpowiadał na pytania.

Do tego dochodzi fakt, że Internet nie ogranicza ilościowo materiału, jak w wypadku prasy drukowanej. Na czym więc oszczędzać robiąc taki wywiad?
A może autor nie miał lub nie umiał o nic zapytać..?

Naprawdę mi szkoda..



środa, 22 lipca 2009

Mucha...


Znacie te wytłumaczenie dlaczego mucha zawsze zdąży uciec przed naszą ręką (no prawie zawsze)!?
Otóż jedna teoria mówi, że mucha rejestruje obraz z większa częstotliwością niż człowiek. O ile człowiek obraz ciągły rejestruje mniej więcej przy wartości 25kl/s (wówczas nasz mózg interpretuje obraz jako ciągły), o tyle mucha ma te wartość wyższa i stąd jest w stanie widzieć niejako w zwolnionym tempie nasze ruchy.

Czy to prawda? Nie wiem - może trzeba spytać Niesiołowskiego... :)

Inna wersja (chyba bardziej logiczna) wskazuje jednak na inny aspekt szybkości muchy. Otóż mucha widzi w 4-wymiarze, który jest dla człowieka nieosiągalny, a poza tym jej oko (komórka jedna) jest sześciokątne.

W każdym razie oglądając galerię niektórych fotografów mam wrażenie, że są lub widzą jak muchy. I potrafią to zatrzymać w kadrze.
Potrafią w jakby zatrzymać decydujący zwolniony moment. Jak mucha widzą wolniej i przewidują. Potrafią uciec przez sztampą, jak mucha ucieka przed nasza nieudolna ręką. Czas płynie dla nich wolniej, a to pozwala im dostrzec więcej.
Zazdroszczę im.

Czy ta maszyna z filmu "Mucha" jest gdzieś dostępna...?
Żebym stał się taką fotograficzną muchą jak Kenneth Dickerman


fot.: Kenneth Dickerman



100 kroków do tyłu...


W odpowiedzi na jeden z komentarzy do posta "Złote Fotomyśli..." napisałem, że w odróżnieniu od przedmówcy uważam, że fotografia nie posunęła się przez cyfryzację o 100 lat do przodu, ale właśnie cofnęła się o 100 lat.

W wrodzoną sobie, jako płci pięknej, wrażliwością i złośliwością, Malwina de Brade załączyła w odpowiedzi kilka linków do zdjęć sprzed ok. 100 lat. Wytykając mi tym samym, że fotografia jednak trochę się posunęła do przodu w epoce cyfryzacji porównując obecne zdjęcia do tych stuletnich:





Hmm...
Ucieszyłem się niezmiernie i mam propozycję dla Malwiny i dla Was.
Wejdźcie na jakiś tam pierwszy lepszy portal typu plfoto czy Flickr.
Wybierzcie pierwszych 30 fotek z galerii. Przeglądnijcie je spokojnie.

Poniżej zamieszczam wnioski, jakie moim zdaniem płyną w stosunku do 95% tych wybranych fotek:
- ich jakość techniczna (prawidłowe naświetlenie, plastyka obrazu itp) jest żenująca słabsza od tych fotek podlinkowanych przez Malwinę;
- ich jakość estetyczna jest załamująca. To są nic nie warte i nie przemyślane pstryki bez ładu i składu. Bez pomysłu i bez chwili zastanowienia;
-
i najważniejsze !!!! one za sto lat nie będą nic znaczyły!!

Ba!
One nawet nie będą fizycznie istniały.
Niebyt.
Nicość.
Pustka.
Nie pozostanie po nich nawet jeden bit, jedna jedynka w kodzie.


Wiec cofnęliśmy się dzięki cyfryzacji czy posunęliśmy się do przodu?
Odpowiem...
Cofamy się z prędkością równą ilości nowych aparatów pojawiających się co roku.



wtorek, 21 lipca 2009

Marek Mazur publicznie... 24 lipca "Zejman"


Pisałem już tutaj o Marku Mazurze, gdańskim artyście tworzącym miniaturowe aparaty. Jeśli chcecie zobaczyć go na żywo - to zapraszam do "Tawerny Zejman" w Gdańsku na Wyspie Spichrzów (nawet nie wiedziałem, ze ten klub jeszcze działa!) na benefis Marka.

Poniżej skrót informacji o wydarzeniu:

"Marek Mazur - kompozytor, poeta, pieśniarz... a nade wszystko artysta - twórca niezwykle precyzyjnych miniaturowych artystycznych aparatów fotograficznych.
Człowiek renesansowy.
W piątkowy wieczór (24 lipca) zobaczymy jego lilipucie dzieła sztuki, posłuchamy jego ballad - Markowi towarzyszyć będzie Marcin Żurawiecki. Obejrzymy nastrojowy film Krzysztofa Kalukina o Marku - niezwykłej gdańskiej osobowości."
Zaprasza Bałtyckie Bractwo Żeglarzy i Michał Kochańczyk - podróżnik.
Start o godzinie 20:00.


Złote Fotomyśli...


Wersja negatywna:
Już wiem dlaczego tak nie lubię fotografii cyfrowej.

Wersja pozytywna:
Już wiem dlaczego tak lubię fotografię tradycyjną.

Oto zamierzam, co pewien czas cytować lub wymyślać takie sobie myśli krążące wokół fotografii mojej. Znaczy tej, którą ja cenię i staram się hodować.

Dzisiaj pierwsza myśl dotycząca tego, co w fotografii tradycyjnej pociąga mnie najbardziej. Przyznam, że ta myśl nie jest moja, ale pięknie określa to, czym jest dla mnie wyzwolenie migawki i etap tuż po nim. I kolejny etap oczekiwania. Ciemny, niejasny, niewiadomy.
Naświetlam kolejne negatywy i slajdy. Za każdym razem Nie wiem co wyjdzie. Nie wiem jak się postarałem. Po prostu stoję przed drzwiami ogrodu i czekam na otwarcie nakrętki koreksu, bo:

"Zawsze ulega się urokowi tajemnicy"

I to jest Złota Fotomyśl na dziś... :)


poniedziałek, 20 lipca 2009

Każdy robi swoje...


Pytają mnie czasami koledzy kiedy zacznę sam robić odbitki aby już tak naprawdę zanurzyć się w świat fotografii klasycznej. Ja mam jedną, stałą i niezmienną odpowiedź, cytat z Boya-Żeleńskiego.

"Każdy orze jak morze i gdzie może się pcha. Jedni do akcji W, a drudzy do akcji H.

Uważam, że w każdej dziedzinie sztuki obowiązuje pewien podział, który sprawia, że poszczególne etapy tworzenia i materiały są albo lepiej dopracowane albo gorzej.

Malarz nie robi sam farb dla siebie. Ram też nie wykrawa.
Rzeźbiarz nie produkuje sam masy, z której lepi swoje dzieła.
A fotograf czasami nie ma pojęcia czym różni się papier gradacyjny od stałego.

Dlatego właśnie powierzam swoje prace ludziom, którzy umiejąc zrobić odbitkę. Mają zaplecze, chemie, talent i poczucie estetyki mi zbliżone.
Uważam, że trzeba takim ludziom płacić i to słono za zdolności i dawać im tyle pracy, na ile nas tylko stać.
Niestety takich ludzi w Polsce jest mało, a znaleźć kogoś komu udaje się w obecnych czasach wyżyć z robienia odbitek na papierze fotograficznym, to już chyba niewykonalne w Polsce.
Tymczasem w krainach gdzie sztuka ma swa wartość i można żyć z fotografii artystycznej - można... i to dobrze :)

Znalazłem taką oto stronę i jest ich wiele więcej:



niedziela, 19 lipca 2009

Rzecz krótka o rzeczy długiej...


Ponieważ o rzeczach ważnych zazwyczaj rozprawia się długo i w skupieniu, z pewnością ten post powinien byc zaliczony do rzeczy błahych. Ale tak nie jest...
Czasami bowiem wystarczy jedno zgrabne zdanie, by przekazać miliony rozpraw i teorii.

Burza za oknem zaświeca mi co chwila w okno flashem, który trudno nazwać dopełniającym w tych ciemnościach i to jeszcze bardziej jakoś tak potęguje magię jaką jest... portret.
W każdej postaci.

Czym jest zdjęcie, w tym portret? Odpowiedzieć zdaje się nie można w jednym zdaniu, a jednak znalazłem taką definicję, która od dziś staje się mottem tego bloga. Brzmi ona:
"Zdjęcie jest chemicznym dowodem na to, że gdzieś w przeszłości obiekt ów znalazł się w świetle".

Czyż nie określa to relacji pomiędzy fotografem a fotografowanym?
Czyż można lepiej ująć całą złożoność, a jednocześnie prostotę fotografii?
Związek, chemia kontaktu między portretowanym, a fotografem jest tak prosta jak związki chemiczne wypłukujące się spomiędzy poszczególnych warstw emulsji światłoczułej na negatywie.


Przepis na dobry portret?
A proszę bardzo.
Oto przepis W.S. Haleya:
"...Oczy powinny być skierowane trochę w bok, ponad aparat, i spoglądać na jakiś obiekt, nigdy aparat [...] Osobę tęgą należy ustawić w pewnej odległości od aparatu, zwróconą do niego nieco bokiem, podczas gdy osoby szczupłe powinny usiąść całkiem na wprost aparatu [...] Ręce powinny leżeć swobodnie na kolanach ani za nisko, ani za wysoko, ewentualnie jedną rękę można położyć na stole, a druga powinna trzymać książkę lub inne przedmioty[...]..."

Proste. Jak konstrukcja cepa.
Ale to jedynie wymyślone zasady.
Czy warto ich słuchać? Dziś wydają się archaiczne do bólu. Nie przystają do rzeczywistości.
A może jednak coś w nich nadal tkwi?

Uwielbiam fotografować "po staremu". Nie żebym się równał do tych największych, jak Irving Penn, Bailey czy Snowdon.
Chodzi raczej o prostotę kadrów, które wówczas zadziwiały odwagą, a dziś "straszą" akademickim sznytem.
Oby się to uchowało.
Oby!





.

czwartek, 16 lipca 2009

Wakacyjne samograje...


Babuleńka siedziała oparta o ścianę z desek, która pamiętała chyba czasy I Wojny Światowej. U nóg jej krzątał się gąski, zbierające rzucane co chwilę przez babuleńkę resztki chleba.
Kogut miarowo wyrywał głowę ku górze, jakby chciał sprawdzić czy kury opodal skubiące ziarno nadal reagują na każdy jego ruch.
Lipcowe słońce niemiłosiernie smagało ten zakątek gospodarstwa swoimi promieniami. Nad wszystkim unosił się stęchły zapach obornika parującego w stodole.

Wystarczyło rozłożyć aparat. Pogadać chwilę. Nacisnąć spust migawki i byłaby koncertowa fotka rodzajowa. Taka, co to na konkursie zawsze gdzieś w czubie jest, bo to i sentymentalne i piękne i świadczy, że fotograf wrażliwy.

Ale coś odwodzi mnie od tego pomysłu. Przychodzi mi do głowy pokaz slajdów kolegi,który wrócił z Ameryki Południowej i pokazywał portrety tych wszystkich kolorowych babulinek. Tamte były jeszcze lepsze, bo mega kolorowe, nasycone ziarnami Velvii 50.
Samograje.

To jedno słowo dźwięczało mi w głowie. Nie dało się wykurzyć,a w upale jeszcze bardziej świdrowało mi mózg. Przysiadłem się. Pogadaliśmy. Znaczy ja gadałem, bo babulinka raczej małomówna była. Zdawkowe no, tak i aaaa tam miały zadowolić obcego przybysza, który nachalnie przerywa czynność powtarzaną zapewne przez 50 czy 60 lat.

Nie zrobiłem tego zdjęcia. Nie dlatego, że to już było. Ale dlatego, że to było łatwe.
Zbyt łatwe. Jakbym potrzebował większego wyzwania. Jakby obiekt nie zasłużył na moją kamerę. Jakby zdjęcie gotowego kadr było za małym wyzwaniem dla mnie.

Zadufanie?
Wywyższanie się?

Może. Oceniajcie sobie sami. Ja po prostu nie chciałem mieć gotowego dania na talerzu. Nie wyjąłem aparatu, bo poczułem się jak w Mc'Donalds. Gotowe, podane, nażryj się.

Wakacje sprzyjają takim kadrom. Takim gotowcom.
Te morza, te fale, te góry, te konie, te łąki, te miasteczka w Hiszpanii, te uliczki w Wenecji itd, itp.

Co więc robić w wakacje poza oklepanymi kadrami?
A może właśnie wakacje służą oklepanym klimatom.

Może...



sobota, 11 lipca 2009

Fotograf NN... Pierre Hebert


Naprawdę lubię portrety BW Piotra....
Na jego stronie z ciężką nawigacją trudno coś znaleźć, ale Flickr pomaga.
Pierre ma dar klimatu.
Bardzo mnie bierze taka fotografia. Tutaj więcej.




fot.: Pierre Hebert (x4)



piątek, 10 lipca 2009

Być jak....


Rzecz cała miała miejsce ładnych parę miesięcy temu, ale jakoś tak wyleciała mi z głowy.

Mail był banalny, krótki i treściwy.
-
Widziałam w sieci kilka Pana zdjęć. Szczególnie podobają mi się te, które załączam. Chciałabym z Panem popracować.... - itd.
Kilka zdań o sobie. Proste. Przeglądnąłem załączone zdjęcia i były naprawdę fajne. Proste takie. Schludne. Zadbane i dopracowane oświetlenie. Aż żal, że... nie moje.
Ale przypomniawszy sobie swoje młodzieńcze wpadki tego typu, chociażby tę, kiedy umówiony jako młody wilczek dziennikarz udałem się na spotkanie z jednym z doktorów habilitowanych, by przeprowadzić wywiad dla miesięcznika "Vivat academia" rozpocząłem od przypomnienia rozmówcy jego drogi zawodowo-naukowej. Doktor wysłuchał mnie, pokiwał głowa, że jestem tak świetnie przygotowany, po czym sięgnął po moje notatki i cmoknął:
- Ładny życiorys. Szkoda, że nie mój.

Tak więc przełknąłem ambicyjny zastrzyk, a że dziewczę miało coś w oczach fotograficznego więc why not!
Tło szare, stołek. Aparat na statywie. Dziewczę trochę wystraszone, ale coś zwiastuje zmianę atmosfery. Coś niepokojącego w jej głosie.
- A dlaczego Pani nie używa lamp?
- A czy to jest ważne dla Ciebie?
- No większość fotografów używa wielu lamp.
- No fakt...
Brak konkretnej odpowiedzi, która jakoś przekładałaby się na zrozumienie chyba jeszcze bardziej zaniepokoił dziewczę.
- A czemu wizażystka wyszła?
- Bo jej nie płacę i spieszyła się do klienta. Zrobiła swoje, nie potrzebujemy nic więcej.
- ...co mam robić?
- Nic. Siedź po prostu, muszę skadrować to jakoś i ustawić ostrość.
- Tak długo...?
- ...?
- Zazwyczaj w tym czasie inni fotografowie już oglądają fotki na laptopie.
- Nie mam dziś laptopa...
- No widzę...
- Możesz przez chwilę popatrzeć w obiektyw?
- Co mam zrobić z nogami?
- Nie będzie na tym zdjęciu Twoich nóg.
- Nie będzie...? To po co brałam te fajne szpilki?
- ...?
Czułem, że jest coraz gorzej. Na matówce wyglądało jakby dziewczę zaczynało się trząść.

- Już!
- No nareszcie zaczniemy...
- Już zrobione...
- ?? Co zrobione? Zdjęcie? Ależ ja nie zapozowałam wcale.
- To dobrze. Będzie naturalniej.
- Nie rozumiem...
- Nie szkodzi. Masz ładną twarz. Naturalnie się zachowywałaś. Jestem zadowolony.
To był przygnębiający widok. Brak zrozumienia, rozczarowanie i kompletna bezradność tego dziewczęcia aż bolała.

Dwa tygodnie później dostałem maila.
-
Dziękuję Panu. Inaczej sobie to wyobrażałam. Myślałam, że zrobi Pan takie zdjęcia, jak te Pańskie ostatnie, które znalazłem wczoraj (załączam). Ale te są też fajne. Tylko ta ramka mi się nie podoba i kolega mi usunął w takim programie Infranview...

Uśmiechnąłem się do siebie. Otwarte załączniki przeskakiwały po ekranie w pokazie slajdów. Zawsze lubiłem zdjęcia Grega Kadela....

Epoka post-fotoszopowa...


Wiecie dzięki komu i czemu fotografia przetrwa jedynie?
Dzięki streetowcom.

A czemu?
Bo oni najmniej są podatni na chęć "pozaustrojowego poprawiania fotografii".
Tak!

Dlaczego w nas istnieje chęć do poprawiania tego, co już zostało zarejestrowane? W jednym wypadku jest to tylko kolor oczu, w innym chmurki, ale w części poprawiamy zastana rzeczywistość dodając od siebie elementy świata.
Po cholerę?
Dlaczego?

Otóż niewątpliwie winni są tutaj twórcy programów graficznych. Oni ponoszą obecnie 100% odpowiedzialność za dostarczenie nam narzędzi do tych manipulacji. I nie piszcie mi tutaj tych farmazonów, że pod powiększalnikiem da się to zrobić!
Pod powiększalnikiem robił to jedn0milionowy ułamek społeczeństwa, które posiadało powiększalniki i łyknęło SPORĄ (!!!) dawkę wiedzy, by to umieć zrobić. A dzisiaj byle palant z aparatem ma PS i gmera w nim, jak nie przymierzając nastolatek w... kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy :)

A wiec mamy już winnych. Twórcy PS powinni do końca życia płacić za każde przerobione zdjęcie kary finansowe.
Ale nie zapłacą.
Zostawmy więc ten durny pomysł. Idźmy dalej.

Czemu tkwi w nas chęć poprawiania zastanej rzeczywistości?
Bo każdy chce być artysta, stwórca, bogiem jakimś lokalnym?
Bo ma w sobie estetykę, która podpowiada mu: "tak Adam, to drzewo powinno rosnąć gdzie indziej... trochę z lewej.. kliknij je, kliknij...".

Może i tak właśnie jest. Zamiast umiejętnie złapać chwilę zastaną i do perfekcji doprowadzić to, co natura, sytuacja, chwila daje, my już od razu na etapie kadrowania mamy za uszami sakramentalne: "to się wytnie"!
Nosz kurde balans! Tego nauczyli nas twórcy tych programów. Bezmyślności!

Jeśli stwierdzenie, że "fotografia to iluzja" nabierze zbyt silnego wydźwięku, to stracimy ją. Znaczy tę fotografię na zawsze!
A ja tego nie chcę.

Ja bym chciał fotografować iluzję, ale nie chcę by fotografia stała się iluzją!
To ważna różnica!
W pierwszym przypadku jestem iluzjonistą, w drugim iluzorycznym fotografem.
W pierwszym zmieniam rzeczywistość i pokazuje ja ludziom na zdjęciach, w drugim zmieniam zdjęcia!

Na ratunek więc spieszy nam jedynie street. Mam wrażenie, że wypracowana przez pokolenia następców Bressona, Winograda, Kertesza, Evansa czy Franka estetyka kadru i podanie go jest idealne w rozumieniu fotografii czystej formy.
Jak niezabrudzony alkohol i czyste heroina...
Nie ma tam miejsca na plastikowe unoszenie się obrazem. Nie ma miejsca na zbytnie epatowanie jakością.
Haniebne jest zmienianie kompozycji w PS.
To jedna z tych dziedzin, która kieruje się swoistym kodem uczciwości.
Oczywiście zawsze znajdą się barany, ale generalnie fotografowie street to wysoki poziom estetyczny, intelektualny i kompozycyjny fotografii.
Czyli to wszystko, czego nie ma w całym tym pieprzonym post-fotoszopowym świecie.

Tak, rozwój fotografii miał dwa etapy jedynie.
Do wynalezienia Photoshop i po nim.
Teraz żyjemy w czasach post-fotoszopowych. Zbliża się jednak apokalipsa. Jeźdźcy już nadciągają.


środa, 8 lipca 2009

12 groszy...


Kolega ma średni format. Jedynie 12 klatek!
Znacie ten motyw...

- Pokaż te zdjęcia, co robiłeś w zeszłym miesiącu...?

- Eee nie, nie mam ich. Nie skończyłem jeszcze rolki. Zostało mi 11 klatek.

Trochę mi to przypomina..
- Kochanie, chodź no tutaj...
- Eee nie, głowa mnie dziś boli.

No to ja mam wielką przewagę na tymi średnioformatowcami, bo ja robię jedną klatkę i ona jest gotowa do oglądnięcia zaraz po wywołaniu:)
Ale nie zmienia to faktu, że jest coś w fotografach, co każe im się strasznie krygować. Wymyślać coraz to nowe powody, aby tylko nie pokazać swoich zdjęć lub po prostu by być proszonymi o ich pokazanie pół wieczoru...
Jąłem się tedy zastanawiać czy to cecha pozytywna czy tylko jakiś pseudo-artystyczny wybieg mający zaciekawić odbiorcę jeszcze bardziej, by z wywieszonym ozorem czekał, aż Pan Fotograf łaskawie otworzy teczkę lub włączy laptopa.
Takie trochę dziecinne ukrywanie się na GG - status Niedostępny, ale opis być musi :)

Lubimy pokazywać zdjęcia, czego dowodzą statystyki wszystkich tych galerii internetowych. Ba! My lubimy je robić coraz bardziej. Ale pewna grupa z nas naprawdę tego nie lubi bądź udaje.

Kolega zlikwidował swój profil na plfoto. Dobre zdjęcia. Zniknął.

- Miałem dość... - otrzymałem odpowiedź na mailowe pytanie dlaczego.

Dość czego?
Pozytywnych komentarzy, które wylewały się pod każdym jego nowym postem?!
Dość banalnego: super, czad, kosmos, szacuneczek, mistrzu...?!

W sumie komu ta grupa chce pokazywać te zdjęcia? Rodzinie!? Nie - to banalne.
Trzymać w szufladzie? Nie - do tej pory tego nie robili?
Chcą być proszeni? Kto wie...

A może...
A może...

Zaczęli szanować swoja pracę?

Co robi programista, który napiszę świetny program? Ukrywa go i patentuje ewentualnie. Strzeże go. By nie odsłonić się za szybko. Szyfruje dane.

Może jest więc jakaś metoda w tym "ukrywaniu się" ze swoimi zdjęciami?
W cedzeniu tego, co robimy.
W nieepatowaniu każdym płodem, który powstaje najpierw w głowie, potem na srebrze (no dobra na matrycy)?
Może kolega z nienaświetlonymi 11 klatkami szanuje je po prostu i szanuje to jedno zrobione zdjęcie...

Fotografie!
"Nie pleć, co Ci ślina na srebro przyniesie"

Takie moje małe 12 groszy...


skimboarder - Jelitkowo, lato 2009


wtorek, 7 lipca 2009

Coco Chanel...prawdziwy kanał


Czekałem. Wyczekiwałem. Z dwóch powodów.
Pierwszym naturalnie Audrey Tautou, drugim Karl Lagerfeld i stroje do filmu.

Kombinowałem tak: skoro twórcy filmu mają z jednej strony niebanalną historię, życiorys naprawdę ciekawy, z drugiej zaś zaplecze kilkudziesięciu krawcowych pilnowanych przez Wielkiego Karla, to mają samograja. Takiego na kształt pozującego za 5 dolarów Indianina z ameryki Południowej.
Tylko opakować to i sukces murowany.

Wysiedziałem ledwo.
Z więcej niż dwóch powodów.

Zasadniczymi powodami były kwestie produkcyjne. Ten film został zmasakrowany dyletanctwem produkcyjnym.
Montaż jest żałosny! Naprawdę dawno nie widziałem tak źle, bez sensu i bez pomysłu zmontowanego filmu.
Scenariusz jest prymitywny! Ja rozumiem wszystko, że ciuchy miały tam grać, ale do jasnej ciasnej przecież to ma być film, a nie pokaz mody. Scenariusz przypomina rozmowę idiotów i debili. Jest ciężki, nachalny i przeszkadzający. Jedyna zaleta to brzmienie języka francuskiego.

Robienie debila z widza przelało czarę goryczy. Jeśli w scenie główna bohaterka jest informowana, że jej kochanek zginął w wypadku samochodowym , po czym reżyser poświęca kolejne 3 minuty na nową scenę, w której bohaterka jedzie zobaczyć wrak samochodu, to ja czuję się jak idiota!

Podsumowując: odradzam Wam pójście na ten film. Dłużyzny, amatorka produkcyjna i żałosne, nieumiejętne pokazywania ciuchów.
Wydawałoby się, że skoro mamy pokazać materiały, szycie, nożyczki, to wystarczy operować pięknie kontrą i światłem z okna... nawet z tym operator miał kłopoty.
Szkoda Audrey i szkoda historii...


Smuta Panie... Rolleiflex is closed...


Nieciekawych postów ciąg dalszy. Dzisiaj oficjalnie zakończyła swój żywot marka Rolleiflex.. :(
Firma zwolniła całą załogę i zaprzestała produkcji aparatów.

Czuje się osobiście dotknięty... :(
Miałem Rolleiflexa 6008 Integral. Nie była to wprawdzie sztandarowa produkcja firmy, za którą uchodziły kamery dwuobiektywowe, ale krok w nowoczesność wykonany wiele lat temu. Ta nowoczesność była cudownie upierdliwa, ale mój aparat miał w sobie wszystko.

Niestety, kolejnego kroku w nowoczesność, firma Franke&Heidecke już nie zrobi. Tym razem z mechaniką po raz kolejny wygrała elektronika i krzem.
Ostatnim produktem firmy stał się więc Rolleiflex Gold Edition, który zwieńczył niejako dzieło w myśl rzymskiej zasady:
quidquid agis prudenter agas et respice finem (cokolwiek czynisz, czyń dobrze i patrz końca).

Ktoś, kto nie doświadczył pracy aparatem dwuobiektywowy, a zarazem nie miał okazji popatrzeć na kadr z góry, włożyć głowę w kominek - nie ma szans zrozumieć tego fenomenu.
No po prostu nie ma!



poniedziałek, 6 lipca 2009

"Ludzie giną..."


Na kanwie wydania przez LIFE albumu "100 fotografii, które zmieniły Świat" i tego co tam znajduje w przerażającej większości - przychodzi mi do głowy tylko jeden wiersz/piosenka. Słowa napisał Josif Brodski, a przełożył Stanisław Barańczak.
I to chyba wszystko w temacie tego, co się z ludźmi porobiło.


"Piosenka o Bośni"

W chwili, gdy strzepujesz pyłek,
jesz posiłek, sadzasz tyłek
na kanapie, łykasz wino-
ludzie giną.

W miastach o dziwacznych nazwach
grad ołowiu, grzmot żelaza:
nieświadomi, co ich winą,
ludzie giną.

W wioskach, których nie wyśledzi
wzrok- bez krzyku, bez spowiedzi,
bez żegnania się z rodziną
ludzie giną.

Ludzie giną, gdy do urny
wrzucasz głos na nowych durni
z ich nie nową już doktryną:
"Nie tu giną".

W stronach zbyt dalekich, by nas
przejąć mógł czyjś bólu grymas,
gdzie strach lecieć cherubinom-
ludzie giną.

Wbrew posągom i muzeom-
jako opał służy dziejom
przez stulecia po Kainie
ten, kto ginie.

W chwili, kiedy mecz oglądasz,
czytasz, co wykazał sondaż,
bawisz dziecko śmieszną miną-
ludzie giną.

Czas dzielący ludzkie byty
na zabójców i zabitych
zmieści cię w rubryce szerszej
tak, w tej pierwszej.






Magazyn LIFE "100 Photographs that Changed the World"



sobota, 4 lipca 2009

Co potrafią starocie... Jim Galli


Jestem jakoś tak na etapie mosiężnych szkieł i bardzo, bardzo starych aparatów.
I tak przeszukując sieć oczywiście w Stanach znajduję maniaków, którzy słowa pasja odmieniają przez wszystkie kolory tęczy :)

Oto jeden z nich- Jim Galli - i jeśli znajdziecie czas polecam Wam przeglądnięcie tego, co ten człowiek robi 100-letnimi szkłami i aparatami wielkoformatowymi...
Czy jakaś współczesna maszynka za parę tysi potrafi zrobić takie zdjęcie..?:) Ta tonalność... uch!
Tutaj szczegóły wykonania tych poniższych fot.




fot.: Jim Galli


piątek, 3 lipca 2009

Mój Drogi Piotrze...


...z dużym zdziwieniem, ale i zaciekawieniem przeczytałam Twój wpis na blogu w formie listu do mnie. Dziękuje Ci za zainteresowanie moją osobą i za ten tak bardzo osobisty wpis.
Żałuje, że tak krótki.

Pozwolisz jednak, Drogi Piotrze, że odniosę się w kilku zdaniach do tego, co mam nadzieję, dobrze odczytałam za pomocą mojej tłumaczki.

Przywołujesz tutaj stronę, na której umieszczono niejako "moje życie" w formie katalogów i zdjęć. Fakt... na tej podstawie można coś powiedzieć o człowieku, ale można też i go zranić.

Całe moje działanie na polu (nie wiem czy angielskie 'area' znajduje swój odpowiednik w jęz. polskim!?) fotografii sprowadzało się do jednej rzeczy. Ja miałam możliwość i szczęście (tak to ważne), że tworzyłam zawsze to, co sama chciałam.
Talent, w wypadku showbiznesu, jest jednak często rzeczą wtórną. Jeśli zgra się te dwie rzeczy - talent i szczęście - to czasami udaje się zostać kimś.

Drogi Piotrze,
Próbuje Ci powiedzieć, że talent też się zmienia wraz z epoką. Czasy się zmieniają i ja się zmieniałam wraz z nimi. Zmieniał się świat artystyczny i zmieniali się aktorzy tam grający. Ja goniłam za nimi. Uczyłam się i zdobywałam zaufania widza. Starałam się zawsze sprostać oczekiwaniom odbiorcy. Często odbiorcami (tymi pierwszymi) byli zleceniodawcy i często musiałam dać im to, czego oczekiwali. Ale zawsze czuwałam, by nie było to coś sprzecznego ze mną.
Czy mi się to udało..?
Nie mnie oceniać.

Piotrze, nie wiem czy uklękniesz jeszcze kiedyś przed moim zdjęciem, ale ja nadal będę pracowała tak jak czuję i ilość zer na moim koncie ma na to tylko pewien wpływ. Zresztą sam pisałeś jak widzę, że mam kłopoty finansowe więc sam wiesz jak to jest... :) Raz na wozie, raz pod wozem - tak mówi ponoć Wasze przysłowie. Całkiem dobre! U nas chyba by to było: Fortune is fickle!

Co do Leonardo... wiesz... o jest taki słodki...:)


Pozdrawiam Cię serdecznie i wszystkich czytających!
- Annie


PS
Ja tez bardzo lubię zdjęcie z Magic Johnsonem - cieszę się, że je wybrałeś...


czwartek, 2 lipca 2009

Moja Droga Annie...


... piszę do Ciebie, bo znalazłem ciekawą stronę, na której można cudownie prześledzić Twoją twórczość.
To jak zaczynałaś, kim byłaś i kim się stałaś.
Jak rozwijała się twoja kariera, jak szlachetniało Ci oko.
Jak kłamałaś cudnie swoimi kadrami i jak rozkopywałaś kołdrę kłamstwa pokazując nagą prawdę o fotografowanych.

Moja Droga Annie...
Nie wiem czemu tak jest, ale zawsze wolimy to, czego już nie ma lub co było kiedyś. Ja także po gruntownym przeglądnięciu tych zdjęć odczuwam jakaś niewyraźnie określoną tęsknotę do Twoich prac z lat 70 i 80. A nawet początku 90.
Te proste portrety z okładek Rolling są niesamowite.
Czyste. Schludne i bez pomponady, która zaczęła Ci towarzyszyć wraz z coraz większą liczbą zer na rachunku.

Annie...
Wiem, że czasu się nie da wrócić. Wiem, że Lavazza płaci lepiej niż jakiś tam magazyn muzyczny. Wiem, że łatwiej zrobić fotkę DiCaprio niż nieznanemu człowiekowi. Ale mam prośbę... zrób jeszcze taką fotkę żebym ukląkł.

Trzymaj się Annie!

Steven Tyler, Aerosmith, 1976

.fSusan Sontag, Long Island, 1988


William Wegman & Fay Ray, 1998


Magic Johnson, Los Angeles, 1989

.

Feszynowa prawda...


Taka mała kontynuacja na kanwie faktu, że Marcin Tyszka ruszył ze swoją nową strona autorską.
Chyba jednak warto to przejrzeć...
Myślę, że niewielu w Polsce jest w stanie Go dogonić. Zresztą nawet nie gonią. Marcin dla mnie prezentuje powoli wymierającą kategorię fotografów mody. Jakość, szczegół, plastykowość i sztuczne nadęcie jest tutaj na najwyższym poziomie.
Ja uwielbiam taki rodzaj fashion. Jest tutaj jakiś szlachetny sznyt!

Polecam.

www.marcintyszka.com


Reporterska "prawda"...


Pamiętacie te lalki poukładane na rumowiskach, te rakiety pikslowane w PS i dorabiane dymy...
Dla wielu była to już granica bezczelności fotograficznej....
Ale okazuje się, że można pójść dalej :)


Jarek podrzucił mi niezłego newsa.
Oto na swoim blogu, Chase Jarvis opisuje, jak dwaj studenci (Guillaume Chauvin i Remi Huberr) wygrali dość popularny i prestiżowy konkurs Photoreportage Etudiant zdobywając Grand Prix za materiał o życiu studentów.

W trakcie gali wręczania nagród, obaj twórcy przyznali się całkiem spokojnie, że cały reportaż został zagrany pod potrzeby projektu. Czyli jest to jeden wielki fake i z reportażem nie ma nic wspólnego :). Oczywiście jako studenci sztuki znaleźli piękne wyjaśnienia swojego działania i sprowadzili to do unaocznienia kodów, którymi posługujemy się w fotografii by pokazać jakiś określony kontekst.

Temat jest szeroki, ale tak sobie szybko pomyślałem, czym ich prowokacja/oszustwo różni się od takiego zdjęcia, które słynny fotograf robi parę godzin czekając aż ktoś przejedzie mu na rowerze ?:)
Albo skoczy przez kałużę?:)
No czym?:)

Czyż to też nie jest fake zaaranżowany jedynie bez świadomego udziału modela...?
Nieźle, nieźle... :)