wtorek, 31 marca 2009

Polecane... Jay L. Clendenin


Tym razem bez zbytnich opisów.
Reporter, portrecista, dokumentalista.
Ostatnio nagrodzony w konkursie The Best of Photojournalism 2009

Polecam więc Jay L. Clendenin





fot.: Jay L. Clendenin



Pasja...


Kiedyś pisałem na jednej z grup internetowych (oj stare czasy), że nie ciepię ludzi, którzy nie bronią swoich zdjęć przed komentarzami negatywnymi.
Którzy w imię źle pojmowanej skromności lub wiary w swoje zdolności nie wchodzą w polemikę (merytoryczną) i pozwalają się wyżywać na swoich pracach każdemu.

Podobnie jeśli chodzi o fotografowanie.

Ja naprawdę uważam, że posiadanie pasji (!!!) jest większą wartością niż posiadanie talentu do fotografowania i sprawnych rąk w kolorowaniu zdjęć w PS :)


Uwielbiam słuchać ludzi, który z pasją opowiadają o tym, co robią. Dlatego wracam często myślami do spotkania z Gierałtowskim, które tak niemiłosiernie zjechałem swego czasu.

Cała otoczka jego gadania była denerwująca, ale jednego odmówić mu nie można... pasji. Pasji do robienia zdjęć i do gadana o nich. Myślę, że to naprawdę wartość sama w sobie.


Ja na ten przykład pasjami zajadam się gorzką czekoladą... I zrobiłem z tego prawdziwą religię :)
Czekolada jest wszędzie. W pracy, w biurku, w samochodzie w bagażniku, w kieszeni kurtki, w marynarce i w każdym zakamarku paznokci...

Pasja pozwala nam odetchnąć od rutyny. Pasja wyzwala w nas cudowne endorfiny radości i szaleństwa. Pasja potrafi zabić - to też wiecie. Reporter ginący od kuli swojego modela, to nie jest normalne.

Kto jest "lepszym" fotografem...?

Pasjonat czy zawodowiec, który z braku już czasu i w pogoni za groszem, który pozwoli mu utrzymać rodzinę nie czerpie żadnej prawie radości z kolejnej fotki? (ten cudzysłów jest zwodniczy!)

Fotografia pasjonata potrafi przekazać więcej "prawdziwych" emocji niż zaplanowana, wystudiowana poza zawodowej modelki zrobiona przez zawodowego zaświecacza studia? (ten cudzysłów jest zwodniczy!)


Każdy słyszany przeze mnie
na ulicy sztuczny trzask "migawki" w czyimś telefonie komórkowym uzbraja mnie w uśmiech na twarzy. Nie politowania! Radości. A niech pstrykają. Niech łapią czas w swój telefon i niech fotony rozgoszczą się między ciepłą karta pamięci, a naładowana elektrostatycznie kartą SIM.

Niech Wam w głowie wariują kolejne trzaski migawek!



- Czemu to jest odwrotnie?
Matówka wielkiego formatu zaciekawiła modela.
- Takie jakieś prawo fizyczne powoduje, że obraz załamuje się na soczewce i widać wszystko odwrotnie. Strony odwrotnie i góra-dół.
- A ja mam aparat i widać wszystko normalnie.
- No może masz pryzmat pentagonalny...
- ?
- A taka naukowa nazwa... system lusterek, które obracają ten obraz ponownie w dobre strony.
- Acha... A nie możesz odwrócić aparatu, będziesz miał ok.
- No spróbuj...
- Eee , nie działa...
- Stań na głowie.... o, teraz jesteś dobrze...
- Nie wytrzymam długo.
- No jak nie, przecież w cyrku pracujesz?!
- Ale ja tresuje konie...
- ....?

Każdy powinien mieć swoją pasję. Każdy!
Nawet jeśli jest nią wychowanie dzieci, zmywanie czy praca.



poniedziałek, 30 marca 2009

Fotka na...


Biuro, godzina 10:11. Otwarty laptop. Program Trzeci szumi znad parapetu. Klima gubi się rażona słońcem zza okna.

- Cześć Piotr...
- ? (wyjaśniam, że znak zapytania oznacza unoszenie brwi, muszę unosić obie, bo jednej unosić się nigdy nie nauczyłem)
- Co robisz?
- ?
- Aha, pracujesz... A ja miałabym małą prośbę...
- ?
- Słyszałam wiesz, że ponoć robisz zdjęcia....
- ?
- No, że stronę masz, że aparat dobry masz... Nie byłam na stronie, ale wiesz... tak mówią...
- ?
- No i właśnie ja w tej sprawie, bo wiesz chciałam Cie prosić abyś mi zrobił zdjęcie.
- ?
- Nie, no ja mam swoje zdjęcia, ale wiesz one takie normalne są, w domu robione, na spacerze, a ja chciałabym coś lepszego. Takiego robionego przez kogoś kto umie, dobrym sprzętem...
- ?
- No... dobra powiem wprost.... no po prostu potrzebuje fotkę na Naszą Klasę!
- ?
- I po prostu może byś mi pomógł...? Pewnie wiesz jak to zrobić i może coś wymyślisz. Może jakoś mnie pokierujesz. Żeby to było inne i żeby się podobało.
- 600zł kosztuje takie zdjęcie...
- Jak to sześćset...?!
- ?
- To ma być takie wiesz, portretowe, jak na Naszej Klasie mają. Takie zwykłe.
- ?
- No nie.... nie zupełnie zwykłe, takie jak ja mam, ale takie trochę lepsze. No przecież sam wiesz...
- ?
- Tyle pieniędzy za takie zwykłe zdjęcie? Nie wiedziałam, że to tyle kosztuje! Za zwykłą fotkę?!
- ?
- Myślałam, że przysługę mi wyświadczysz... że skoro się interesujesz fotografią i masz aparat... że takie proste to przecież...
- ?
- A może polecisz kogoś? Może jakiś Twój kolega zrobi za darmo dobrym sprzętem...?
- ?
- No dobra, widzę, że zajęty jesteś. To ja poszukam czegoś u mnie, może coś znajdę innego.


Tutaj zapewne powinien pojawić się jakiś komentarz. Jakieś moje odczucia, moje stanowisko. Ale w sumie, każdy niech sobie uszyje komentarz własną miarą.
Pięknie jest.
Słońce dziś.
Poszedłem więc wytrzepać z siebie ten dialog nad morze...
Wywiało skutecznie, tylko piach na butach był dowodem, że nie umarłem.


niedziela, 29 marca 2009

Reporter - zło konieczne...!


Znajomi podpytują mnie czemu nie poświęcam więcej czasu reporterce i fotografii prasowej.
A ja niezmiennie odpowiadam, że powód jest jeden.
Zawód fotoreportera w Polsce doprowadzono (doprowadzili głupi właściciele koncernów i głupi wydawcy) do skraju debilizmu.

Fotografię prasową i prace reportera sprowadzono do "zrób mi fotę na Nasza Klasę". Upadek wartości pracy reportera, a co za tym idzie i dostępność tego zawodu dla każdego idioty posługującego się aparatem jest przerażająca.

Jeśli zabierze się fotografowi czas, pieniądze, przestanie się szanować go jako twórce (tak fotoreporter jest twórcą!), to otrzymamy w krótkim czasie stado pstrykaczy, którzy już sami nie wiedzą dlaczego nadal uprawiają ten zawód i dlaczego jeszcze nie klepią ślubów wyłącznie.
Choć i tak 90% z nich musi dorabiać (!) na wszelkiego rodzaju imprezach. Nie jest to może aż tak wyjątkowe, bo "boki" reporterzy robili zawsze i była to właściwie jedna z zalet tego zawodu, że służbowym sprzętem (przynajmniej kiedyś służbowym) można było dorobić.

Czytam o nagrodach dla polskich reporterów: Grzęda-blogo, Kacper-latawiec, Gudzowaty-bogaty (tez robi reporterkę, tylko trochę inną) i pierwsze pytanie się nasuwa: jak to jest możliwe, że my słyszymy o nich dopiero jak zagraniczne jury przyzna im nagrodę!?
Gdzie do jasnej cholery są te reportaże, na które część z nich jeździ za własną kasę, bo żadna zasrana redakcja nie da im pieniędzy!? No gdzie są ci wszystkowiedzący redaktorzy, wydawcy, edytorzy...?

Za to zrobić takie "zdjęcie" na czołówkę, jak wczoraj ukazało się w Gazeta Trójmiasto... o tak! To są pierwsi!
Jak patrzę na gazetę, w której ktokolwiek (edytor, wydawca, reporter) dopuszcza publikowanie na jedynce takiego gówna, to się za głowę łapię!


Pierwsza strona Gazeta Trójmiasto, 28 marca 2009,
fot.: Rafał Malko (nie mam papierowej wersji bo bym pogratulował wydawcy)

Nie miałem dobrej opinii o nagrodach dla wymiennych wcześniej fotografów, bo zarówno reportaż Grzędy był dla mnie po prostu jednym z dziesiątek takich fot zrobionych w tamtym momencie, a zdjęcia Kacpra nie wywołują u mnie jakiś nadzwyczajnych uniesień. Fotografia z góry jest tak samo fajna jak fotografia rybim okiem - raz zrobisz i potem szkło leży trzy lata w szafie. Ot... po prostu się to przejada po kilku razach. A szukanie tych faktur to już nie jest reporterka, tylko jakie formalno, typologiczne zabawy z silnikiem na plecach i aparatem na brzuchu. To nie reporterka.

Fotoreporter to zło konieczne. Tak widzą ich koledzy z redakcji. Ci, którzy niby wiedzą czym jest współczesna prasa papierowa, czym jest wiadomość, czym jest reportaż.
Fotoreporterzy w Polsce wyginą sami.
Szybciej niż się nam wydaje, a reportaż prasowy i polska szkoła reportażu już chyba umarła.
Spokojnie możemy złożyć kwiaty i odtrąbić na sygnałówce "Pożegnanie".
Tak widzę reportaż prasowy w Polsce. Kwatera nr 10, czwarta alejka.



Ktoś w komentarzu do poprzedniego wpisu zapytał o opinie na temat fot Gudzowatego - chodziło o portrety naszych sławnych olimpijczyków.
No co ja am powiedzieć... ja uwielbiam taką fotografię!!!
Udało mu się nie tylko postawić ich na scenie, ale złapał emocje... A ponieważ wygląda to na robione wielkim formatem i na moim cudeńkim Polaroid 55, to tym wiekszy szacunek, bo naprawdę niech ktoś spróbuje złapać emocje gdy matówkę zasłania kaseta :)
Cenię Tomasza... naprawdę uważam, że facet robi świetną robotę z pogranicza reportażu, fotografii społecznej i przede wszystkim portretu! Autorskiego! I to jest mała iskierka nadziei. Szkoda tylko, że dostępna ludziom zamożnym... :(

Wszystkie nagrodzone prace Tomasza pod TYM adresem.






fot.: Tomasz Gudzowaty, x5 (źródło http://bop.nppa.org )

PS
Oczywiście przypominam, że olimpijczyków fotografował wcześniej dla miesięcznika "Pani" - Rafał Milach i zrobił to chyba nawet lepiej...?! :) I też na Polaroid 55.... uparli się chłopaki :)




sobota, 28 marca 2009

Z serii nieudane...


Jakoś zaniedbałem trochę moją serię nieudanych fot. No więc nadrabiam :)
Nie żebym robił same dobre, ot jakoś skaner nie chce czasami przełknąć tych błędów :)

Fachowo to się mówi kanapka... :)




.

czwartek, 26 marca 2009

Łapię ciszę... przeszłością


Oglądanie starych filmów czy przeglądanie starych numerów gazet, to zajęcia, które dają nam wytchnienie i uspakajają.
Ja dzisiaj trafiłem w świat już trochę przeze mnie zapomniany. A kiedyś tak ulubiony i w dodatku ściśle związany z fotografią.

To świat wiatru, trzcin, wody i samotności. Cichej, spokojnej samotności liczonej w godzinach,czasami nawet w dniach.

Samotności od ludzi, bo w przyrodzie nie ma samotności... nawet największe samotniki muszą od czasu d czasu zebrać się w stada. Przyroda wie, co robi.

A ja lubiłem ją podglądać. Może niewielu z Was wie, że kiedyś moi modele mieli zdecydowanie mniej cierpliwości niż Ci teraz :)
A sceny nie dało się powtórzyć, bo jak zmusić tego ptaszka poniżej do odwrócenia głowy w moim kierunku?:)

Szczygieł

Albo jak sprawić by Ohary zaczęły się ponownie bić tuż przed moim stanowiskiem rozbryzgując fontanny wody? :)

Ohar

A może Uhla i Nurogęś potrafią na zawołanie ustawić się profilem?:) No niestety nie...

Uhla

Nurogęś


Każde z tych zdjęć wymagało godzin spędzonych w kryjówkach, wykopach, bagnach i siedząc tyłkiem na twardym krzesełku zanurzonym w wodzie. Wodery wypełniała woda, a nogi elegancko cierpły po 30 minutach. Ale jakoś tego nie czułem.... Pasja? A może głupota?

Wiele osób dziwi się, że pamiętam dokładnie każda z tych sytuacji, że potrafię powiedzieć jaki był dzień, co miałem na sobie i czy klękałem, czy stałem robiąc zdjęcie. Ale ja to naprawdę pamiętam...

Weźmy tego Rudzika...
Doskonale pamiętam, ze zdjęcie zrobiłem jesienią tuż za wejściem do rezerwatu "Ptasi Raj", po prawej stronie od znaku zakazu wjazdu.
Miałem aparat z EF600mm na monopodzie i robiłem wówczas wynalazkiem pt. EOS 10D. To był rarytas, pierwsza kamera, która zyskała dobre opinie u zawodowców. Wiem, że ptak tańczył wokół mnie parę minut, ciekawy jak psiak nowej smyczy... potem siadł na gałązce z "koralikami" i czekał aż zrobię zdjęcie... )

A ten Ostrygojad...?
Plaża w Sobieszewie. Poranek już z wysokim słońcem. Późne lato...wrzesień... na plaży kałuże po sztormie kuszą ptaki do żerowania. Leżę w piaskowym ochraniaczu na środku plaży. Czołgałem się z 50 metrów. Pot zlewał wizjer. Upał. A on po brzuch w wodzie... :) Cwaniak...


Pokląskwa wyginała się jak panna przed swoim wybrankiem... Główka w lewo, główka w prawo... dziś jechałem tą sama betonową drogą między polami. Dokładnie te same zakręty... a zdjęcie wykonałem w maju 2004 roku. Z samochodu, przez okno z workiem z grochem na szybie...


I tak dalej...

Miło było dziś tam wrócić i polecam Wam powroty. Znalezienie jakiegoś sposobu na łączność z przeszłością. To daje odpoczynek.

Niestety czasami historie nie są wesołe. Ten Krwawodziób już nie znajdzie terenów bytowych w Wiślince...

Jakiś wizjoner zasypał lewy brzeg Martwej Wisły piachem, by zrobić tam port jachtowy. I robi to od 4 lat. Bezkarnie. Szkoda.

W każdym razie... przeszłość jest ważna. To, co robiliście fotograficznie też. I to bardzo.
Dbajcie o to!

środa, 25 marca 2009

Kocham Cię Życie...


Nie ciśnieniuję się...
Wracam na chwilę do wpisu o tym, że nie da się być cały czas na fali.
Serfujący na fali zawodnik też musi nabrać wysokości by pociągnąć fale, ale zaraz potem opada i w ten śmieszny sposób wiosłuje rękami pod falę.
Oni w sumie więcej leżą na tej desce niż płyną, co jest świetnym usprawiedliwieniem dla nierobienia wybitnych rzeczy.

Ale chcę Wam opowiedzieć historię...
Rozsiądźcie się wygodnie.
Zapewniam Was, że takie sytuacje możliwe są wyłącznie wtedy, gdy Wasza pasja zjada Was jak mój Młody kromkę z miodem z rana. Dwoma gryzami.

~~~~~~~~

Galeria w Gdańsku. Autorska.
Dwa lata temu wchodzę do niej z moim zdjęciem i mężczyzna w środku rozpoczyna ze mną dyskusję na temat kondycji fotografii i tego, czy jest sens abym zostawił swoje zdjęcie w komisie.
Rozmowa cudna. Spokojna. Szeptana prawie. Obrazy tłumnie spoglądające ze ścian zabierają głos wyłącznie w kwestiach estetycznych. Gremialnie analizują nasze słowa milczeniem.

Pożegnanie, uścisk ręki.


Kilka miesięcy temu pojawiam się przez przypadek w tej samej galerii. Tym razem otwiera mi kobieta. Zaprasza. Obrazy witają się ze mną tym samym milczeniem i tą samą estetyczną zadumą.
- Tylko się rozglądam...
Kobieta wraca do poprzedniego zajęcia. Przez drzwi wewnątrz widzę ją jak siada przy stole i obraca w dłoniach głowę figury stojącej z jej boku. Renowacja jest w połowie. Słońce zaświetla jej ciemnoblond włosy z góry. Opary chemikaliów delikatnie skaczą po fotonach tworząc prawie niezauważalną mgiełkę.
Sceneria bajkowa. Gotowe kadry. Cisza. Miarowe tykanie zegara i wszechobecne figury, elementy ołtarzy. Mózg komponuje, kadruje.
Po minucie żegnam się.
Wychodzę.
Dwa kroki.Obracam się.
Wchodzę ponownie.
Uniesiony wzrok znad właśnie malowanej głowy ułatwia pytanie.
- Zgodzi się pani na portret w pracowni?
- Tak.
Krótkie, rzeczowe. Spokojne.
- Kiedyś rozmawiałem tutaj z takim panem na temat fotografii...
- To mój mąż był.
- Jakieś dwa lata temu, pamiętam, że to była urzekająca rozmowa.
- Kilka miesięcy potem zmarł.
Obrazy zareagowały na słowo śmierć. Twórca odszedł, tworzywo nadal milczy o tym głośno. Wisi.

- Proszę przyjść za tydzień. Zrobi Pan zdjęcie.

Siedem dni ciągnie się jak miesiąc. Ta sama godzina. To samo słońce. Wchodzę.
Kobieta siedzi dokładnie tak samo. Dokładnie ten sam fartuch. Te same korale. Włosy wymuskane i nagrzane słońcem prawie parują.
Marynarka utrudnia ruchy, ale musiałem ją założyć. Szacunek...
Śmieszne...? Może....

Kobieta nie odrywa się od pracy. Zdawkowe słowa. Nikomu niepotrzebne. Czuć w powietrzu jakiś dziwny zapach czegoś niedotykalnego.
- Zrobię trzy zdjęcia. To wielki format. Specyficzna rzecz. Proszę po prostu pracować.
- Oczywiście. Mój mąż fotografował.
Dwa lata układają się w logiczną całość. Tamta rozmowa z Nim nie była przypadkowa. On mówił o fotografii nie chwaląc się, że ma ją wszytą pod podszewkę duszy. Ot, nie było potrzeby.

Już.
- Ma Pan chwilę czasu?
- Tak
- Proszę za mną.
Drabina symuluje schody. Trzy stopnie brązowe, dwa czarne, dotykam stopą szorstkiej betonowej podłogi piwnicznej.
Staję przed bramą Zaczarowanego Ogrodu w centrum Gdańska.
Ramy obrazów, stelaże, blejtramy, chemia, butle z cieczami... Oddech wariuje.
Na końcu pomieszczenia czarna kotara. Jeden ruch i.... widzę ciemnie fotograficzną. Kurz opanował każdy element. Kołdra szarego pyłu broni niepodległości tego miejsca. Po lewej coś w folii.
- To aparat, którego nie używam. Ktoś nam go przyniósł. Nie ma obiektywu.
8x10 cali miechowy stwór wpada w moje ręce.
Nogi są miękkie.
To jest ten moment kiedy szczypanie się ma sens.

- Mam dla Pana propozycję.
- ?
- Mój mąż fotografował i rozpoczął pewien cykl fotografii. Chciałabym aby Pan to kontynuował...
Zrobimy wspólną wystawę w mojej galerii...

~~~~~~~~~~~~

Jeśli nie wierzycie w magię unoszącą się nad Wami, to zapomnijcie o tym, co napisałem...

wtorek, 24 marca 2009

Związek trwały...


Moda nie istniałaby bez fotografii.
Fotografia bez mody pozbyłaby się kilku najwybitniejszych przedstawicieli gatunku.

Związek ten wydaje się więc nierozerwalny.

Dlatego warto oglądnąć wchodzący wkrótce na ekrany kin film "Coco Chanel".
Chociażby dla samych strojów :)
No, ale przede wszystkim dla Audrey Tautou :)
W kostiumach do filmu maczał palce sam kreator-fotograf Karl Lagerfeld...



poniedziałek, 23 marca 2009

Szekspir według Leibovitz... Italian Vanity Fair


Tak się za każdym razem łapię na tym, że Annie jest osoba dość wszechstronną fotograficznie. I tylko mnie trochę martwi to, że Jej wszechstronność ma jakoś wiele wspólnego z pieniędzmi.
No bo KTO, pytam KTO jest w stanie wyłożyć kasę na TAKĄ sesję jeśli nie wielki koncern wydawniczy? Romeo i Julia we włoskim Vanity Fair.

Tym razem Annie zapytała się: "Być albo nie być...?"
Czy wyszło jej 'być'...? No sam nie wiem.

Mieszane odczucia mam z tej sesji...
Koniecznie zobaczcie ją papierowo, bo papier jednak dodaje jej tego dymku papierosowego, który znaczy dobrą knajpę, jak baryt daje fakturę.




fot.: Annie Laibovitz (Vanity Fair, marzec 2009)

PS
Jest jedna rzecz, której nie kumam. Oto znajduje info, że ta sama sesja była już publikowana w grudniowym Vogue...
O co chodzi?


Polecane... Tim Gruber


Jest coś wyzywającego w portretach Tim'a.
Ten para-reporterski sposób kadrowania, to światło z lampy i te kreowane do bólu sytuacje. Niby zastane, a jednak aranżowane.

Nie muska tych fot. Nie upiększa ludzi. Oddaje ich takimi jakimi są lub (!!!) takimi jakich on ich widzi.

Cytując motto autora: "Every face has a story" - polecam: Tim Gruber




fot.: Tim Gruber (x3)


niedziela, 22 marca 2009

Look on the dark side of life...


Nie wiem, czy rozumiem czym jest macierzyństwo...
Nie wiem, czy fotografia umie opowiedzieć czym ono nie jest...
Wiem, że życie ma setki stron w różnych odcieniach...

Jedną z nich, zapewne tę po lewej stronie wykresu poziomów, zajmuje esej Paula Ruhter'a - "He deserves more".

Nie chcąc tłumaczyć, cytuje autora:

Okay, so here is a three-piece series I worked on for several months. Natasha's Story is not a story about teen pregnancy, but her decision and emotions of giving her baby up for adoption. I followed Natasha and her family through the pregnancy and emotionally photographed the final moments that the family spent with the new baby. A family from Wyoming adopted the baby boy and were present for the birth. Throughout the months, this story had its ups and downs, from a story-telling stand point, but in the end, we were lucky to have gained the trust of a wonderful family to accept us and to let us witness one of the hardest things I've ever had to photograph. Also, this story completely fell into place, as meeting Natasha happened while we were covering her high school as it burned to the ground last year. An inspiring story indeed.Here is a link for a multimedia piece we published for the final story.


Tutaj wersja slideshow z dźwiękiem.
Tutaj same obrazki.


fot.: Paul Ruhter



PS
Tak mnie naszło, aby uzupełnić ten wpis:


I te fotki... :) Czad. Każdy takie ma.



sobota, 21 marca 2009

Fotograf NN... Jerome Bonnet


Portrety Jeroma są połamane. Nie są to mistrzowskie kompozycje ani niezwykle wymyślne scenerie. W sumie wpisuje się w mój poprzedni post o przeciętności w dobrym wydaniu.
Mój kolega powiedziałby zapewne, że są za mało zdecydowane.

Niemniej Jerome, jak pamiętacie, dostał 2. nagrodę w kategorii Portret na tegorocznym WPP za zdjęcie Dennisa Hoppera (poniżej na zielonej kanapie).

Ze spokojnym sumieniem, ale tez trochę przekornie polecam: Jerome Bonnet




fot.: Jerome Bonnet (x3)


piątek, 20 marca 2009

Niewybitni....


Słońce co sekundę przetwarza 600 mln ton wodoru w hel, tracąc 4 mln ton swojej masy


Czy ktokolwiek jest sobie w stanie wyobrazić te liczby, te wielkości, te masy? Nikt.
Bo dotykamy spraw absolutnych prawie. Nieograniczonych ilością, ale raczej możliwością ogarnięcia przez nasz umysł. Staramy się wszak to jakoś klasyfikować i zrozumieć, ale dążenie do znalezienia odpowiedzi w kwestiach absolutu jest ułudą.

Tak samo jak stała i bezustanna dążność do zrobienia zdjęcia doskonałego.
Dzisiaj dowiedziałem się, że powinienem robić zdjęcia skrajne, wybitnie skrajne i "zdecydowanie zdecydowane", bo tylko taka fotografia ma szansę się dzisiaj przebić.

Fotki, które zatrzymały się na etapie tworzenia w pół drogi, są zdaniem mojego rozmówcy, nic nie warte. Bo nikt nie zwróci na nie uwagi.

Jąłem przeto sam ze sobą toczyć dyskurs, aż mi zaschło w gardle i sięgnałem po butelkę Tarczyna porzeczkowego, gdzie na zakrętce znalazłem przytoczone pierwsze zdanie posta. Pomyślałem, że to dążenie do bycia za każdym razem wybitnym, ponadprzeciętnym i niewyobrażalnie oryginalnym jest męczące i fałszywe.
Co złego jest w fotografii niewybitnej?
Codziennej?
Prostej?
Zwyczajnej?
Przeliczalnej na dekagramy helu, a nie mln ton ?

Ano nic.
Więc róbcie ludziska swoje w swej dziedzinie bez permanentnego ciśnienia na rzeczy wielkie i zdumiewające.
Bądźcie normalnymi ojcami, matkami i fotografami.
Bez cisnienia.
Ot... just like that.

Zostawcie te rankingi i kolejne punkty. Na zieloną czapkę Wam to!?
Róbcie co lubicie.
Fotografujcie po swojemu.

Poczujcie to, co czuje się w pierwszej klasie podstawówki... ot beztroska.
Beztroska robienia tego, co w głowie gra.



No co ja mam w twarzy....?


...cierpienie? :)

Jest taka pewna właściwość ludzkiej twarzy, dzięki której nadaje się ona do portretu lub nie. Coś takiego w wyglądzie i budowie twarzy, co powoduje, że wyłapanie tego w kadrze i w wizjerze gwarantuje sukces. Ba! Sukces jest murowany.
Złapanie tej szczególnej właściwości jest wyzwaniem. Ale można się tego choć w części nauczyć.

- Dlaczego Pan się we mnie tak wpatruje? - kobieta w średnim wieku staje na przeciwko mnie w Empiku. Ma w twarzy zuchwałość i odwagę. To ten typ osoby, która z ciekawości pójdzie w ciemną ulicę i nawet nie mrugnie okiem na niebywałą propozycję zanurzenia się w czymś nieznanym.
- A przepraszam, ale ma Pani ciekawą twarz.
- Normalną
- Każdy tak odpowiada, ale sama Pani wie, że wszyscy się jakoś różnimy.

Taka rozmowa z obcym człowiekiem jest wyzwaniem, które uwielbiam. Bo delikatny uśmiech w kąciku ust powoduje, że już mam nitkę w ręku i teraz tylko delikatnie wysnuwam ją.
Nie. Nie jak pająk do ofiary podchodzę. Raczej jak ciekawy szczeniak do pierwszy raz widzianej pralki.

- A to czemuś służy, takie gapienie się?
- A po prostu szukam ciekawych ludzi..
- A jak już Pan znajdzie...?

To ważna chwila... Nie można przegiąć, bo zbłaźnimy się i pozostanie niesmak.

- To wtedy albo starcza mi odwagi aby zapytać, albo nie starcza.
- No i...?
- No i wtedy pytam, czy mogę zaprosić na sesję do studia.
- Jaką sesję?
- Fotograficzną.

Jeśli do tej pory nie otrzymałem ciosu w szczękę lub nie padły okrzyki: Zboczeniec! To połowa sukcesu.

Szukam twarzy wszędzie. Ostatnio sprzątaczka w biurowcu zachwyciła mnie swoim spojrzeniem. Człowiek sprzedający balony na Długiej (cały rok!) pokazywał mi swoje ręce zmrożone.
Wokół nas są ludzie z ciekawymi twarzami.
Więc pytajcie czasami samych siebie jak Młynarski: "no co ja mam w twarzy..." :)

Portret... szukanie czegoś w twarzy?
Ano też...




mod. Karolina Tojza
(to nie pani z Empiku!)



wtorek, 17 marca 2009

Fotograf NN... Jan Scholz


Uch... niektóre portrety kobiet tego gościa mnie wgniatają.
Głowa zatrzymuje mi się na wysokości żeber wciśnięta w otwór szyjny.

Polecam przejrzeć cała Galerię Jana Scholz'a.
Więcej na Flickr.




fot.: Jan Scholz (x4)


"Zakaz fotografowania"... już blisko


Wiecie, że wraz ze wzrostem adrenaliny w moich żyłach, staje się skrajnym radykałem w kwestii dostępności aparatów dla wszystkich :)
Jakby wyczuwając moją nerwicę związaną z głupimi pomysłami fotograficznymi, sąd w Gdyni przestąpił Rubikon.

Oto czytam, że jakaś "mądra" sędzina lub sędzia zakazał gry na klarnecie studentce gdańskiej AM we własnym domu :)

Czyli już jesteśmy o jeden krok bliżej ku zakazowi fotografowania w ogóle albo zakazowi kupowania aparatów i wprowadzenia limitów na licencje. Bosz... widzisz, a nie grzmisz.

Wyobrażacie sobie wyrok dla iczka za zrobienie portretu...:) na ulicy.
Dobre, dobre...

Nie wiem czemu paranoja dotyka najczęściej instytucji, które mają stać na straży porządku? To jakaś reguła?


Ja przez całe życie znosiłem dzielnie wprawki i palcowania mojego sąsiada z góry, który w bloku miał oczywiście pokój nade mną i ćwiczył zapamiętale na... akordeonie!
Sobota, 7.30 rano i pierwsze dźwięki budził mnie miarowo. A wszyscy, którzy znają dźwięk akordeonu wiedzą jak potrafi to wybrzmiewać...!
Z tego miejsca pozdrawiam Pawła Nowaka !:)
Stary to dzięki mojej cierpliwości jesteś teraz jednym z najlepszych młodych akordeonistów w Polsce :)!!!
Mogłem Cię wszak pozwać:)


Ludziska... starajcie się być normalni rzesz by jego.. :)


PS
A co z głośnym seksem...?


Oryginalność jest do dupy... Johnson Girls :)


Chciałbym na chwilę wrócić do wspomnianego parę postów niżej spotkania z Jackiem Piotrowskim. W czasie jednego z monologów, Jacek powiedział coś, co utkwiło mi w głowie, bo to była jedyna rozsądna rzecz jaką powiedział.

Mianowicie, na sztubackie pytanie sztubackiego studenta, jaką drogę musi obecnie przejść młody fotograf by robić fashion i stać się kimś, Jacek słusznie zauważył:
- Kiedy ja zaczynałem, nikt nie wiedział w Polsce co to jest to fashion. Co to jest fotografia mody. Wszyscy wtedy byliśmy na starcie i cokolwiek nie zrobiliśmy było to po prostu pierwsze w Polsce więc odniesienia nie było. Parliśmy do przodu.

No tak... dzisiaj młody adept może mieć nie tylko do dyspozycji pełne wyposażenie studia za kwotę mniejszą niż średnia krajowa, ale przede wszystkim jest w stanie dwoma kliknięciami zapisać na dysku miliony najlepszych na świecie sesji, zdjęć, kompozycji.
Może ogarnąć rynek w minutę.

To sprawia, że, z jednej strony, widzi ile musi zrobić by się wybić, ale z drugiej oznacza, że ma podpowiedzi więcej niż talentu.

Jacek kontynuował mówiąc, że wtedy po prostu było łatwiej. Zresztą podobny ton wypowiedzi (o ile to można nazwać wypowiedzią) utrzymywał Krzysztof Miller opowiadając o początkach Gazety i poszukiwaniu w Polsce fotoreporterów. Zawodowców nielicznych nie interesowała praca w gazecie bez przyszłości, a amatorzy po prostu zaczynali od zera - co zresztą świetnie było widać na jego zdjęciach (czapka z głowy, że nie wstydził się ich pokazać).


To jak to jest...?
Łatwiej zrobić dobrą fotografię generalnie teraz czy właśnie dostęp do wszelakich już eksperymentów wymusza raczej coraz śmielsze i bardziej dzikie poszukiwania?
Wiem, że niejaki "talent" ma znaczenie, ale tak obiektywnie patrząc... !?
Łatwiej zrobić dobre zdjęcia w erze Internetu?
A może łatwiej zrobić po prostu kopię?

Wielu z Was pisało ostatnio, że trzeba iść swoją drogą, nie oglądać się na innych i nie schlebiać gustom jakiś tam plfoto czy innych środowiskowych portali etatowych oceniaczy.
To chyba Celinka śpiewa: "There is only one road I'm walking".

Tylko jeśli idziemy swoją drogą, to czy nie zajdziemy jedynie do drugiego pokoju?
Jedynie do rozumianego przez nas świata..?
Czy nie zgubimy kodu, który pozwala innym nas zrozumieć...?

Każde dzieło musi zachować pewną uniwersalność by było odebrane w ogóle.
Kultura stworzyła takie ramy... Ci, którzy je przekraczają lądują zazwyczaj w rzece idąc pod prąd.

Może więc trza iść nam z nurtem spływać...? Z modą...? Z trendami...?
Oj... nie wiem... dziwny dzień dziś.

Mgła, deszcz, smuta Panie... nic tylko pętać się po plaży z aparatem.
Idę...


PS
Zdałem sobie sprawę, że na blogu żeglarza dotychczas nie pojawiła się żadna szanta.
Naprawiam to.
Od razu z grubej rury.
Świńska, chamska i angielska chyba :)
Osoby wstydliwe niech nie klikają... dziurki, sosy, moczenie itp :)

Mechanicy - Johnson girls




poniedziałek, 16 marca 2009

Czy jestem normalnie nienormalny...!?


Określenie - Jesteś nienormalny! - generalnie ma zabarwienie pejoratywne. Ale nie wszędzie i nie do końca to prawda.
Oto bowiem, wśród pewnych środowisk, bycie normalnym jest co najmniej ujmą na honorze i świadczy o (uwaga!) ograniczeniu umysłowym. Za to bycie nienormalnym daje przepustkę do zrozumienia prawdziwej tkanki ontologicznej.

Słowa więc normalny i nienormalny w określonym kontekście mogą zamieniać się znaczeniami.
Sztuka jest świetną warstwą kulturową, na której te słowa robią karierę i najłatwiej je zdefiniować wymyślnym akapitem.

Czemu pisze te androny...?

Bo zadałem sobie pytanie czy ja jestem już tak bardzo normalny, że rzygać się chce ludziom na mój widok i na widok moich postów, czy też może (oby!) jednak wciska się nam coś by nas przekonać, że nasza normalność to ułomność.

Czytam bowiem oto COŚ TAKIEGO na jednym z portali fotograficznych i oglądam podłączone zdjęcia.

I nie rozumiem!

Łzy napływają mi do oczu.
Kark wilgotnieje w ułamku sekundy, bo cała wiedza, która zapchałem sobie dysk twardy pod czaszką na nic się zdaje. Nie potrafię złożyć zdań. Łapię powietrze...
Jeszcze raz. Patrzę na zdjęcia.
Czytam powoli.
Za cholerę nie wiem czy to jest o fotografii?
A może to przepis na ciasto?
A jeśli to o fotografii, to gdzie jest ta fotografia? Gdzie jest proces twórczy, immanentny każdemu dziełu?

W końcu daje za wygraną.

Jestem normalny dla nich.
Jestem nienormalny dla samego siebie.

sobota, 14 marca 2009

"Fotograf" NN... Lilya Corneli


Wszystkim Koleżankom i Kolegom, którzy preferują kolorowanki niż sam obraz zapisany na negatywie, pozytywie czy karcie, zapewne spodoba się Lilya Corneli.

Nie powiem... grafika potrafi kupić. Zwłaszcza w takiej tonalnej zupie i przyprawiona takimi dźwiękami akcentów barwnych.

Jak bardzo bym się nie zżymał, że to już nie fotografia, ale przetworzony obraz malarski prawie, to nadal mi się to kurcze blade podoba.
Nie poradzę, choć wewnętrzne JA szepce złośliwie: Iczek - to nie jest fotografia!

Z rozdartym sercem polecam więc: Lilya Corneli.




fot.: Lilya Corneli (x3)

piątek, 13 marca 2009

"Fotograf" NN... Roberto Kusterle


Postanowiłem dodawać cudzysłów, do tego tytułu w wypadkach, w których poziom "odejścia" od fotografii jest dla mnie zbyt widoczny i przesuwa się mocno w stronę grafiki.
Roberto chyba nie do końca jest fotografem, jego prace są grafikami bardziej.

Nie zmienia to faktu, że bazuje na fotografii i pomysłowość tego człowieka mnie onieśmiela.

Już nie raz powtarzałem wielu osobom, że przy współczesnej technice i zaangażowanych środkach elektronicznych, nie jestem praktycznie w stanie określić, co ze zdjęcia jest zdjęciem, a co już postprodukcją.
Tutaj na pierwszy rzut oka, wszystko wydaje mi się dorobione, ale jak się przyjrzę bliżej, to mam wrażenie, że to jest jednak w99% fotografia... przynajmniej w pierwszej galerii. Druga to już kombinacje. Trzecia znowu fotografia.
Możecie wyprowadzić mnie z błędu lub utwierdzić w nim?

Polecam artystę Roberto Kusterle






fot.: Roberto Kusterle (x4)


Trochę dystansu....


Tak.. :)
Uwielbiam takie kawałki... totalny bezsens, który mnie wybitnie śmieszy.
Wiec wszystkim tym, którzy się przejmują za bardzo wszystkim na około :)

A może trochę tym, co prowadzą te prezentacje i spotkania, na których bywam.. :)


czwartek, 12 marca 2009

7 fot, które zmieniły historię fashion...:)


Siedem to magiczna liczba.

Rankin, o którym już tutaj kiedyś pisałem wziął na tapetę jego zdaniem 7 najlepszych modowych fot w historii.

Historia fotografii i ciekawy backstage.
Polecam wszystkie odcinki: Cecil Beaton, Erwin Blumenfeld, Richard Avedon, Helmut Newton, Herb Ritts, David Bailey and Guy Bourdin. Materiał przygotowała stacja BBC4.



Tutaj linka do YouTube

Fotograf NN... Lisa Wiseman


Lubię taką fotografię. Lisa doprowadziła niedopowiedzenie na dokładnie ten skraj przepaści, który i ja często odwiedzam...
Już, już krok chcesz dać... przesunąć obiektyw trochę w lewo żeby pokazać więcej, ale jednak zatrzymujesz kadr na "uciętej nieprzepisowo" głowie, kolanie, biodrze.

Podoba mi się.

I te ciuszki. Niezbyt przerysowane, naturalne niejako.
Lisa mnie kupiła.
Prostotą i jednocześnie brakiem silenia się na wyrafinowane kompozycje. Kadruje jak czuje i to jest piękne!

Polecam Lisę Wiseman.





fot.: Lisa Wiseman (x3)


Piotruś Pan...w każdym fotografie?


Kiedyś napisałem taki oto tekst o Mistrzach i Piotrusiu Panie. To była taka polemika z Rudolfem i jego problemem z Mistrzem.

A wczoraj w Gazecie znalazłem bardzo fajny artykuł odnoszący się do zjawiska "Piotrusia Pana" u mężczyzn - "Piotruś Pan. Epidemia"

Żeby powiązać te wątki, to napiszę tylko, że mam wrażenie, że większość facetów fotografów to takie Piotrusie, które chowają się za tymi aparatami i skrycie wkładają w czasie sesji czapeczki z piórkiem...
Wczorajsze spotkanie z panem JP tylko mnie w tym utwierdziło.

***

- BERNA: Fotografowie-mężczyźni już dawno wyginęli.
- MAKS: Wyginęli? Przecież to nie były mamuty!


środa, 11 marca 2009

Grzech śmiertelny Jacka Piotrowskiego....


Czego dowiedziałem się od Jacka Piotrowskiego w 45 minut?
Ano tego, że fotografia nie jest sztuką (powtórzone 3 razy), że Jacek nie potrafi wskazać we własnych pracach żadnego wyjątkowego, że rzemiosło to jest to , co go interesuje, i że nie można kopiować Helmuta Newtona. Acha, no i że od 5 lat nie używa światłomierza.

Powiem tak. Od człowieka bez pasji, gorszy jest tylko fanatyk religijny.
Tak wielkiego rozczarowania osobowością nie przeżyłem od czasów podstawówki, gdy moją starą polonistkę zastąpiła młoda gniewna studentka bez biustu.
Brak pasji, to grzech śmiertelny!


Jeśli ktoś nie ma w sobie pasji, to nie będzie dobrym muzykiem, fotografem, malarzem, a nawet dobrym w łóżku!
Dawno żadna rozmowa o fotografii (choć to wcale nie była rozmowa) mnie tak nie zdołowała. Jeśli jest metoda, aby odstraszyć od fotografii pasjonatów, to Jacek ma przepis.


Uwaga do organizatorów - nie wiem czym różni się student w XXI wieku od tego nawet z moich lat, ale jak widać świat galopuje, bo jeśli prowadząca nie potrafi powiedzieć o zaproszonym nic więcej niż jego nazwisko to jest to żenujące!
Całość zorganizowana totalnie bez pojęcia, co tylko świadczy o poziomie studenckiej braci.
Żałoba!
Chwalę boga, że już nie studiuje, bo jak słyszę takie inteligentne pytania jak tego amatora pracy w studio, to mnie przeraża przyszłość intelektualistów w Polsce.

Suma sumarum - George miał rację odradzając mi pójście.
A same zdjęcia... bez echa. Ot - fotki.



Piękno, czy pic i fotomontaż...?


Są kobiece twarze, który potrafią zamrozić czas.
Zdarza się nawet, że upływ zamrożenia znaczyć można soplami lodu powstałymi na brodzie mężczyzny, która zobaczył owe bóstwo... tyle potrafi to trwać.

Często, dopiero fotografia odkrywa to, co potrafią owe kobiety ukryć skrzętnie codziennym byciem. Bo mają inne zajęcia, bo nie interesuje ich powierzchowność ciała, bo ... bo nie.

I tutaj jest ta fajna rola fotografii... Taka delikatnie mówiąc terapeutyczna, ale też odkrywcza.

Żeglując więc po oceanie kadrów i cieśninach przysłon, spotykamy te małe wysepki i zaczynamy je zasiedlać. Znajdujemy swoją muzę, którą biczujemy wprost ułamkami sekund naszych kolejnych naświetlań. Okładamy ją kolejnymi przysłonami i pochłaniamy jej obraz w nasze skomponowane w głowie kadry.

Oczywiście większości muz nie poznalibyście na ulicy mając w ręku jej zdjęcie :)
Odkrywanie swojego własnego piękna przez fotografię potrafi być zajęciem bardzo miłym... czasami jednak też deprymującym.

Nie wszyscy bowiem chcą być ładni.
Ludziom nie zależy na byciu ładnym w pojęciu kolorowych pism i trendseterskich magazynów. Co jednak szkodzi nam od czasu do czasu się zmienić. "Uładnić się" w myśl panujących trendów?!!
Dlaczego nie!
Bo to kłamstwo??
No i co z tego!!??

Są tedy fotografowie, którzy lubują się w "uładnianiu". Oni są praktycznie stworzeni, do tego aby ugłaskać każdego człowieka i pokazać: "Look man! Taki potrafisz być! Takim Cię widzę!".
I nie mówię wcale i wyłącznie o fotoszopie. To potrafi byle grafik. Ale znalezienie "duszy" dla modela, która to dusza będzie pasowała jak dusza do żelazek z XIX wieku - to jest to.

Mówię to tym, co można zrobić z człowiekiem niejako "online" czy "onlife".
I takich fotografów bardzo cenie. I niech gadają, że "prawdziwe piękno" (a co to!) tkwi w sadełku, zezie, grubych uszach - zapewne też... ale nie oszukujcie mnie Moi Drodzy... Wy chcecie widzieć te piękne twarze. I wcale się Wam nie dziwię.

Wiem... tutaj jest ten moment, w którym powinienem wspomnieć o wizażystach i stylistach. Oj tak - chapeau bas!

O czym jest ten wpis.. oj nie wiem... może o kobietach po prostu... :)