czwartek, 29 stycznia 2009

Uczenie się czy zgapianie...?


Swego czasu szukałem szkoły, warsztatów fotograficznych, które by mi coś dały. Narzekałem wtedy, że w Polsce trudno o jakieś takie warsztaty dla bardziej zaawansowanych, które nie powielałby po prostu już organizowanych kursów i szkółek dwudniowych.

Parę dni temu znowu targnęła mną myśl szybka jak błyskawica, że powinienem się dokształcić. Zwłaszcza, ze miałem ambitny plan, aby samemu wiedzę swą komuś przekazać. I na razie zrezygnowałem, bo okazuje się, że moja wiedza jest stricte intuicyjna. Nie jest obudowana teorią zaczerpniętą ze studni jakiejś szkoły.

To, co Mój Partner W Interesach robi podparty wiedzą zebraną latami nauki od najlepszych profesorów fotograficznych, ja drogą dedukcji staram się wymyślać samemu latając jak kot z pęcherzem po studio z lampami tracąc masę czasu.

Ale uciekam od wątku, który chcę poruszyć...


Oto zacząłem (nie użyłem słowa mego ulubionego 'jąłem' - zauważcie!) zastanawiać się czy na etapie, na którym jestem obecnie w fotografii, na etapie dość chyba już daleko od zastanawiania się o co chodzi z tą przesłoną i czasem - czy w mojej sytuacji jakakolwiek szkoła cokolwiek mi da!?

I myślę nad tym w kontekście tego czy czasami dla zaawansowanych amatorów szkoła nie jest po prostu podglądaniem gotowych rozwiązań i zapianiem tego, co gdzieś podpatrzą?

Przykład.

Płacę 1500 USD i jadę na warsztaty z Mistrzem Gatunku (nieważne jakim). W kursie uczestniczy wiele osób z całego świata. Mistrz pokazuje slajdy, prezentuje kulisy powstania swoich największych prac i podaje gotowe rozwiązania dla poszczególnych "trików" użytych przy określonym typie zdjęć.
Wracam napełniony nadzieją, szczęśliwy nowymi znajomościami i... odtwarzam to, czego mnie "nauczono".
Robię takie same zdjęcia jak Mistrz. Tak samo oświetlone, tak samo obrobione.

Czy ja się czegoś nauczyłem?
Czy stałem się początkującym "odtwarzaczem fotograficznym"?

Na ile ktoś, kto ma swoje folio i pracuje wiele lat jako fotograf uczy się od kogoś, a na ile zgapia?

Jeanloup Sieff


9 komentarzy:

Przemek Kończak pisze...

Byłem przez rok uczniem szkoły, gdzie wykładali panowie z poznańskiej ASP. Metoda nauczania była taka - najpierw przynosisz zdjęcia na dany temat, potem dopiero jest rozmowa - dlaczego tak a nie inaczej. I co ich zdaniem można było zrobić lepiej.
Czasem omawiali znane zdjęcia, ale raczej ogólnie, bez szczegółów.

Dobre warsztaty to moim zdaniem takie, gdzie pomagają Ci zrealizować Twoje pomysły, których sam nie umiesz zrealizować.

George pisze...

No to pierwsza lekcja ode mnie iczku i to zupełnie za darmo! Przysłona Piotrze, a nie przesłona!

Anonimowy pisze...

Warsztaty z fotografami Magnum na, których byłem, to coś czego nie zapomnę nigdy. Ja podkreślam zawsze, że najwazniejsza jest osobowość twórcy. Suma naszych doświadczeń. Warsztaty, szkoły, kursy to miejsce gdzie możemy sie konfrontować, poznawać innych, ale też i siebie. To z pewnością rozwija osobowość. Jedź Iczku gdziesz na najlepsze warszaty, a wrócisz odmieniony. pozdrawiam
Paweł K

iczek pisze...

@George - oba słowa znaczą to samo :)

To tak jak nagonka i naganka... każdy myśliwy wie o co chodzi :)

Odkąd to się słówek czepiasz?:)


@Przemek - no, tak mi mówią różni ludzie, że warto. Chyba się szarpnę na collodion u Queen'a :)

wujek db... pisze...

Iczek - odnosnie Queen'a - to mnie nekaja pewne watpliwosci. Czy da sie zrozumiec techniczny angielski podczas takiego kursu ;)

Natomiast odnosnie caloksztaltu kursow, przekazywania wiedzy itd. Owszem nie ma sensu od nowa odkrywac ameryki - ale jesli juz ja odkryjesz, to jaka to przyjemnosc ;) I wtedy to jest Twoja ameryka, a nie cudza ;)

guerilla pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
iczek pisze...

Ależ całkiem uzasadnione pytanie. Zwróćcie proszę uwagę na meritum posta...
Ważny jest tutaj ten ETAP.

Ja nie jestem początkujący... ale za to często podpatruje. Tak, to chyba dobre słowo - podpatruje innych.

A od podpatrywania do kopiowania i naśladowania już tylko mały strumyk nas dzieli.

Łatwo skoczyć.

Tylko potem wrócić trudno... bo wpada się w rzekę kopiowania, naśladowania, zgapiania...

O to mi chodziło...

Nauka nauką, ale czy w wypadku zaawansowania nie wchodzimy w sferę: "A - zrobię tak jak on"

Adam pisze...

Iczku, oczywiście uczymy się przez podpatrywanie. Wracamy do domu, kopiujemy.. ale, to co podpatrzyliśmy jak najbardziej możemy i powinniśmy przetrawić z tym, co jest nasze. Nie powstanie coś z niczego. Właśie podpatrywanie i kopiowanie pomysłów i rozwiązań, to sposób na naukę, ale najważniejszym tego etapem jest właśnie zastanowienie nad zgromadzoną wiedz, wysnucie z niej wniosków i wykorzystanie we własnym celu. Tak przecież powstaje postę naukowy. Człowiek bierze się za daną dziedzinę, czyta wszystko co na jej temat napisano. Często zestawia ze sobą skrajne poglądy, dodaje coś od iebie i tworzy nowe rozwiązania, odkrywcze. Zauważ, że kżdy z wybitnych fotografów ma swój punkt widzenia. Wspaniałym doświadczeniem płynącym z warsztatów jest to, że można te ich pojedyncze zestawienia zebrać razem, w sobie, wyciągnąć z tego esencję,przetworzyć, i wytworzyć własn jakość. Gdy natomiast poznasz i źmiesz do siebie tylko jeden styl, to nie masz z czym go konfrontować, wychodzi kopiowanie. Zdać sobie sprawę należy w każdym momencie, przy ogląaniu zdjęć, słuchaniu autorów, że nieustannie należałoby zestawiać ze sobą rozwiązania. Takie moje zdanie w obliczu Twojej wątpliwości.

iczek pisze...

No Adam - się mnie podoba Twoje opisanie tematu :)

Zawsze mogę się usprawiedliwić jakoś jak ktoś zarzuci mi kopie...