wtorek, 30 czerwca 2009

Dwa ślubne światy...


Ponieważ sezon na sakramentalne "Yes, I do" trwa w najlepsze, to sobie tak spojrzałem na rynek ponownie i odkryłem, że w kwestiach stylistyki fotografia ślubna podzieliła się na dwa nurty...

Przykładami będą dwie świetne moim zdaniem strony dwóch firm z Gdańska.
Spójrzcie na te strony i zastanówcie się czy macie te same odczucia, co ja.


Pierwszy nurt świetnie ilustrują zdjęcia Black&White z Gdańska.


Kiedy patrzę na te zdjęcia to zaczynam być nerwowy. Prawie namacalnie odczuwam dramat tego dnia. Dramat organizacyjny, pośpiech, patrzenie na zegarek, wiązanie butów - wszystko szybko, z niepokojem.
Wszystko jest krzykliwe i wyzywające. Sesje plenerowe są wariackie (niby fajnie), ale nerwowe. Jakby mnie ktoś ściskał za rękę gwałtownie i szarpał.
I ten szeroki kąt, te banany po rogach, które nie wiedzieć czemu weszły do codziennego użytku i już nikogo (!?) nie razi, że ciocia ma z twarzy półksiężyc.. :( (pierwsze zdjęcie w części 'Ceremony'!)

Ekipa B&W osiągnęła jednak doskonałość w swoim nurcie. Idealność tego typu fotografii i stylistyki. Naprawdę niewiele konkurencji w Polsce znajduję. Ale oczywiście nie każdy musi to lubić. Ja doceniam ich warsztat i to, co stworzyli, ale ja takich zdjęć bym nie chciał.
Statystyki jednak mówią co innego - taka fotografia ślubna jest najlepiej płatna i najbardziej poszukiwana.
Młodzi mają wrażenie, że jest szał, hi hip hurra i w ogóle pełen spontan! I wiedzą za co płacą.
Ten nurt nazwałbym: "bananowy krzyk koloru".



Drugi biegun stanowią dla mnie zdjęcia Adama Kasprzaka z Gdańska.Czy Wy też macie wrażenie spokoju, powolności i niegonienia w tych ujęciach?
Jego sesje są spokojne, płyną, jakby Adam zupełnie nie poddawał się tej pogodni jednego dnia. Cierpliwie robił swoje i układał to jakoś sensownie. Bez wydzierania się kadrami, bez wrzasku kolorem.
Pomimo, że robi dokładnie to samo co 99% pozostałych fotografów, to coś w tym jest innego. Wyważonego.
Pierwsze zdjęcie w części 'Ślub' - jakże inaczej i zgrabnie podany moment, który łapią wszyscy inni! Zdjęcie czwarte tej samej serii to po prostu majstersztyk wyczucia i obróbki... Ślicznie. Esencja spokoju i treści. Bez wjeżdżania 15mm w oko modela.
Naprawdę, gdybym musiał (ale nie muszę i nie chcę) zamówić fotografa na ślub, to wolałbym jednak te drugą stylistykę. Bardziej osobistą niejako. Osobistą fotografem, nie ilością odwiedzonych zrujnowanych kibli i starych fabryk.

Może Adam trafia w jakąś niszę, w tym zalewie krzykliwych fot w pierwszej stylistyce.


Reasumując... cieszy mnie galop z jakim fotografia ślubna trafiła pod strzechy.
Przeraża mnie takosamość i tym bardziej doceniam ambitne produkcje, może nie zawsze robione szkłem 15mm.




Czysty jak łzy...


Kartka z kalendarza uparcie pokazywała, że wczoraj było jakieś święto...
W papierowej torbie na podłodze, tuż pod nogami, czerwona okładka...

Camera Work, tytuł znany każdemu kto choć trochę polubił z fotografią chodzić za rękę...

I ten krótki wstęp...
fotografia nie jest po to, by pokazywać rzeczywistość. To Widzi każdy. Fotografia służy stwarzaniu rzeczywistości oczami fotografa... Na jego modłę.. Pięknie...

Przemieszczenie się w bajkowy świat grawiur i rozświetlanych ceni naprawdę potrafi sprawić przyjemność. Estetyzacja. To jakieś cudaczne słowo oddaje chyba w pełni piktorialne podejście do fotografii. Coś nierealnego, sztucznie rozdmuchanego. Ale jak pięknego.

Stieglitz to coś wartego oglądania. I niech sobie marudzą ci, którzy doszukują się jakiejś treści w fotografii. E tam... Forma ma swój piękny sznyt.

Chyba pójdę w totalny formalizm.
Chrzanić treść i te wszystkie prawdy, które niby chcemy wycisnąć z naszych fotek, portretów.
Portret formalny.
Ot - walnięte pomysły fotografa.
Zero treści.
Bierze mnie to!

A poza tym, zgodnie z zasadą Stieglitza - to ja, autor, mam narzucać to, co ma myśleć widz. Nie wolno pozostawić mu zbyt szerokiej przestrzeni na interpretacje.
To dobre jest!




Alfred Stieglitz (x4)


poniedziałek, 29 czerwca 2009

Nowoczesne i ja?! "Godziny, minuty, teraz..." Rogali


No właśnie.
Mój kolega przestał słuchać moich opinii na temat współczesnej sztuki wizualno-obrazowo-fotograficznej (masło maślane) stwierdziwszy, że jestem dyletantem i po prostu nie znam się na sztuce.
Ponieważ tak kategoryczny sąd wywołał u mnie odruch niechęci, a zaraz zapiekł mnie bardzo więc zapanowały między nami ciche dni.

Drugie "ponieważ" tyczy się faktu, że zwrot "nie znasz się" nie jest dla mnie argumentem w jakiejkolwiek rozmowie i generalnie gdy padnie w moim kierunku, to ja przerywam dyskusję i zaczynam mówić o ... pogodzie albo lepiej o seksie, bo na tym ponoć każdy się zna :) A nie! Sorry! To na polityce każdy się zna!
A wiec zaczynam w takich sytuacjach mówić o polityce.

Jednak słowa mojego kolegi musiały utkwić gdzieś głęboko między moimi konserwatywnymi zwojami mózgu, bo oto coś mi się spodobało i chyba to coś można zaliczyć do sztuki współczesnej.

Poszedłem ja tedy na wystawę Grzegorz Rogali w Gdańskiej Galerii Fotografii (Godziny, minuty, teraz..."). Jak zwykle w tej galerii nikogo nie było, bo tam po prostu NIGDY NIKOGO NIE MA!? :(
Zdumiewające, ale tak jest.
No cóż, ale skoro o wystawach nikt nie mówi, nikt nie pisze i nigdzie nie ma informacji od nich, to trudno by ktoś tam się chociaż zatrzymał (nie wspominam o plakatach).

Wiec wszedłem.

Tematem wystawy, jak czytam w streszczeniu, jest "przywołanie ludzkiego istnienia" oraz "problematyka obecności w powiązaniu z historią zapamiętaną, konstruowaną oraz przetwarzaną przez ludzki umysł".

No! :)
Czujecie klimat :)
Tak samo zareagowałem czytając coś w sieci. Ale postanowiłem się przekonać.

Wystawa dzieli się na dwie części. Są tam obrazy (zdjęcie to nie są z pewnością) trójwymiarowe oraz mała instalacja w postaci .... no właśnie.
I tutaj koło sterowe mojego statku zaczyna się kręcić mocno, bo moje nastawienie zaczyna skręcam mocno na lewą burtę. Robię zwrot przez sztag, potem odpadam i robię rufę. Obracam się o 180 stopni.

Bo... mi się podoba!
Tak!
Podoba mi się ta część wystawy. Pewnie dlatego, że jest prosta i podana jak krowie na polu.
Oto wisi przede mną płachta jak kotara, pocięta na pionowe pasy. Kotara jest zdjęciem wydrukowanym na siatce. Takich kotar jest kilka jedna za drugą i po bokach też.
Wchodzę więc w te kotary i obraz zaczyna tańczyć wokół mnie. "Wchodzę" w zdjęcie!
I mój mózg wariuje.

Totalnie zaburzony zmysł orientacji zaczyna płatać mi figle. Czuje, że kawałki kotary ocierają się o mnie pociętymi twarzami , ramionami, sylwetkami.
Gęsia skórka generalnie!

Niezły pomysł. Już chyba gdzieś to widziałem.

Szkoda jedynie, że na tak malutkiej przestrzeni udało się umieścić tak krótki "korytarz obcowania", bo tak to sobie nazwałem.
Niemniej... doświadczenie tego, o czym pisze autor jest naprawdę namacalne.
Polecam.

Trójwymiary są generalnie słabe. Może poza kilkoma, gdzie gra zakładanie kolejnych kadrów na siebie czyniąc ruch w kadrze.


Suma sumarum... wolę nadal fotografię, ale doceniam pomysłowość.

Chyba się starzeję... :(




piątek, 26 czerwca 2009

Cukier w cukrze...


Dobra..
Na blogu Beaty (Ćwiczenia z patrzenia) trwała ciekawa dyskusja w temacie obróbki i pomocy graficznej w zdjęciach reporterskich. To dość ważne, bo jak słusznie zauważył jeden z komentatorów, rozpatrywać powinniśmy ingerencje w zdjęcie (czy nazwiemy ją zabiegiem estetycznym, czy montażem) w kontekście jego rodzaju i jego definicji.

Fotografia reporterska ma nam pokazywać jakąś rzeczywistość, a nie ją kreować. Stąd wiele uwag do zabiegów graficznych, które w ostatnich latach stają się tak nagminne, że jury różnych konkursów przestało już prawie rozróżniać, czego zabraniają ich własne regulaminy, a co jest dozwolone.

Przykładem pod dyskusję było zdjęcie jednego z ulubieńców wszystkich jury wszelakich ostatnio konkursów w Polsce - Adama Lacha :)
Skądinąd, ja akurat w sumie lubię zdjęcia Adama, co nie zmienia faktu, że "jego styl fotograficzny" (jak wmawiają mi niektórzy) dla mnie jest jedynie graficznym przetworzeniem zdjęć.

Na stronie agencji NAPO (której istnienie jest zbawienna dla polskiego rynku, bo trzyma poziom nieosiągalny dla gazetowych pstrykaczy) jest kolejny materiał Adama i polecam się z nim zapoznać.

Czy jeśli użyję słów: "efekt HDR jest podstawowym narzędziem pracy Adama Lacha" to uznać będzie to można za kłamstwo?
Z tych zdjęć aż bije ciężka obróbka i dopasowywanie kolorów, kontrastów i cieni.
Winieta to już po prostu lepiej by zrobił gdyby sobie założył na szkło za mały lens-shade :)

Czy ten materiał broni się treścią, czy może jest to tylko zgrabnie (lub nie!) obrobiony taki tam kolejny reportażyk ze zrujnowanej sali gimnastycznej?

fot.: Adam Lach (źródło: NAPO Images)


Fotograf NN... Philippe Booch


No tak...
Prosto, bez maniery, konsekwentnie...
Czy od portrecisty można czegoś więcej wymagać?

Philippe Booch wie jak to się robi i robi mi to...:)




fot.: Philippe Blooch (x4)

*dedykuję Jackowi...:)


Fotograf NN... Frank Petronio


No jest coś w tych zdjęciach, co skusiło mnie aby ściągnąć portfolio w PDF i odpalić w trybie full screen i... popłynąłem.

Jakaś przedziwna mieszanka kiczu z naturalnością i prostotą. Ironia się wylewa - bajer!
Złapało mnie więc Wam polecam Franka Petronio i jego pomysł fotografowania amatorek.



fot.: Frank Petronio x3





czwartek, 25 czerwca 2009

Po prostu kolodionowy magic...!


Czyż to nie zwala z nóg...?! :):):):)




I ta reakcja ludzi...!
I ten format...!
"Masz to w cyfrze, masz to?!" - spytałby Pazura :)



Nieładna fotografia, zła fotografia ,....zła...!


Besztam fotografię , bo zasłużyła.

Ale nie bez powodu. Choć jak zwykle sama fotografia niewiele może popsuć, za to jej twórcy mogą. Oj mogą!

Zacznijmy tak...
Przykład nr 1

W dyskusji na temat formy prezentacji zdjęć w sieci, ktoś przywołał przykład blogów z fotografią, nazwijmy ją, codzienną.
Poszedłem tym tropem i przejrzałem klika takich blogów. I oto co widzę...
Właściciel bloga wstaje rano: robi fotę zaspanego ryja, na fotce nr dwa właściciel bloga robi fotkę jak myje zęby, fotka nr 3 to już wyższa szkoła jazdy, bo fotograf robi fotkę jajecznicy na patelni (opary pary i gaz się niebieszczy), dalej to konsekwencja dnia: pociąg, tramwaj, rower, cały czas fotki pokazują co robi właściciel...

Dobra... zmieniam bloga i idę do linków właściciela i przeskakuje na pierwszą pozycję...
Tutaj zaskoczenie... po znanej serii: ryj, kibel, kuchnia (tym razem grzanki z serem), autor postanawia wrócić (bo to kontynuacja z dwóch poprzednich lat) i tradycyjnie pokazać mi swojego kota.
Kot chodzi, siedzi, skacze, gryzie, sika(!), szczerzy się... to już jest 15 zdjęć kota.
I nadal właściciel bloga jest w domu.
Potem porywa się na wyłamanie i robi zdjęcie... swojego odbicia w wystawie sklepowej (czeka na autobus).
Dobra... mam pomału dość. Zwłaszcza tych żenujących jajecznic i grzanek. Czy ludzie nie dbają już o podanie żarcia samemu sobie i wszystko jedzą na stojąco i na starej gazecie. Jak psy!?
Jezus!

Ale ok...

Trzeci blog i znowu seria 35 fotografii jednego dnia... ten właściciel pokazuje jak się bawi z kolegami w domu, jest widok zeżartego tortu, popielniczka z kipami i pijany ryj dwójki schlanych kolegów.
Ambitnie tym razem, blogger robi nocne zdjęcie drących mordy kolegów przed blokiem na długim czasie.
Na koniec fota drzwi z karteczką - "Urodziny Micha!"

Dobra to był przykład.
A teraz o co mi chodzi.

Nie interesuje mnie fakt, że 80% ludzi to ekshibicjoniści i blogi służą im do pokazania ich świata. Niech se robią co chcą, Niech sikają przed kamerą i żrą bułki w kamerze Skype. Luzik. Ja tego nie oglądam i tak.

Mnie chodzi o to, że ta cholerna fotografia umożliwia im NIEWYOBRAŻANIE sobie czegokolwiek!
Tak!
Wszystko widzimy. Wszystko pokazujemy. A gdzie podziała się wyobraźnia!?

Przykład nr 2.
Jeszcze bardziej prymitywny.


- Ewa!? Słabo Cię słyszę. Ale nic, słuchaj, jaką ja mam w rękach bluzkę, No mówię Ci, jak ta z tego ostatniego Elle, co oglądałyśmy wczoraj. Taka na ramiączkach, zielone wstawki...ale co ja Ci będę gadać...
- ...
- Dostałaś? No... dokładnie, tutaj słabe światło jest, ale lampa błysnęła i u mnie na ekranie wyglądało ok. Może dlatego, że masz Samsunga...?! Ja Nokią robiłam.

Tak... oto świat stał się dla nas jednym wielkim zdjęciem.


A ja jestem rocznikiem (chyba jednym z ostatnich), którego wychował dźwięk!
Moja wyobraźnia dostała taką dawkę adrenaliny w postaci dźwięków, że mózg mi parował dzieckiem będąc.

Ja czytałem "Wyspę Skarbów "Stevensona i wyobrażałem sobie te sceny. Dzisiaj są dwie wersje tego filmu i dwa seriale.. i na poprawkę "Piraci z Karaibów"! Ja słuchałem bajek dźwiękowych na kasecie i wsłuchiwałem się w "Radio dzieciom" wieczorem w pustej kuchni.

Jak te dzieciaki mają budować swoją wyobraźnię?!
No jak do cholery!

Ludzie obrzucają nas fotografią jak (sorry) gównem. Pstrykają co podlezie i myślą, że oznajmiają światu swoją "wyjątkowość", bo żrą rano jajecznicę i mają kota co sika w kuwetę!? Dżizas!

Nie mam im za złe. Ja po prostu tego nie kumam i zły jestem na fotografię, że się tak rozwinęła. Że zawładnęła nami jak stadem baranów. Że umiar w stosowaniu zaniknął.

I szkoda mi pokolenia. Całej tej Generacji Obrazkowej, że będą mieli tak okaleczoną wyobraźnię.
Szkoda...

Zła fotografia, zła!



wtorek, 23 czerwca 2009

Kłamstwo kłamstwem pogania

.

Ben Curtis, AP

Sharif Karim, Reuters

Sharif Karim, Reuters

Sharif Karim, Reuters

Issam Kobeisi, Reuters

Mahamed Azakir, Reuters

Wymowne prawda..?:)
A jak działa na pierwszej stronie jakiegoś poczytnego dziennika! Jak bomba. Zabili dzieci.
Tylko, że to są zdjęcia pozowane... wspaniały przykład reporterki prasowej, równej tej z dorabianiem dymu i kopiowaniem postaci czy nóżek gołębi :) Wygooglalem sobie hasło "press photo fraud" i piękne przykłady wyskakują.

Skoro można tak okłamać czytelnika, to czemu nie zrobić sobie winiety na pół klatki, podciągnąć kontrasty aż do bólu gałek i granicy wyświetlania monitora.
A skoro tak można, to może żeby fotoreporter nie tracił czasu, warto by wysłać fotę do kolegi grafika i niech on przerobi co trzeba. Kto wówczas będzie autorem zdjęcia?

Ale, ale...

- Wiesz iczek jak wygląda plik RAW? Tak pytam czy umiesz sobie wyobrazić o co w ogóle biega w tej fotografii cyfrowej?
- ?
- Plik RAW to całkowite nic, do którego to NIC dodaje się to, co zostało wcześniej zapisane w pamięci aparatu. Nawet są tacy, co nazywają to "cyfrowym negatywem".
- Ale w takim razie co widzi aparat... ?
- To, co zechcesz :)
- Ale ja chce prawdę zobaczyć...
- To... popatrz w lustro :)

No właśnie. Oszukujemy siebie na każdym kroku. Jedni kładą na ruinach lalki i misie pluszowe, inni dodają dym i nóżki ptaków, jeszcze inni dodają winietę, bo wówczas jest fajniej. Jurek (George) zarzucił mi kiedyś, że ja też kłamię zdjęciami. No tak, ale moje kłamstwo jest z założenia kłamstwem :) Ja nikomu moimi sesjami nie udowadniam, że rzeczywistość taka istnieje, ja niejako z założenia kłamie w fotografii. Co innego kłamać wmawiając, że to prawda i ze tak jest lub było :)

Dobrze, że nie jestem reporterem.
Dobrze, że nie mam cyfry.
Szkoda, że mam skaner...:(

To może wróćmy do dokumentalistyki. Bo ona chyba jako jedyna gałąź fotografii pokazywać ma prawdę bez modyfikacji... czyż nie!?

PS
A oto jedno ze słynniejszych zdjęć Steve McCurry. Jak myślicie, co zrobiłby z nim współczesny fotoreporter Reutersa ?:) Fotka wykonana na Kodakchrome, którego koniec produkcji ogłosił dziś Kodak :(



Krawaty w Japonii okiem Kuby Kamińskiego...


Sięgnąłem dzisiaj po weekendową Rzepę i o dziwo na stronach "Plus Minus" zatrzymałem się na... fotografiach!
Tak - fotografia w gazecie codziennej - Alleluja! :)

Japonia, a właściwie jej biurowo-'retrejsowy' fragment pokazał ciekawie Kuba Kamiński.
Oczywiście ja zaraz wróciłem pamięcią do zdjęć Wieteskiz Tokyo, które już chyba stały się jakimś odniesieniem dla wszystkich kolejnych "reportaży" z Japonii, ale porównywać ciężko, bo Kuba w odróżnieniu od Wojtka skupił się na jednym aspekcie.

Nie zmienia to faktu, że zarówno część opublikowana (7 fot) w Rzepie, jak i większy wybór na podcascie gazety to kawałek bardzo dobrej roboty.
I muszę przyznać, że wczułem się w ten klimat choć nie dane mi było zagościć w kraju Kwitnącej Wiśni...

Materiał zatytułowany "Marsz krawaciarzy" chyba oddaje, to co tam się dzieje i jak to wygląda.
Tekst znajdziecie TUTAJ, a foty TUTAJ.

Polecam Wam, coraz rzadziej coś dobrego można znaleźć w druku. Obok "klasycznych japońskich samograjów" jest kilka perełek w tym materiale. Mnie najbardziej podoba się zdjęcie "z ważkami" :)



fot. i tekst: Kuba Kamiński



poniedziałek, 22 czerwca 2009

Środek tortu...


Nie wiem jak jest u Was, ale u mnie na imprezach rodzinnych kroi się tort ze środkiem. I ten środek oczywiście zostaje bezpański, tak długo, aż pierwszy głód gości pochłonie kawałki wokół środka.

Potem luźne rozmowy, a środek tkwi nadal. Co jakiś czas ktoś sięgnie po okruszki wokół talerza, ściągnie kolejny kawałek ciasta, ale środek opiera się. Jednak do czasu.

W końcu zawsze znajdzie się śmiałek, który z odwagą równą żołnierzowi na pierwszej linii frontu, w krótki żołnierskim słowem "to ja to zjem" sięga po środek.

Środek ma zawsze te zaletę, że są w nim zatopione w czerwonej galaretce albo najlepsze truskawki tego lata, albo ogrzana ciepłem pokoju stapia się w nim łagodnie czekolada z uformowanej róży, albo też tkwią jak drewniane kolosy dwa orzechy oparte głowami o siebie jak dwaj bramkarze przez popularną restauracją.

I taki środek ma też fotografia.

Tak codziennie to zjadamy tylko te klasyczne trójkątne kawałki przygotowanego tortu. Mniej lub bardziej nam smakują i mniej lub bardziej fotografia ta przyprawia nas o dreszcz. Raczej jest to już coś przewidywalnego.
Ale od czasu, do czasu trafia nam się środek.
Ech... truskawki dobrze dobranej kompozycji i słodko-gorzki smak czekoladowego kadru wypełnia wówczas nasz zmysł estetyki i pochłaniamy go. Delektując się.
Taka fotografia zdarza się jednak coraz rzadziej. Coraz rzadziej też jest ona naszym własnym dziełem. Najczęściej środki są produkowane jak torty - przez innych.

Bo gdzie teraz piecze się torty w domu?
Te przekładane masą kawową z prawdziwymi fusami i drugą połową cytrynową ze szczypiąca w język prawdziwą skórką cytryny, a nie skondensowanym w zapachu sztucznym aromatem. No gdzie!?

Jedzie masówka ze sztampy. Ten samo tort jedzą ludzie w Gdańsku, Warszawie i Pcimiu. I tylko środek zawsze wzbudza te same emocje... tak damo tkwi na polu walki do końca.


Wiec tak: pieczmy torty sami i róbmy je unikatowe. Dbajmy by środek był wycinany i hołubiony jak najdłużej.
To taki krótki przepis na dobrą fotografię :)


PS
A tak na marginesie. Jestem za całkowitym zamknięciem "Łaźni" w Gdańsku. Trąbili, że robią wystawę fotografii VOGUE, a jak poszedłem w sobotę o 10:30 aby coś zobaczyć, to nawet psa z kulawą nogą nie zastałem i klamkę pocałowałem.
Żadnej karteczki, żadnej informacji kiedy to otwarte.
Kompletni idioci to prowadzą. Niestety. Jeśli zamyka się takie miejsca w weekend, bo pani kurator leczy kaca, to nie dziwne, ze nikt tam w tygodniu nie chodzi...
Ależ mnie wnerwili. Kupa finansowanych przez Państwo cwaniaków.







czwartek, 18 czerwca 2009

200, 300, nie ja dam 500...


Milion, pięćset, sto, dziewięćset...

Czytam wzory umów na fotografię ślubną pościągane z sieci i mnie przerażenie ogarnia. W większości ofert, minimalną ilością zdjęć, jaką gwarantują fotografowie to 200 fotek... :) A najczęściej jest to 300 i więcej!!

A ja uważam, że prawdziwie dobrze zrobiony ślub powinien zamykać się maksymalnie 20 zdjęciami. Zresztą nie widzę ani miejsca, ani powodów aby robić więcej zdjęć...!?

No prześledźmy to:

- przygotowanie: panna zakłada suknie, pan zapina spinki, rodzice błogosławią (3 foty)
- ceremonia: wejście, obrączki z przyrzeczeniem, wyjście w fontannie płatków i ryżu (3 foty)
- dom weselny: wejście, taniec, tort (warunkowo!), oczepiny (4 foty)
Jak na razie mamy 10 fotek, które zamykają całość dnia ślubnego.

Żeby nie było gadania można zrobić dodatkowo:
- teściową robiącą makijaż,
- samochód z leżącą na masce panną,
- widoczki w ławkach (błeee!),
- składanie życzeń,
- taniec pijanego wujka z ciotką.
To daje dodatkowe 5 fot.

Mamy już 15 zdjęć.

Pozostaje nam 5 klatek na dobrą sesję plenerową w dniu lub po ślubie.
- po kolana w falach,
- pole z trawą i podwiązka odsłonięta,
- studyjny kiczyk główka do główki,
- stara toaleta i obdarty mur elektrowni...
Czyli dodatkowe 4 foty.

I nadal mamy 1 klatkę w zapasie...

Więc po jaką cholerę komuś dawać 300, 400 czy 800 zdjęć..?
Czy jest jakieś racjonalne wyjaśnienie czemu fotografowie ślubni przekroczyli magiczną granicę jednej rolki filmu 35mm? (dla cyfrowców przypominam, że jest to 36 klatek standardowo - sic!).


Czy chodzi o to, że 300 fotek mieści się na karcie 2 lub 4 GB?
Skąd te ilości się wzięły...?




środa, 17 czerwca 2009

Dystans a'la Telly....


Serialowy porucznik Kod(j)ak - Telly Savalas - wykonał w życiu zaledwie kilka piosenek. Ale jedna jedyna zapamiętana jest przez wszystkich. Tekst refrenu leci tak:

Some broken hearts never mend,
some memories never end,
some tears will never dry,
my love for you will never die

Aranż jest taki countrowo-folkowy na 4 liczony więc w tańcu klasyczne dwa na jeden. O ile gro czytających jeszcze w ogóle wie co to jest taniec w parze?!:)
[w skrócie dla urodzonych po 1985 roku: mężczyzna, stojąc naprzeciw kobiety, prawą ręką chwyta kobietę pod jej lewą łopatkę, ona kładzie lewą dłoń na jego prawym ramieniu, oboje wyciągają wolne ręce w bok i kobieta kładzie dłoń na otwartej dłoni mężczyzny - taniec w parze!]

Wracając...

Telly wykonuje tę piosenkę w sposób przynależny postaci, która stworzył, a jednocześnie jest przy tym tak wiarygodny, że nie trąci to kiczem. Jednym słowem, robi to z boskim dystansem do samego siebie.

I tak wracając myślami do ostatniego spotkania z ciekawym człowiekiem, zdałem sobie sprawę, że czasami nadmuchujemy się jak balony ideami, cyklami, projektami i całą tą otoczką fotograficzną. Nadajemy większe znaczenie samym sobie niż to warte, a nasza fotografia jedynie traci stając się czczą gadaniną i ciągiem zapisanych stron www.
Vide ten blog :)

Tak, jestem dobrym przykładem nadmuchanego balonu. Za dużo ideologi, za mało prostoty i skromności. Czyli po prostu zwykłej roboty, rzemiosła, w którym nie tkwi zbytnia megalomania.

Myślę,że fotografia należy do właśnie takich ludzi. Którzy potrafią nie gadać zbytnio o Niej, ale ją robić. Przestając mitologizować samo zjawisko, a oddając mu swoje ręce, oczy, refleks. Tak po prostu.

Hmmm...

Tylko, czy czasami nie jest potrzebne i to i to....?




.

wtorek, 16 czerwca 2009

Być jak Ansel Adams...


Czy w obecnych czasach da się spotkać ludzi, którzy łączą w sobie pasję, talent i poszanowanie tego co wokół nas, a jednocześnie są artystami?

A taki Adams... to w sumie był jednym z pierwszych w Stanach "Zielonych", ale nie z tych nawiedzonych idiotów zarabiających na oprotestowywaniu każdej inwestycji. On był z duszy Zielony, a z oczu czarno-biały :)

Jak czytam o nim, to się zastanawiam czy kultura i cywilizacja, w której żyjemy potrafi cofać swój naturalny zegar. Czy czasy się mogą powtarzać w ujęciu społecznym, tak samo jak w ujęciu modowym? Te powracające w modzie lata 60, 80... czy one mają swój synonim w kulturze? Czy stylistyka powraca cyklicznie...?

Czy na ten przykład, taka fotografia, poddaje się trendom czy raczej jej rozwój posuwa się w linii prostej, tylko w przód...?

No bo, poza aspektami technicznymi (powrót do analoga, odrestaurowywanie technik historycznych), to ja jakoś nie widzę powrotu do fotografii portretowej ze światłem rembrandtowskim, do fotografii modowej rodem z czasów Bailey'a... jakoś tak będzie stylistyka fotograficzna do przodu.
Skręca zazwyczaj w rejony, których ja już nie rozumiem, ale jest to jakiś ciągły rozwój.

A ja to bym chciał tak trochę zawrócić. Używać światła ciągłego i umieć tak oświetlić portret, jak nie da się tego zrobić z błyskiem.
I móc zrobić proste zdjęcie, które będzie docenione właśnie za prostotę, a nie kolejne wygibasy, milion sprzętu i trzysta osób obsługi...

Dążymy stale do rozwoju. Fotografia goni za modami, za sposobem kadrowania, za szybkością w której zamyka się świat. Coś, co jeszcze tydzień temu było unikatowym pomysłem, jest kopiowane w milionach wersji za pomocą toutoriali i presetów.

A taki Adams... doprowadził do perfekcji swoje widoczki i jednocześnie dzięki tym fotografiom rozpoczął kampanię na rzecz parku Yosemite pokazując album samemu prezydentowi US. Czyli miał jakaś ideę. Robił to po coś. Doskonalił się po coś bardziej szerokiego niż te filmy, polaroidy i kadry.

Nie mówię, że musimy być zbawcami świata... ale może czasami warto przestać łupać dla łupania i swą fotografię umieścić w jakimś szerszym kontekście życia...?!
O tak... po prostu wpisać ją nie jako osobną działkę, ale jako element całości Nas.
Może wówczas uda się nam być jak Ansel Adams...

Może...


poniedziałek, 15 czerwca 2009

Tam warto... Marek Mazur, Retro-Kamera Gdańsk


Chmmm..

W sumie nie wiem co napisać, bo Marek Mazur jest człowiekiem, którego przedstawianie jest niemożliwe. Chociażby ze względu na szacunek jakim go darzę i czapką zamiatając podłogę, napisze tylko podstawowe dane.

Marek Mazur, chyba najwybitniejszy na świecie (!! tak, tak!) twórca miniaturowych aparatów, które zyskują uznanie wśród kolekcjonerów i pasjonatów. Rozwiązania mechaniczne i optyczne stosowane w tych cudeńkach są opatentowane zazwyczaj, a jednocześnie są całkowicie autorskie. Ich precyzja mnie onieśmiela.

Człowiek znany bardziej zagranicą (Niemcy, USA) niż w Polsce, choć nie znam specjalisty w dziedzinie fotografii w Polsce, który nie znałbym nazwiska Mazura z Gdańska. Wśród fachowców jest wykładnią i wzorem oraz autorytetem.

Tworzy nadal w Gdańsku-Wrzeszczu w swoim małym zakładzie przy Grunwaldzkiej. Do tego oczywiście naprawia aparaty, których spotkać już nie można lub wymagają precyzji mechanicznej pozostającej poza możliwościami jakichkolwiek serwisów na świecie :)

Marek dorabia, naprawia, składa i reperuje wszystko co jest mechaniczne.
Nie ma rzeczy niemożliwych, a do tego jest wspaniałym gawędziarzem i zdolnym fotografem.

Jeśli więc macie coś, co wydaje się Wam nienaprawialne, a dotyczy aparatów z "duszą" :) kieruje Was do Marka. Telefon: 058 346 05 91.



piątek, 12 czerwca 2009

Spotkania Albumowe... taki pomysł


Mam taki pomysł.

Chciałbym powołać do życia instytucję Spotkań Albumowych, których celem i głównym powodem istnienia będzie wspólne oglądanie albumów fotograficznych znanych mistrzów. Drukowanych. I dyskusja. I kłótnie. I może rozwinie się to w jakimś innym kierunku - może autorskie albumy... Wspólne oglądanie filmów fotograficznych? Will see.

Spotkania odbywałyby się raz w miesiącu w Kumaka Studio. Plan i scenariusz byłby zamknięty w 4 punktach:

1. Każdy chętny do wzięcia udziału musi przynieść ze sobą album fotograficzny.
2. Aby uniknąć dublowania się, każdy musiałby mailowo zgłosić u mnie swój udział wraz z propozycją tytułu albumu, który chce przynieść.
3. Ja - Wielki Moderator - czuwałbym nad całością i może nawet wymyślał jakieś tematyczne sekcje miesięczne.
4. Miejscem spotkania byłoby Studio Kumaka, które być może, dzięki Waszemu udziałowi ewoluuje w kierunku FOK - Fotograficzny Ośrodek Kultury.


Sama forma jest do omówienia, ale Wielki Moderator, mający zawsze rację, nie będzie za bardzo się Was pytał o zdanie, bo dopiero demokracja by wykończyła ten pomysł :)

Żarcie, kawa i herbata we własnym zakresie... :) Ale coś poradzimy...
Czy byliby chętni na takie spotkania...?


środa, 10 czerwca 2009

Córka goni matkę...Arbus klan


No nie wiem... czy ktoś jest w stanie dogonić Diane Arbus? Nawet jej córka?
Czy geniusz jest zakodowany w genach?
A jeśli tak, to w którym pokoleniu powtarza się ta boska sekwencja...?

Oceńcie sami.
Amy Arbus - fotograf.



fot.: Amy Arbus (x3)



wtorek, 9 czerwca 2009

Wywiadownia...artystyczna


Gorąco polecam Wam te stronę z wywiadami.
Warto, chociażby dlatego, że ani Ziobro, ani Cymański nie zrozumieliby ani słowa :)

http://interviewwithanartist.com/



Dodaj ideologię...


Zobaczcie jak on złapał te elementy!
Ileż on musiał czekać aż wszystko złoży mu się w całość!? Wow! Nigdy w życiu nie uda mi się tak skomponować zdjęcia!


Na ile jesteśmy świadomymi fotografami, a na ile całą tą kompozycyjną ideologię dorabia się patrząc na odbitkę?
Streetowcy lubują się w całym tym chwytaniu momentu lub ich drugi front (tak, oni też mają wewnętrzny podziały) odrzuca moment na rzecz freestylu :)

Czy kadrując zdjęcie możemy założyć współistnienie więcej niż 2, 3 elementów na zdjęciu? Czy analizując zdjęcie naprawdę uważacie, że fotograf widział wszystko , co znalazło się ostatecznie w kadrze!?

Najbardziej znany przykład:


Henri Cartier-Bresson - fota 1 znana na świecie, fota 2 negatyw ukazuje prawdę. Zdjęcie robione przez szparę w płocie, nic nie widział autor i w dodatku płot zasłonił część tego najsłynniejszego kadru w historii fotografii.

To jak to w końcu jest!?
Czy my trochę nie przesadzamy z tymi mistrzami i z tymi teoriami dotyczącymi idealnego kadrowania, idealnego naświetlania od razu dobrze skomponowanego kadru!?

Ansel Adams mawiał, że naświetlenie klatki jest jak komponowanie, a praca w ciemni jak wykonanie końcowe utworu. Oba etapy są równie ważne, a nikt nie zakłada, że naświetlni idealny negatyw.

Czasami ktoś złapie na moim zdjęciu jakiś element, który przyciąga jego wzrok i jak w tych filmach dokumentalnych zoomuje się na ten element i dopiero potem ogląda całe zdjęcie. Ale ten pieprzony element już tak tkwi w głowie odbiorcy, że pod to ustawia sobie całe zdjęcie. Ba! On nawet buduje wokół tego teorię.
Pół biedy gdy autor żyje i może wyjaśnić, że to zdjęcie powstało przez przypadek, przez płot robione, bez kadrowania :)
Ale jak autora nie ma?
Hulaj dusza, piekła nie ma!

Może ze dwa razy w życiu założyłem w głowie przed zrobieniem zdjęcia, że ważny j est detal.
Przykładem jest fota p. profesor z gdańskiego AWF spotkanej w Parku Oliwskim. Ma w ręku chusteczkę i ona robi mi to zdjęcie. Chciała ją odłożyć. Nie zgodziłem się i pani była trochę skonfundowana :)
Ale ta chustka naprawdę jest istotna.

Niemniej to wyjątek od reguły.
Dorabianie ideologii i dodawania klasy fotografiom, które zazwyczaj powstawały przypadkowo lub kompletnie nie były skomponowane w każdym detalu jest dla mnie fascynującą wyprawą w ludzką wyobraźnie i chęć dodania czegoś od siebie...


PS
No... a może znacie jeszcze jakieś klasyczne przykłady "przypadkowych dzieł" ?:)

PS2
Muszę jednak wyjaśnić, bo widzę, ze znowu napisałem niejasno :)
Ja po prostu odzieram wszystkie te teorię o detalu do golasa! Dla mnie to są wydumane histerie estetyków i pseudo-artystów. Fotografia powstaje intuicyjnie. I to jest dopiero fotografia :)
Przywoływanie autorytetów estetycznych jest tutaj zbędne... nie wierze w nie :)





poniedziałek, 8 czerwca 2009

Fotograf NN... Benjamin Goss


Papier srebrowy jako negatyw?
Niemożliwe? Nieciekawe?

Benjamin Goss udowadnia, że jest to cudowna technika i cudowne efekty... ech. Serce się raduje. Projekt 8x10 cala!
Więcej zdjęć tego autora na Flickr.





fot.: Benjamin Goss



sobota, 6 czerwca 2009

Patriotyzm fotograficzny...


Czy w nas, Polakach, jest coś takiego jak patriotyzm fotograficzny? Definicję tego złożenia wymyśle naprędce, co by ułatwić ew. odniesienie się. Nie będzie to jednak definicja słownikowa, po prostu odniosę się do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Jeśli ktoś z Was choć w małej części interesuje się fotografią amerykańską to musiał prędzej, czy później odnieść zbliżone do mojego wrażenie, że oni po prostu poprzez fotografię oddawali odbiorcy swoje poczucie patriotyzmu, przynależności do narodu amerykańskiego, a może lepiej do zjawiska "amerykańskości".

Zaczynając przez fotografii etnologicznej Indian (Henry Jackson, Edward Curtis) poprzez fotki z wojen domowych, pokazywanie tej wrodzonej chyba celebracji własnych symboli narodowych, poprzez całą falę fotografii społecznej i streetowej (Jacob Riis w NY, Dorothe Lange, Walker Evans), aż do współczesnej fotografii w stylu "pusty dom, puste osiedle przedmiejskie". Wszędzie tam przewija się jakoś amerykańskość.
Bądź wprost przez wspomniane symbole, bądź mniej nachalnie poprzez ludzi, okolice, charakterystyczne obyczaje. Nie wspomnę o "wspaniałych" wojennych seriach z Wietnamu, Korei.

W każdym z tych stylów odkrywam niezłomną chęć pokazania czym jest kraj i jednocześnie w tych pracach zamyka się jakaś cząstka patriotyzmy tych fotografów.
Tak to czuje.
Po prostu jak umieją i jak ich bóg obdarzył - starają się pokazać swój dom. Swój kraj. Ideę wolności. Często nawet przerysowaną i zrozumiałą tylko dla nich.

Czy mamy to w Polsce?

Czy brak "kultury fotograficznej", którą stworzyli sami Amerykanie zubażało nas na tyle, że w historii Polskiej fotografii znajdujemy jedynie wyjątki.
A jak już znajdziemy to raczej mam wrażenie, że dotyczy to PRL i wówczas konotacja jest raczej szyderczo-prześmiewcza niż patriotyczna....
Czy się mylę?

Czy obecnie robimy w Polsce fotografię patriotyczną... jakkolwiek pojmowaną?
Czy powstają projekty społeczne, która w jakiś sposób opisują rolę narodu i udaje się to pokazać na zdjęciach? Czy fotografujemy flagi (idee flagi)?

Czy Wy macie jakiś imperatyw w tym kierunku?

Zdarzyło Wam się fotografować idee Polski, kraju? Może macie gotowe cykle..?
Kto do cholery jest patriotą fotograficznym?


mieli wyjechać po studiach... zostali



piątek, 5 czerwca 2009

Prezentuj broń...swą!


Powiedziała Kleopatra do swoich żołnierzy... :)

A tak poważnie, to bronią fotografa są zdjęcia. Ta broń potrafi być użyta sprawnie i celnie, ale też nawet najostrzejsza, potrafi być użyta bezmyślnie.

Zmierzam do pytania o sposób prezentowania fotografii w sieci... Temat rzeka.
Zresztą sam to sprawdziłem, bo spędziłem chyba ponad godzinę gadając na ten temat w jakimś Empiku gdzieś w Stolicy i wniosków nie udało się zebrać w całość pomimo, że spór przeniósł się do ciemnego Sfinksa... Może to grillowane żarcie osłabiło naszą percepcję...

W każdym razie jedno z pytań brzmiało - jak powinna wyglądać idealna strona autorska w sieci?
Jak ją zaprojektować, na co położyć nacisk?

1. Ile ma być zdjęć?
2. Jaka technologia?
3. Jaka nawigacja?
4. Jaki sposób aktualizacji? Czy bez aktualizacji?
5. Czy to ma być wizytówka z wybranymi fotami z zakresu w jakim pracujemy?
6. Czy może całkowicie indywidualna wizja samego siebie?
7. Jak to podać, aby zjeść było można i aby nasze zdjęcia nie zginęły pod formą strony samej w sobie?

Pytań są setki, a ja jestem ciekaw czy w Waszym serfowaniu po sieci natknęliście się na IDEALNĄ stronę autorską, która spełnia Wasze wszelkie oczekiwania od strony prezentacji zdjęć?



czwartek, 4 czerwca 2009

Fotograf NN... Christine Fenzl



Bez zbytniego gadania, polecam Christine Fenzl

Niektórych rozczaruje, niektórym się wyda banalne.
A jednak. Zapisałem w Ulubionych.
Może dlatego, że są tam foty z Gdańska z lat 2002-2003 i ogląda się je jak obecne foty z Rumuni czy Białorusi :)



fot.: Christine Fenzl


Sen to ruch, jawa to....


Czy zauważyliście, że śnicie raczej filmowo? Że obrazy układają się w film. Obraz ciągły.
Natomiast jak na jawie przypominacie sobie coś, to są to raczej pojedyncze kadry? Klatki fotograficzne?
No ja tak mam.

Jestem gdańszczaninem. Urodziłem się tutaj w latach 70, wykształciłem, założyłem rodzinę i pracuje. Siłą rzeczy nie jest mi obojętne co dzieje się w tym miejscu.

Nie mogę więc przemilczeć tej rozdmuchanej już przez wszystkich daty 4 czerwca.
Ale nie będę mówił o wyborach. Chcę tylko wspólnie z Wami przypomnieć sobie jedną rzecz, która tkwi we mnie tak jakoś szczególnie mocno fotograficznie.

Ma oto w głowie taki kadr...

Najpierw okoliczności: korytarz w klasycznym M4 na gdańskiej Żabiance, drewniane ściany boazeryjne (a jakże!), dźwięk takiego samego dzwonka u wszystkich. Jestem w domu z babcią. Mama o tej godzinne zazwyczaj wraca do domu.... lecę do drzwi i kadr:

- kobieta z prawie całkowicie czarną twarzą stoi w progu z siatkami w jednej ręce i torebką opuszczoną w drugiej ręce, płacze. Światło z nikłej 60Watowej żarówki oświetla ją praktycznie z góry. Cienie głębokie wzmacniają obraz tragicznymi kontrastami. Szaro-szare palto prawie zlewa się z cieniem klatki za plecami. Twarz jest znajoma, ale tak nierealnie teatralna, że jako kilkulatek mam wątpliwości. Mama? Ale dlaczego płacze!? Przecież do tej pory nie widziałem mamy płaczącej i to czarne pod oczami...? Czemu takie rozmazane?

To był już Stan Wojenny... gaz łzawiący robił swoje. Powrót kolejką SKM z Gdańska trwała parę godzin.

Takie są moje wspomnienia z tamtego czasu. A właściwie jedno wspomnienie jak kadr.

Macie dzieciaki? By one nigdy nie zapamiętały takich kadrów, warto może docenić, oddać głos, pomyśleć trochę jak to fajnie, że możemy fotografować na ulicy... po prostu.


Wiem.. patetyczne.
Wiem.


wtorek, 2 czerwca 2009

Czego Wy chcecie ludzie... ?!


Co chcielibyście czytać na temat fotografii w Internecie?
Co Was interesuje i co Was już mierzi w pisaniu o fotografii?
Jakie tematy i jaka forma dyskusji potrafi Was jeszcze wciągnąć?

Tak się jąłem zastanawiać wraz z Pewnym Warszawskim Fotografem, bo i mnie udziela się odruch wymiotny gdy widzę kolejną jałową dyskusję na kolejny nic nie znaczący temat.
Kiedy kolejne młode pokolenie zadaje te same pytania, to nauczyłem się już nie odsyłać ich do Google, ale milczeć lub pomóc.
Jednak to denerwuje. Denerwuje mnie to, że ludzie pragną posiąść wiedzę fotograficzną o sprzęcie i o fotografii jako idei na zasadzie właśnie Google czy Wikipedii.
Wszystko chcą mieć od razu, zaraz teraz.

Nazwałbym to zjawisko "Efektem Komórki". Wszystko mogę załatwić od razu, bo mam pod ręką cały świat. Zamknięty jedynie pod trzema kliknięciami czy ikonkami na wyświetlaczu.

Więc czy potrzebne jest nam w ogóle jakieś miejsce w sieci, gdzie można podyskutować!?
Ale nie forum kolejne gdzie z biegiem czasu pojawiają się zdesperowani i rozczarowani swoim życie trole. Nie jakieś zamknięte towarzystwo adoracji wzajemnej.

Jeśli jest potrzebne to jaką formę powinno przyjąć?
Czy forma bloga ma jakiś sens? Skoro blog z natury rzeczy jest tak ułomny w możliwości dyskusji..?

Czego Wy chcecie ludzie!?
Chcecie móc opluć kolejne zdjęcia i zabłysnąć swoim pomysłem na czyjeś zdjęcia, bo Wy wiecie lepiej?
A może uwielbiacie uczyć kreatywności innych fotografów...? :)

Czego Wy chcecie ludzie!?
Chcecie uczestniczyć w akademickich dyskusjach o wyższości Newtona nad Bressonem i studia nad ulicą?
A może kusi Was nadal dawanie ocen w skali od 1 do 5 kolejnym zdjęciom, bo to daje Wam poczucie decyzyjności i prawo osądu?

Czego Wy chcecie ludzie?
Korci Was by wypowiedzieć się na każdy temat, pomimo, że gówno wiecie o świetle i o pozowaniu?
Albo pragniecie wyssać info w temacie, który dopiero zgłębiacie i szukacie drogi na skróty?


A może generacja "Efektu Komórki" niczego już nie chce, bo wszystko ma?
Jak nie za kasę, to zawsze można ukraść w sieci!
Ukraść pomysł, ukraść film, ukraść fotografię.... proste to takie.


To jak...? Czego Wy chcecie?



PS (totalnie z czapy, nie łączyć z postem :))
A ja dostałem wydruki na barycie. Trzymam je w rękawiczkach. Wącham kwasowy zapach papieru. Spokojnie odkładam. Znowu biorę. Wącham. Oglądam w świetle. W cieniu. Gładzę pyłek zaplątany między włosami modelki na odbitce. Wachluje twarz jej dużym formatem. Badam strukturę zadruku. Spokojnie porównuje z negatywem. Wczytuje się w półcienie i wsłuchuje w czernie. Mówię do niej. Doceniam wagę i grubość podłoża. Dbam.