sobota, 28 lutego 2009

Touch me...


Co i raz czytam o kolejnych upadkach papierowych wydań dzienników i magazynów. Od marca bodajże 12 regionalnych mutacji Polska The Times zamknęło swoje podwoje (swoją drogą był to zupełnie egzotyczny eksperyment medialny jak na nasze warunki) i ostały się jedynie Polskapresse te tytuły, które przed wejściem The Times sprzedawały się dobrze.

W Stanach jak donosi nasza Gazetowa bloggerka zamykają się gazety z najdłuższym i najświetniejszym stażem dziennikarskim. Za tymi zmianami idą też w odstawkę kolejne szeregi fotoreporterów prasowych, tych dobrych. Mam wrażenie, że od kilku lat mamy generalnie do czynienia z równią pochyłą jakości fotoreportażu prasowego. Słowo prasowy jest tutaj ważne, bo mam na myśli właśnie te materiały, które są publikowane w tradycyjny sposób - czyli na papierze, a nie te przedstawiane w sieci.

Powie ktoś, że to przecież to samo zdjęcie tylko nośnik i sposób prezentacji inny. Parafrazując Osła ze Shreka: "Wybacz, że to mówię, ale jeśli nie wystarczy dobre zdjęcie, to zabijesz ich drukiem w gazecie na całą kolumnę!"

Bo po raz kolejny powiem, że wielkość i jakość ma znaczenie. W fotografii prasowej, reporterskiej jakość podania zdjęć naprawdę ma znaczenie.

Pozostając uczciwym względem Internetu, muszę przyznać, że dokonał się olbrzymi postęp w prezentacji fotografii, czego oczywistym i sztandarowym przykładem jest MediaStorm.
Fotografia nabrała innego wymiaru, którego prasa drukowana nie była w stanie zapewnić. Ale niestety najczęściej nadal mamy do czynienia z formą galerii, które zabijają debilizmem graficznym i autyzmem estetycznym. Byle jak, byle było, byle szybko.

I tutaj jednak wygrywa nadal prasa, bo umiejętnie podany obrazek w umiejętnie złamanych szpaltach zawsze dla mnie wygra z kolejną flashową galeryjką. I wiecie co... nawet ten zapach gazety zawsze miał coś w sobie z rana. Te pobrudzone opuszki palców ciemną farbą drukarską z gazety czytanej w pociągu zmywane po wejściu do biura...
Magia.
A pusty dźwięk klawiszy w moim lapie - jakoś tak mi nie podchodzi....

Może dlatego uwielbiam ładować po ciemku fiszki do kaset, bo czuje w tym misterium jakąś dziwną magię. Magię ciemności. Dotyku dłoni i własnego wyczucia. Szukanie krawędzi prowadnic, delikatne sprawdzanie poprawnej strony materiału, szum wsuwanego szyberka...ostry koniec blokadki zrobionej z gwoździa... ech...
Jak czytanie gazety, jak walka z kolejnymi stronami by dobrze obrócić i zagiąć - misterium :)


"Touch me, touch me now
I wanna feel...."

:)

środa, 25 lutego 2009

Czasowstrzymywacz warszawski...


Wiele piszę o dotykaniu prawdziwej fotografii. Dla większości jest to śmieszne. Dla innych żałosne, a dla niektórych nawet zrozumiałe. Nieliczni jednak przyznają się (mniej lub bardziej otwarcie), że w całym swoim zdystansowaniu do otaczającej rzeczywistości szukają dowodów na istnienie transcendencji. Czegoś poza rolką filmu, kolejnym aparatem, nawet dobrym kadrem. Czegoś co tkwi gdzieś pomiędzy jaźniami.

Tak mnie naszło do tych wynurzeń, bo mimowolnie stałem się świadkiem wstępu do rozmowy o odłączaniu fizyczności od jaźni... oczywiście rozmawiali fotografowie, bo Warszawę odwiedzając w "ostatki" wylądowałem wieczorem późnym w miejscu nie tyle magicznym, co lepiej określonym jako "czasowstrzymywacz".

Środek Warszawskiej Starówki, kamienica pamiętająca odbudowę w latach 50 i piwnica. Małe, ciasne studio fotograficzne i ludzie.

Ten Który Nie Podaje Ręki wciągnął nas w czeluść czasowstrzymywacza i wraz z Tym Co Dzierży Kwadrat jęliśmy oglądać postarzałe albumy Tego Który Nas Ugościł. Formaty wielkości bloków rysunkowych znanych z podstawówki, masa polaroidów, cibachromy i negatywy 8x10 cala otoczone szkłami z XIX wieku robiły wrażenie maszyny czasu.

No i ludzie... po prostu wyłapywanie hemoglobiny spomiędzy osocza krwi w żyłach fotografii. Jakby zanurzyć się głową w akwarium oglądając skalary wspomnień i glonojady przeszłości. Zżerało mnie to. W całości.

Czy może być bardziej intensywne łykanie pasji niż to?
Wątpię.

Ten Który Nie Podaje Ręki był dumny z siebie jak paw i zdecydowanie zaimponował Temu Co Dzierży Kwadrat - przyznam , że mi też, bo spodziewałem się, że sałatka Farfala będzie ostatnim akcentem pobytu w Stolicy.

W każdym razie - koneserom warsztatów fotograficznych i zbytnim przywiązywaczom do detali w fotografii mówimy wspólnie, stanowcze - "Nie idźcie tą drogą!"
Może warto czasami wejść bez aparatu [bo przecież każdy "prawdziwy" fotograf ma go zawsze przy sobie:)] do galerii i pogadać o obrazach, zdjęciach.
Tak po prostu.
Nie zastanawiać się po raz setny czy ktoś domalował rękę w PS, czy kolorki nałożone na pierwotne zdjęcie czynią zeń już grafikę, czy obiektyw za 8000 jest lepszy od Dagorra za 200zł... warto czasami odwiedzić czasowstrzymywacze.
Poszukajcie ich...


PS (dodano 26 lutego)
Okazuje się, że byliśmy szpiegowani. Dotarł do mnie z nieznanego adresu dowód tego postępku.
Ciekawy który to który...?:)



wtorek, 24 lutego 2009

Robię zdjęcia coraz krócej....


Kiedy wykonywałem ten portret na Górkach Wschodnich, kolega [rK] stwierdził, że za szybko pracuje.
Oczywiście była to uwaga niegrzeczna i jak na gościa w moim mieście co najmniej niegrzeczna... ;)

Ale ja faktycznie pracuje coraz krócej - znaczy coraz mniej czasu zajmują mi same zdjęcia, a coraz więcej cały ten anturaż wokół nich.
Potrafię jednym spojrzeniem w kadr ocenić, że dany portret będzie dobry i już więcej nie trzeba kombinować ze świtałem, z tłem... ot po prostu jak się wszystko zgra ze stylizacja, makijażem i sceną to po prostu to jest kwestia 10 minut i mogę iść do domu. Jasne, że nie idę, bo ludzie przyjechali, za darmo najczęściej mi pomagają więc zostaje i robimy te sesję, bo w sumie wypada... ale ja już myślami jestem przy tym zrobionym, wywołanym i zeskanowanum w mojej głowie zdjęciu.

Zaczynam przeto inaczej patrzeć na te wszystkie filmiki backstage pokazujące pracę Wielkich tego świata fotograficznego. Np.: fotki wykonywana pod koniec życia przez Helmuta Newtona... wszystko gotowe, modelka stoi, on wchodzi, coś tam krzyczy aby wypięła tyłek lub wydęła usta i cyk.... nawet kurtki nie zdejmując wychodzi. Buzi, buzi, dziękuje, pozowałaś magnificat i baj, baj.

Karl Lagerfeld, który wziął i zaczął fotografować, to samo.
Wchodzi na plan... wokół 30 osób, każdy chce wytrzeć mu ten bieluśki kołnierzyk, a on patrzy cichutko coś tam szemrzy do topowych 6 modelek na planie. Cyk, cyk.. Hassy w rekach się obraca i ... już.
Wychodzi, macha chusteczką, buzi, buzi, klaps w sześć chudych tyłeczków i baj, baj.

I wiecie co...!

To są naprawdę dobre zdjęcia. I ja zaczynam ufać, że cały ten taniec asystentów, wizażystek i stylistów jest wcześniej ugadany, omówiony i w sumie to po co oni mają tam siedzieć i na to patrzeć...?

Oni mają zrobić fotę i już.

Cokolwiek to znaczy, nie znaczy z pewnością, że porównuje się do nich :)
O nie!

Brakuje mi jeszcze około 30 asystentów....:)

fot.: Karl Lagerfeld for Rosenthal


Film o Fotografii...

Duża litera w słowie Fotografii jest jak najbardziej uzasadniona. Bo to pierwszy film o fotografii naprawdę jaki widziałem.
Jest to najbardziej przesycony erotyką i dreszczem ciekawości obraz ostatnich lat w mojej bibliotece. Sceny naprawdę hitchcockowskie... no i gwiazda.
Mleczno biała Nicole Kidman... uch!... ona nadaje się idealnie do takich ról. Lepszej dobrać nie mogli.

Każdy kto zna mroczną stronę widzenia świata przez Diane Arbus, musi to zobaczyć. Ja sam nie wiem dlaczego tak długo nie znalazłem tego filmu. Ale teraz czuję się spełniony...

Film odrywa mnie od widzenia filmów o fotografii jako dokumentów i przenosi w podskórną warstwę tkanki. Zaczynam się bać, że we mnie jest też ta dążąca do zobaczenia mroku strona człowieka/fotografa.

Polecam Wam Nicole Kidman a'la Diane Arbus w świetnym filmie: "Fur. An Imaginary Portrait of Diane Arbus".





poniedziałek, 23 lutego 2009

Warsztaty cd...


W nawiązaniu do wątku o warsztatach, który cieszył się dużą popularnością, a nawet widzę, że odezwali się tam w komentarzach ostatnio konkretni ludzie sprzedający swoją wiedzę i pytają mnie kogo polecam - pragnę właśnie zareklamować (bezpłatnie!) warsztaty, na które sam bym poszedł, gdybym miał czas :)

Jacek Poremba przeprowadza takie warsztaty współczesnej fotografii mody.
Poszedłbym z zamkniętymi oczami... i zobaczcie jaki koszt :) - 390zł za 10 godzin.

I bez urazy dla wszystkich, którzy odebrali tamten materiał osobiście - nazwisko Poremba budzi we mnie pełne zaufanie, w odróżnieniu od pozostałych :)



Mroczka widzenie fotografii...Gdańsk


Książki o fotografowaniu Andrzeja Mroczka znacie zapewne wszyscy. Jeśli nie czytaliście ich sami, to zapewne słyszeliście o nich.

Czy czytać je warto, czy autora jest ciekawym człowiekiem i jak widzi fotografię w obecnych czasach - możecie sami stwierdzić na spotkaniu z nim w Gdańsku, w Ratuszu Staromiejskim, 28 lutego br. o godz. 18:00

Więcej informacji na stronie NCK - organizatora spotkania.


PS
George - dzięki za linkę.

niedziela, 22 lutego 2009

Dwie wystawy, dwie recenzje...Gdańsk


Sobota zaowocowała kilkoma godzinami wolnymi w planie dnia więc postanowiłem wybrać się na dwie wystawy. Tak się jakoś składa ostatnio, że jedyną instytucją, która organizuje i finansuje wystawy foto w Gdańsku jest NCK - Nadbałtyckie Centrum Kultury i to już jest jakiś znak... Czy w 500 tys. mieście tylko jeden ośrodek kultury działa prężnie w kierunku fotografii?

Wystawa Pierwsza -
"Przemijanie" Agnieszki Lendzion.
Agnieszka jest dość znana lokalnie. Jest córką znanego onegdaj fotoreportera Głosu Wybrzeża (w którym miałem szczęście pracować na studiach) - Wojciecha Lendziona. Więc zamiłowanie do fotografii niewątpliwie odziedziczyła. Niestety zupełnie do mnie nie przemawia cała jej droga artystyczna, którą śledzę o tyle, o ile media na jej nazwisko reagują zazwyczaj entuzjastycznie. Ja - alergicznie.
To co pokazuje teraz w kościele św. Jana to NIE JEST fotografia!! I od tego trzeba zacząć.
Kolorowe bohomazy przypominają raczej grafikę i pod tą nazwą powinno to być pokazywane. Dodatkowo w opisie na stronie NCK czytam, że to jest multimedialne, a w kościele św. Jana ja widziałem jedynie rozwieszone banery na ścianie i nic więcej.
Jakość wydruków i sposób prezentacji jest dla mnie obraźliwy! Jest obraźliwy dla samej autorki, która nie dba o to jak pokazywana jest jej praca. Źle naciągnięte banery rolują się, światło jest równe sile dwóm, no może trzem świeczkom. Generalnie porażka. Nie warto wchodzić...
No i to nie fotografia.

Szybko więc wyszedłem i skierowałem kroki swe ku Ratuszowi Staromiejskiemu na Korzennej, gdzie mieści się...


Wystawa druga -
"Requiem" Piotra Wittmana

I tutaj zacznę od strony technicznej. Oczywiście bez porównania lepiej ogląda się te fotografia, bo to JEST fotografia. Dodatkowo, kurator wystawy wykazał się (jak na nasze warunki) zaangażowaniem i całość jest naprawdę nieźle podana.
Zadano sobie wreszcie trud pomalowania ścian w części wystawienniczej Ratusza, ciemne szare ściany eksponują czarno-białe powiększenia oprawione w jasne passe partout i czarne ramy.

Niestety kilku podstawowych prezentacyjnych błędów nie dało się uniknąć:
- nie można wieszać zdjęć na wysokości kolan (nawet jeśli ich ilość jest zbyt duża jak na pomieszczenie)
- brak wystarczającej ilości świateł nie da się zastąpić próbą oświetlenie dwóch zdjęć jednym reflektorem
- szare wycięte literki napisów na ścianie trzeba dobrze dobrać do koloru ściany bo obecnie są one zbyt zlewające się...

Od strony artystycznej mam wiele własnych uwag, bo zdjęcia nie powalają mnie. Temat jest świetny i bardzo mi bliski i Piotrowi dzięki za jego zrobienie.
Dodanie do wystawy monitora LCD i lecących wywiadów jest mega pomyłką! Zalatuje mi CSW w Warszawie, gdzie wyje to wszystko i pokazuje, że współcześni artyści bez telewizora nie umieją nawet stworzyć zupy.
Poza tym, dźwięk się rozlatuje na miazgę i gubi się klimat zdjęć. Bez sensu ten LCD.

Z obu wystaw, mogę polecić tylko Wittmana. Choć nie jest to esencja tematu...

PS
- autorska strona Agnieszki
- autorska strona Piotra



sobota, 21 lutego 2009

The [Im]Possible Project....


George podesłał mi info, że w dzisiejszym "Dzienniku" ukazał się artykuł na temat tej niemożliwej misji...

Viva la Polaroid... :)


czwartek, 19 lutego 2009

Fotograf NN... Paulina Anna Buczyńska


Czy można połączyć wiele niebanalności...?
Czy można szyć, zdjęcia robić i pozostać wyjątkowym w zalanej chińszczyzną smugą galaktyczną w środku której tkwi ten padół zwany Ziemią?

Ano można.

A dowodem na to jest pracownia PauliAnna, która kryje w sobie te wszystkie przymioty. Autorka skryta wprawdzie tak głęboko, że sam nie wiem dlaczego jeszcze jej nie znałem, ale zarówno projekty ubrań, jak i same zdjęcia mnie przekonują, że nie jest za późno dla prawdziwej, wyjątkowej i unikatowej Sztuki.

I dzięki tej świadomości oddycham jakoś tak luźniej, pełniej, swobodniej...

Zapraszam... pracownia PauliAnna (Paulina Anna Buczyńska)
(niestety ten Flash jest fatalny, ale cóż - taka skaza na ideale)





fot.: Paulina Anna Buczyńska (x4)


Esencja fotografii wg. Flussera...


Kontynuując poboczny wątek rozważań na temat kursów fotografii, chciałbym przytoczyć wspaniałe w mojej ocenie zdanie podsumowujące obecną sytuację na oceanie współczesnej fotografii.

Zdanie znalazłem na jednym z portali okołofotograficznych (ŚO), a jego autorem jest Vilem Flusser:

"Ten, kto pisze, musi znać reguły ortografii i gramatyki. Kto pstryka, musi przestrzegać coraz prostszych instrukcji obsługi"

:) Piękne.

I to się idealnie spasowuje z tym, o czym piszecie w komentarzach do poprzedniego wątku. Umieć czytać instrukcje obsługi (często dwustronną) nie oznacza wcale, że jesteśmy fotografami i że w dodatku zyskaliśmy wiedzę, którą możemy przekazywać.
To znaczy jedynie tyle, że umiemy czytać i trafiło w nasze ręce proste narzędzie. Coraz zresztą prostsze te narzędzia są przygotowywane z premedytacją, ale to wiecie.

To zdanie jest zaledwie częścią rozważań jakie Vilem czynił przez całe swoje życie. Okazuje się, że praktycznie większość jest aktualna nawet po 18 latach od śmierci. Wszystkim proponuje poczytać trochę tego autora. Naprawdę warto spokojnie przemyśleć parę tematów.


*więcej o samym filozofie Vilemie Flusserze znajdziecie na blogu Piotra Zawojskiego pod TYM adresem


środa, 18 lutego 2009

Fałszywa skromność czy buta...?


"Poprowadzę kurs", "Kurs fotografii", "Szkolenie z fotografii ślubnej", "Kurs fotografii studyjnej"

To najczęściej widziane ostatnio przeze mnie ogłoszenia. I muszę Wam przyznać, że za głowę się czasami łapię...!

Bo ja w większości wypadków znam tych ludzi. Z internetu, z grup, z forów, ale przede wszystkim ze zdjęć.
Ba!
Są wśród tych osób przypadki ludzi, którzy zaczęli fotografować 2-3 lata temu. A część z nich o fotografii dowiedziała się może tydzień wcześniej. Teraz są nauczycielami. I to nie za 5zł. Ceny tych kursów jedno- lub dwudniowych wynoszą od 1000zł wzwyż.

I ja się pytam delikatnie tych delikwentów... skąd w Was tyle pewności siebie, że po 2-3-4 latach fotografowania uznajecie się za osoby dysponujące wiedzą, estetyką i zdolnościami do przekazania tej "wiedzy", którą posiedliście przez kilka lat!??

Skąd!!!???

Bez fałszywej skromności powiem, że liznąłem fotografii w stopniu co najmniej zaawansowanym. Aparat w moich rękach praktycznie zrósł się z ciałem. Znam tajniki oświetlenia, tajniki techniczne i po prostu znam fotografię od podszewki. Od Druha do 5D. Od Smieny po Graflexa. Uważam (nadal nieskromnie), że mam też jako takie wyczucie estetyki i poczucie kompozycji.

I mając te wszystkie lata (chyba z 15) czynnej fotografii za sobą - mam przeogromne (!!) obawy przed dzieleniem się wiedzą z ludźmi tego pragnącymi. Od czasu do czasu ktoś pyta o taką możliwość. I ja się autentycznie boje, że moja wiedza jest za mała. Że kwalifikacje (ważne słowo) nie wystarczają.

A okazuje się, że ludzie, którzy pojawili się na jakiś forach parę lat temu, bez żadnej żenady proponują nauczanie fotografii... Za grubą kasę.

Przepraszam ich, ale czy nie macie wewnętrznego hamulca?
Skąd ta pewność siebie?
To znak czasów...? Łapanie jeleni?

Uch....
A tak mnie poniosło.



Najlepsi na najlepszym...


Ponoć najlepsi pracują na najlepszym sprzęcie. A robią to tylko po to, by zrobić na złość tym cymbałom, którzy mówią, że prawdziwe i artystyczne zdjęcie nie wymaga zaawansowanego sprzętu i technologii.
Ponieważ mój stosunek do takich banialuków zawsze był jednoznaczny więc niedouczonym matołkom szukającym spełnienia w pracy pudełkiem od zapałek mówię zdecydowane: mylicie się :)

Podstawową zasadą w fotografii, jak i innych sztukach wymagających technikaliów jest...
niezawodność. Za niezawodnością idzie zazwyczaj prostota, bo to ona bywa gwarancją niezawodności. Niestety, tak to już jest, że obie te rzeczy gwarantuje najczęściej sprzęt najdroższy :) Życie Panie.

Filmik reklamowy Profoto pokazuje, że najlepsi uwielbiają chwalić się współpracą na najlepszymi. Wiecie jak to jest: fajny fajnego lubi...



A ja z krótkiego i amatorskiego doświadczenia ze sprzętem fotograficznym mogę tylko powiedzieć, a właściwie potwierdzić starą prawdę, że biednego nie stać na tanie (czytaj: gówniane) rzeczy.

Pisze tak o tym, bo Profoto dotychczas, a może i nadal traktowany był jako sprzęt najdroższy i raczej już dla zawodowców. Firma niemniej pewnie też odczuła silny atak chińskich produktów, które wprost zalały rynek w ciągu ostatnich 2 lat. Wielcy producenci muszą więc szukać tańszych rozwiązań. I Profoto wprowadza na rynek serię dla beginnerów niby: D1. Na YT jest cała seria filmów z tymi lampami.




A oto ceny US dla początkujących wedle Profoto:)

  • D1 250 $969.
  • D1 250 AIR $1,069.
  • D1 500 $1,069.
  • D1 500 AIR $1,179.
  • D1 1000(AIR only) $1,669.
Czyli co...? Jutro zamawiamy?:)



wtorek, 17 lutego 2009

Analogowy czas...

Brzmi trochę jak Czas Apokalipsy, ale nie będzie o zapachu napalmu o poranku, choć zapach wywoływacza z wieczora jest zapewne równie ekscytujący.

Będzie trochę o relatywizmie czasowym. W sumie to już o tym się pisało i sam pisałem i sam przemyśliwam te kwestie w związku z cyfryzacją sztuki fotograficznej. Niemniej po kilku dniach od ostatniej sesji popadłem w spore przygnębienie wynikające z tego, że moja teoria dotycząca czasu jaki pochłania nam tak naprawdę cyfryzacja (niby mniej, a więcej) pomału kładzie się w gruzy.

Ostatnio bowiem stwierdziłem, że koledzy mający aparaty cyfrowe, które z natury rzeczy miały służyć przyspieszeniu pracy i szybszemu zdobyciu upragnionych efektów, wcale temu nie służą, a wręcz odwrotnie... im więcej tych plików, tym wolniej im idzie.

W domyśle, złośliwie śmiałem się z tego wszystkiego i cieszyłem oko patrząc na trzy kasety 4x5 leżące w kuchni i czekające aż 6 fiszek zostanie wywołanych.
Niestety...

Po kilku dniach od ostatniej sesji, wczorajszego wieczoru ogarnął mnie smutek, bo... nie mam czasu!
Po prostu nie mam czasu obrobić 11 fiszek, które zaświetliłem świadomie w studio. Niby to proste... Zrobiłem pięć Provii100 i sześć trixów. Nic wielkiego, ale tak policzmy:

  • dzień po sesji oddaje fiszki slajdów do wołania
  • odbieram wieczorem i już czasu brak by zeskanować
  • nadal czekają negatywy, bo muszę kupić wywoływacz
  • następny dzień (wyjaśniam, że "dzień" zaczyna się dla mnie po godz. 18:00!) - rozrabiam wywoływacz i... skanuje slajdy. Na wołanie BW już nie mam sił.
  • jeden slajd zabiera mi około 35 minut (skanowanie, obróbka, przygotowanie do netu)
  • nieświadomie zahaczyłem już o następną dobę, bo skaner ląduje na półce o 01:00
  • kolejny dzień wreszcie przeznaczony dla trixa... wołanie dzięki Paterson Orbital zajmuje "tylko" około 40 minut, negatywy wiszą głowami w dół na karniszu do następnego dnia
  • znowu zaczynam po 21:00 "swój czas" i skanuje negatywy... obróbka czeka...
... upłynęły 4 dni, a ja nadal nie mam wszystkich kadrów gotowych. Gdzie jest ten cholerny zysk z tego, że robię analogiem, wielkim jak krowa i mało naświetlam...?! No gdzie!?
A co byłoby gdybym robił 35mm i miał 36 klatek..?

Ech... analogowy czas wcale nie płynie szybciej od cyfrowego. Zegar w salonie (kiedyś to się nazywało duży pokój) ma wskazówki i wahadło i kurcze za nic na świecie nie chce chodzić inaczej niż ten chiński na wyświetlaczu w piekarniku.

A dziś śnieg... szlag to trafi... znowu stracę 2 godziny na dojazd... czyli wrócę dwie godziny później... czyli nie obrobię reszty negatywów... czyli...



Poniżej to, co się już doczekało swojej kolejki. Jak widzicie światło "złożyło swój podpis" na części fiszek. Nie będę odbierał mu prawa do tego, wszak to jego zasługa, że tam w ogóle coś widać. Ja tylko występuje w roli "łapacza fotonów".


*wizaż - jak zwykle wspaniała: Beata Fryz, nieoceniona asystentura mojego partnera (na razie tylko zawodowego): Darka. Pozował nam: Dawid.








poniedziałek, 16 lutego 2009

Piąty świat....


Już nawet nie jesteśmy w tyle. My jesteśmy końcem końców... w kulturze.
Wracam tylko na chwilkę do kwestii związanych z prezentacją fotografii w Polsce. Z warunkami i standardami, w jakich ogląda się fotografię w naszym 40. milionowym kraju. W kraju zanoszącym się dumą narodową i bogatą kulturą przeszłą.
W kraju Chopina, czy znajdę takie pomieszczenia wystawowe jak prezentuje David Fokos ze swoich wystaw?
W kraju Witkacego, czy znajdę zakład ramiarski, który zrobi mi porządne ramki do wydruków zrobionych ręcznie w ciemni na barycie z namaszczeniem?

Mam nadzieje,że gdzieś tak... może Wy wiecie gdzie?


Zobaczcie te wnętrza, to światło w galeriach, ten klimat... tam po prostu CHCE SIĘ oglądać te zdjęcia.


piątek, 13 lutego 2009

Paterson Orbital dla wielkoformatowców....


Idąc za radą jednego z Komentatorów, zakupiłem do wywoływania fiszek 4x5 Paterson Orbital i jestem szczęśliwy...:) Skróciłem czas wołania 4. fiszek o prawie trzykrotnie :)

Urządzenie jest prawie idealne. Wołać można jednocześnie cztery fiszki 4x5 cala, dwie 5x7 cala i jedną 8x10 cala!! :) i to
w ok. 250ml płynu- wypas.

Jednak - jak powiedział bezrobotny ojciec dziewięciorga dzieci dobierając sie do swojej żony wieczorkiem: "Nie ma takiej rzeczy, której nie można zrobić lepiej..." :)

Tak samo i tutaj przyda się przyszłym użytkownikom trochę ulepszeń, które sam przećwiczyłem.

1. Spód tego koreksu jest gładki jak stół i po wylaniu wywoływacza - fiszki naturalna siłą rzeczy, przyklejają się do spodu... ja w ten sposób musiałem pięknie płukać ponownie pierwsze cztery wołane fiszki...:) A wystarczy podkleić w rogach fiszek na spodzie koreksu silikonowe łezki z Ikea, które znalazłem u siebie na szafach... chroniące drewno przed obiciem szklanych drzwiczek.

2. Można też po prostu gorącym gwoździem porobić w spodzie wyżłobienia, ale to masakruje całość.

3. Mieszać należy w rękach a nie na specjalnej podstawce, bo niestety trący o siebie plastik stanowi zbytni opór i trudno wymierzyć siłę w rękach. Robiąc to w dłoniach mamy pełną kontrolę.

4. Wylewać należy dość energicznym ruchem, co dodatkowo spowoduje lepsze wydobycie się płynu spod fiszek.
I to wszystko. Urządzenie jest naprawdę świetnym rozwiązaniem. Załadowane w ciemności 4 fiszki wołamy już potem jak w normalnym koreksie. Bajka.
Trudno niestety to kupić na eBay. W Polsce nie do dostania. Ja miałem szczęście. W godzinę po moim ogłoszeniu na LargeFormat zgłosił sie do mnie ktoś z Londynu. Całość wyszła mnie 35 funtów i za tydzień miałem to w domu.





PS
Sprawdziłem rachunek, zapłaciłem 35 funtów jednak, a nie ja napisałem pierwotnie 60... :)

.

WPP 2009... no i już jest


Tak na szybko na razie, bo pewnie dyskusja będzie trwała.
Zapraszam do zobaczenia jak w tym roku gusta jurorów się zmieniły lub nie :)

Wygrał w tym roku Anthony Saua (dla Time)


Reszta wyników...

Powiem jedno - winieta rules !! :)
Każde zdjęcie prawie ma winietkę :)


A oto mój zwycięzca!
Szok! W tym ujęciu jest wszystko co potrzeba do ilustracji wydarzenia. Perfekcja i szczęście..!

fot.: Yannis Kolesidis, Greece, Reuters
(antyrządowe wystąpienia w Grecji)



No i, o ile dobrze widzę, nagrodę trzecia w Sports Features dostał Polaroid 55, w osobie Tomka Gudzowatego.. :)


Są też zdjęcia, które coś mi jednak przypominają:)

fot.: Brenda Ann Kenneally (2008)

fot.: Mary Ellen Mark (1994)

.

czwartek, 12 lutego 2009

Cztery tuziny talentu... okiem Annie.


Duety, zespoły, wspólna chemia i efekt...!

O tym opowiadać ma kolejna sesja Annie Leibovitz dla Vanity Fair. I powiem Wam szczerze... cóż z tego, że to znane osoby i samograje.... cóż z tego, że Annie zna ich wszystkich prywatnie i zrobią dla niej wszystko... cóż z tego, że pachnie to łatwizną i powtórkami...

To po prostu jest kawał świetnej roboty fotograficznej i mogę gapić się na to całymi dniami... :)

Zapraszam.

Tutaj Sesja...
Tutaj Backstage...
Tutaj Video...



fot.: Annie Leibovitz


środa, 11 lutego 2009

Kolodion w 14 minut i 56 sekund...


Mam nadzieję, że część z Was zna choć trochę język, którego ja z kolei przestałem się uczyć gdzieś w okolicach 8 klasy podstawówki.
Czego do dzisiaj nie mogę sobie wybaczyć!

Zdjęcie wykonuje i proces pokazuje Alexey Alexeev, którego portrety w kolodionie można zobaczyć na jego stronie.
Niezmiennie polecam te technikę...



Precyzja....


...ki diabeł ?

A że ponoć tkwi w szczegółach więc wychodzi, że precyzja to diabeł.

Ale czy na pewno?

Czy precyzja jest aż tak bardzo istotna w fotografii...?

Kiedy niedoświetlasz negatyw o 2, a nawet 3 działki przysłony, mówisz, że to nie ma znaczenia i rzeczywiście, osoby pamiętające negatyw i jego właściwości doskonale wiedzą, że w wypadku tego podłoża to norma.

Zawsze śmieszyło mnie (przepraszam purystów) całe to tańcowanie po mieszkaniu z koreksem i podskakiwanie z nim w miarę przepisów, które znaleźć można po sieci, traktujących o kręceniu tymże co 30 sekund w lewo i potem co 15 sekund w prawo i kolejny cykl... i znowu...
Zresztą szczegółowe opisy sposobu płukania negatywu są równie zabawne... te sposoby na równomierne rozchodzenie się wody w koreksie... te wężyki gastroskopowe...uch... :)

Zapewne Ci, którzy przywiązują do tego wagę już unoszą palce nad klawiaturę by napisać, że to iż jestem niedbały nie znaczy, ze powinno się tak robić jak ja i olewać dokładność.
Że różnice w dobrze wstrząśniętym koreksie (nie mieszanym) dostrzeże jedynie ten, kto docenia precyzję.
Cóż... ja tam mocze wszystko w myśl słów jednego z bohaterów serii "Genius of Photography" - wojna - dwa hełmy i narożnik okopów. I jakoś 50 lat przetrwały te negatywy :)

No dobrze, a co z kadrowaniem i kompozycją...?
Czy tutaj też można zdać się na niedbałość i wyjdzie?

Wiec odpowiadam, to zależy...
Cha - szczwana bestia... powiecie...

No tak, bo moim zdaniem zasada jest prosta. Jeśli to, co fotografujesz samo w sobie jest już "piękne" (cudzysłów bardzo istotny - sic!), to reszta dopełniająca kadr ma małe znaczenie.

Przykład z życia - stylistka i wizażystka stworzyły coś pięknego. Owo dzieło siedziało sobie i patrzyło i to wystarczyło, bo po prostu obojętnie co bym Owemu stworowi dał do ręki, obojętnie czym bym Go zastawił w tle białym, czarnym, różowym - to i tak nie miało znaczenia. Dzieło było skończone i precyzja samego kadrowania i kompozycji nie miała już znaczenia. Nawet jeśli skrzywię kadr i niedoświetle. Ba..! Pogarszające jakość zabiegi nawet dodałyby temu czemuś większej rangi. Ucieczka od precyzji zaczyna nabierać wartości...!

Kolega z sieci robi świetne portrety kobiece. Wykorzystuje naturalne piękno twarzy i dodaje od siebie umiejętne łapanie światła i spojrzenia. Czysto, schludnie... detal nie ma znaczenia. Ale uparł się i postanowił coś zmienić - dodać precyzyjny detal. No i się zesrało... (sorry). Wyszło coś banalnie przećpanego detalami (owocami w tym wypadku) i totalnie rozproszonego. A miało być z precyzją i dokładnością. Zagubił jednak walor czystości. Skupił się na nic nie znaczącej w skali całości precyzji...

Ansel Adams uchodzi za mistrza precyzji. Słynne strefy to podstawa dla wielu fotografów w rozumieniu rozkładu światła i zależności kontrastów. Mistrz robił jednak po kilkaset odbitek tego samego kadru i kombinował z wysłanianiem. A i tak nie ma to teraz znaczenia, bo zależnie od tego jak wstaliśmy podobają się nam raz brunetki, a raz blondynki. Tak samo słynna góra Half Dome z Yosemite zmieniała swoje ciemne i jasne partie zależnie od widzimisię Mistrza. Precyzja... a co to?:) Bo przecież powinno być zawsze tak samo... no bo te strefy, te latanie po polu ze światłomierzem...


fot. Ansel Adams, Yosemite, Half Dome

No to jak to jest...? Czy zbytnie przykładanie znaczenia do precyzji nie jest jedynie sztuką dla sztuki?
Czy nie daje to jedynie pola do popisu dla tych wszystkich, którzy twierdzą, że są w stanie dostrzec różnice w wywołaniu negatywów wołanych 8 minut i 8,5 minuty?
Czy palec modelki przesunięty o dwa centymetry w kadrze obejmującym cała sylwetkę ma jakiekolwiek znaczenie?
Czy fotograf, który pół godziny tłumaczy pozę swojej modelce jest po prostu pajacem?

Precyzja.. ki diabeł?


wtorek, 10 lutego 2009

Fotograf NN... Sergey Yegres


Uch.... coraz bardziej przekonuję się (i ma to chyba związek z coraz częstszą pracą z lampami w studio), że prawdziwą naturę oddaje tylko i wyłącznie światło zastane.
Nawet jeśli ma to być niedoświetlone, poruszone, zaziarnowane do granic wytrzymałości Trix'a, to zawsze będzie to jednak naturalne i tym samym dla mnie lepsze od nawet najlepiej zaświeconej sceny studyjnej.

Nie będę już wspominał, że widziany ostatnio u kolegi baryt 15x15cm jeszcze wydatniej podbija ten efekt pomagając wyłapać resztki fotonów ukrytych w cieniach. Ale oczywiście (tutaj już odpowiadam wszystkim, którzy odbierają to jako sugestie, ze analog najlepszy) robiąc cyfra efekt "lepszości" światła zastanego jest równie widoczny dla mnie.

Niewątpliwym celebrantem światła dziennego lub umiejętnym "przekształcaczem" błysku w dzienne jest
Sergey Yegres...
Jego portrety i sceny rodzajowe są cudownie naturalne, nawet jeśli nie są naturalne. Wiem... masło maślane, ale zobaczcie sami.

Polecam zdjęcia Sergey'a...







fot.: Sergey Yegres(x4)


Zawsze Kwadrat.... !!!!! NAJLEPSZY


No chyba już wiecie..:)
Rudolf wygrał kategorię Kultura!!! Blog Roku !!!

I jakby się malkontenci nie zarzekali, że konkurs niszowy, że coś tam, to jestem pod wrażeniem, że FOTOGRAFIA znalazła uznanie.
Że wszystko co Wam - czytającym i nam - piszącym jest tak bliskie , bliskie też staje się ludziom poza kręgiem "ćpunów fotograficznych".

Cieszę się jak dziecko...

Rudolf - wielka wódka! :)


niedziela, 8 lutego 2009

Zmywarka a fotografia...


Co wspólnego ma zmywarka z fotografią? Ano wiele. Postaram się krótko wyjaśnić...

Zakończona impreza rodzinna. Masa talerzy. Pod blatem kuchennym kryje się cicho metalowo ocynkowana czeluść. Jej głównym zadaniem jest... oszczędność czas i ponoć wody.
Zawijam więc ze stołu stertę statków i... nie mogę ich włożyć szybko do zmywarki, bo muszę resztki jedzenia wyrzucić do śmietnika, a co większa zabrudzenia nawet opłukać w bieżącej wodzie. Co zresztą nakazuje mi podręcznik użytkowania tego "oszczędzacza czas i wody".

Tak więc cierpliwie płucze każdy talerz w bieżącej wodzie i układam w tych niemiłosiernie niewygodnych przegródkach.
Od momentu zakupu zmywarki zużycie miesięczne wody w moim domo wzrosło o 1 do 2m3.
Czas jaki marnuje na zapakowanie tego potwora i potem słuchanie przez 40 minut bulgocącego buldoga w kuchni powoduje, że z kolei rachunek za prąd też jakoś dziwnie podskoczył.
A miało być: dużo, szybko i tanio...!?

A teraz co to ma wspólnego z fotografią...?

Ano ma...

Aparaty cyfrowe miały zapewnić nam stały i szybki (!) dostęp do fotografowania.
Niezmierzone pojemność kart stać się miały gwarancją, że nic nam nie ucieknie.
Robimy: dużo, szybko i tanio!

Tymczasem, patrząc po moich znajomych, którzy męczą się z cyfrą widzę, że pożytkują oni coraz więcej czasu na selekcję zdjęć, ich obróbkę i poprawianie tego, co niby cyfra nie umiała sama zrobić - zanim uznają, że jest ok.
Tysiące plików skacze z karty na kartę, z karty na bank, z banku na dysk i katalogi się uginają. Coraz to nowsze algorytmy automatycznie skalują, kadrują i poprawiają levele i ostrość, a potem... i tak trzeba to jeszcze poprawić. A miało być tak różowo...
Sam wybór jednego zdjęcia spośród 1-2-3 giga danych zajmuje parę godzin.

Jak to więc jest z ta nowoczesnością i zyskiem z niej dla nas...?


Ano tak, jak z tym moim dzisiejszym zmywaniem...



piątek, 6 lutego 2009

Gębule polityczne...


Fotograficzny Portret Polityczny

Tak... to ciekawy temat. Zbliżają się wielkimi krokami wybory do Parlamentu Europejskiego, a co za tym idzie etatowi i nieetatowi polityczni pstrykacze już szykują studia dla naszych "tfu-polityków".

Ile znaczy dobre zdjęcie na plakacie wiedzą pewnie nadal tylko politycy spoza Polski :) U nas , pomimo tych prawie 20 lat demokracji, nadal politykom wydaje się (zwłaszcza tym z prawej strony), że ludzie w swej masie słuchają ich poglądów i identyfikują się z zawiłymi ekonomiczno-społecznymi ideami...

A ludzie, jak wykazują badania kierują się w znacznej mierze tym, co widzą na plakacie...
Oczywiście, oficjalnie każdy z nas zarzeka się, że interesuje go program partii, ale podświadomie nawet ja wybieram to, co ładniej sfotografowane...

A więc zaczyna się wyścig zarówno do dobrych i pomysłowych fotografów, jak i wyścig doradców medialnych, którzy już starają się wmawiać swoim pryncypałom, że warto zainwestować w jakieś oryginalne zdjęcie. A niektórzy namawiają nawet na wydanie paru tysięcy euro na badania focusowe...

A jakie potrafią być pomysły i jak skuteczne. Oto kilka przykładów Wam znanych z wyborów parlamentarnych. Czyż nie piękna fotografia..?:) Już wkrótce zaczną straszyć...


odważnie
swojsko
szczerze
"profesjonalnie po hamerykańsku"
uch...

cóż...

Fotograf NN... Mateusz Jerzyk


Cóż tutaj napisać.
Może nie warto zagadywać zdjęć i dobrych autorów.

Więc milczę i podziwiam... Mateusz Jerzyk





fot.: Mateusz Jerzyk (x3)


czwartek, 5 lutego 2009

Fotograf NN... Claude Tenot


Nie ma się co zarzekać.
Całe życie zmieniamy poglądy i jest to wynikiem zarówno dojrzewania (wcale nie kończy się ono w liceum), jak i odkrywania świata.

Ja, na ten przykład, zawsze miałem awersję do bałaganu. Raczej jestem typem, co to spodnie na ziemi nie poleżą w domu.. :)

A tu proszę, Claud Tenot uczy mnie, że nawet bogaty, tłusty kadr potrafi być po swojemu uporządkowany...:)

Podobają mi się jego portrety.

Aż kipią.
Aż cierpnie język od nadmiaru słodkiego.
Aż chce się zabrać coś z kadru i skomponować kolejne trzy z tego samego materiału.





fot.: Claude Tenot (x4)



środa, 4 lutego 2009

World Front Pages...


No, no... coś dla edytorów gazetowych.
Przegląd czołówek ze świata. CODZIENNY !

http://www.newseum.org/todaysfrontpages/flash/default.asp




"Zacięcie papieru..."


Taki komunikat wyskakuje regularnie na drukarce biurowej. Uwielbiam, te klimaty korporacyjne...
Dwadzieścia osób na piętrze, a nikt nie usunie tego zacięcia...
HelpDesk się kłania i za parę dni może podejdzie smutny pan i usunie kawałek kartki wyrwanej zanim została zadrukowana...

Mam wrażenie, że podobnie bywa z moim fotografowaniem. Wyrywam ja z głowy jakieś kolejne pomysły, ale coraz częściej zapala mi się kontrolka "Zacięcie papieru..." Oczywiście w odróżnieniu od biura, ja naprawę zaczynam od razu, ale zdaje mi się ostatnio, że rolki prowadzące się mocno zatarły.

Co załaduje głowę nowymi pomysłami i zaczynam "drukować" kolejne zdjęcia, to ponownie komunikat się pojawia na ledzie.

Nie pomagają najlepsze informatyczne rozwiązania w typie twarde resety, wyjmowanie kabla itp... Nie pomagają wizyty u kolegi Gógelskiego, który dysponuje jak zawsze niezmierzonym zapasem zadrukowanych już przykładów fotograficznych innych autorów.
Swoją drogą to ten Gógelski jest naprawdę obrotny. Za każdym razem gdy go odwiedzam, on skubany pamięta co poprzednio brałem i od razu podrzuca mi podobne wątki. Jak to jest do cholery skonstruowane...?
Czasami mi się wydaje, że Gógelski zna mnie lepiej niż moją żona, która w sumie zna mnie najlepiej :) Na dodatek, wszyscy znają adres Gógelskiego... szok!

Ale to mała dygresja miała być...

Wróćmy do tego papieru... i kontrolki.

Wszyscy wiemy, że nowy sprzęt nie zacina się tak często jak zużyty.
Czy fotograf zużywa się proporcjonalnie do urządzeń hardware?
Taka oto Leibovitz pokazuje kolejną już w swej karierze sesję hufców nowego prezydenta USA. I mam wrażenie, że jej też pali się od dłuższego czasu lampka "Zacięcia papieru...".

Jakoś ostatnio generalnie odnoszę wrażenie, że "zacięcie" obejmuje coraz szersze kręgi. Mało rzeczy mnie zaskakuje. Coś, co niektórzy nazywają "własnym stylem", zaczyna przypominać powtarzanie się raczej...

Też na to cierpię...

Znacie metody na "Zacięcie papieru..." ?

Królestwo za metodę!




.

wtorek, 3 lutego 2009

Miękus.... wymiękłem


No był.
Przyjechał do Sopot.
Rozstawił tło, podłączył lapa i pokazał prezentację krasząc ją swoim głosem.

Zacznę od końca.
Najbardziej podobała mi się czcionka użyta w prezentacji i kolory: błękit i czerwień. Mały tekst na czarnym tle - wypas.

Potem było już moim zdaniem trochę gorzej.
Apeluje do organizatorów, aby zmienili formułę tych spotkań, bo chyba nie ma nic bardziej deprymującego dla prelegenta jak w połowie wykładu, barman włącza młynek do kawy, który skutecznie zagłusza wszystko, a ciągły ruch za barem po prostu jest żenujący...

Tego typu spotkania należy organizować na Uniwerku na jakiejś małej sali, auli - toż do cholery w Sopocie akurat jest pełno miejsc, w których można się skupić na tym co mówi gość.

No i dodatkowo, po zakończeniu można podyskutować - nie cierpię spotkań w formule: przyjechałem, podłączyłem, powiedziałem, wyłączyłem.


Meritum...

Miękus ma wiedzę.
Miękus ma przygotowanie fotograficzne.
Miękus ma doświadczenie.
Czego nie ma...?

Nie ma wyczucia...

Nie można robić wykładu trwającego 1h 40min w knajpie...
Nie można zagadywać przez 15 minut banalnych spraw, którym należy poświęcić 2 minuty.
Należy definiować konkluzje, jasno sprawnie, czytelnie dla odbiorcy.
Należy konsekwentnie przeprowadzać wywód, który MUSI zmierzać ku czemuś, do czegoś.

Tego mi zabrakło. Masa słów, potok dygresji (niektóre po prostu monstrualne), a to wszystko w tym niemiłym moim zdaniem otoczeniu baru. Wątki się nie splatały, nie mogłem uchwycić nitki, która jest podstawą dobrego wykładu. Wszystko się rozmyło w czasie i przestrzeni.

Czy czegoś się dowiedziałem..?
Tak, zawsze warto... ale więcej osób skorzysta jeśli formuła spotkań będzie czytelniejsza. JA nie wiem jaki sens mają takie akurat pogadanki...
Liczyłem na naprawdę wojnę między uczestnikami, a prowadzącym , bo temat wymarzony do bluzgów i wojenek...

A tak... po ostatnim słowie ludzie wyparowali.
Szkoda.


PS
Temat spotkania
"Czym różni się fakt od prawdy".



poniedziałek, 2 lutego 2009

Fotograf NN... Anna Parys


Parys stał się przyczynkiem do upadku Troi. Uprowadzając żonę króla Menelaosa sprowadził na swoje królestwo gniew Spartan.

Ania Parys może nie sprowadza wojny, ale niewątpliwie wprowadza niepokój swoimi zdjęciami...
Poprzednio polecana grupa "Szare Dni" nie miała tej właściwości. Tamte fotografie, choć tez łatwe do osadzenia w pewnej stylistyce "zabrudzonej" fotografii - był spokojne, cierpliwe.
Nie wiem czy tylko ja to tak odbieram, ale Ania kadruje bardzo niespokojnie, burzy moje widzenie obrazu... burzy zasady... ożywia tym samym niby znane kadry.

Naprawdę polecam , choć mało tam zdjęć niestety.... Anna Parys





fot. Anna Parys (x3)