piątek, 30 stycznia 2009

Czy ludzie lubią się fotografować...?


Dzisiaj zupełnie banalne pytanie... jak w temacie.

W jednym z małych miast w Polsce (poniżej 100tys) przeprowadzono akcję społeczną, która miała na celu integrację mieszkańców wokół swojego miasta, dzielnicy, powiatu.

Władze gminy zorganizowały konkurs prosząc mieszkańców o przesłanie swoich zgłoszeń, z krótką historią swego życia w mieście. Wybrane kilkanaście osób miało znaleźć się na reklamach rozwieszonych w całym mieście, z jakimś krótki tekstem określającym ich "miejsce" w społeczności.

Pomimo zakrojonej na bardzo szeroką skalę akcji reklamowo-marketingowej całego przedsięwzięcia (praktycznie w mieście nie było tablicy i przystanku, na którym nie wisiałyby komunikaty i zaproszenia) odzew ze strony mieszkańców był bardzo nikły. Nie zrażając się, organizatorzy postanowili brnąć w temat...

Wybrali wybrańców i rozpoczęło się...:)
Z grupy finalnej na publikację zdjęcia w takiej skali (całe miasto) zdecydowało się tylko nieco ponad 60% osób. Kiedy okazało się, że ma być tam nazwisko osoby, zrezygnowało kolejne 40%...
W efekcie, nie było praktycznie z czego robić akcji...:)

Czy My nie lubimy już robić sobie zdjęć..?
Bo ja nie lubię... , ale ja jestem pstrykaczem i tu się usprawiedliwiam.
Ale tak generalnie, to jakoś niefajnie z tą fotografią...

A może to efekt Globalnej Wioski..? Mamy dość wszędobylskiej inwigilacji i permanentnego bycia znanym!?
Internet pozbawia nas unikatowości, wyjątkowości. Wszystko można wygrzebać o każdym...


Czyżby Globalny Kryzys Osobowości...?
Zresztą chęć ludzi do sfotografowania się na ulicy, też maleje... odczuwam to boleśnie... :(
Za to na "Naszej Srasie" każdy wywala swoje foty... co jest!?



czwartek, 29 stycznia 2009

Polecane... Rankin


Moja Ulubiona Wizażystka powiedziała mi niedawno, że jeden ciuch danego projektanta lub stylistki nie powinien w sumie pojawiać się na więcej niż 2-3 sesjach maks. Potem dewaluuje się jego wartość i generalnie "to już nie to".

Jakby przecząc temu, fotograf Rankin zrobił ciekawy projekt pt.: "One Dress".
Pięknie tutaj widać wyobraźnię jednego fotografa, a co dopiero kilku..:)



W każdym razie Rankina projekty autorskie są godne polecenia. Ostry jak chilli i kapryśny w swych projektach, jak nieznośny trzylatek w przedziale InterCity do Warszawy :)

Więcej prac tego autora znajdziecie TUTAJ.
Od sasa do lasa tworzy ten człowiek :)


Uczenie się czy zgapianie...?


Swego czasu szukałem szkoły, warsztatów fotograficznych, które by mi coś dały. Narzekałem wtedy, że w Polsce trudno o jakieś takie warsztaty dla bardziej zaawansowanych, które nie powielałby po prostu już organizowanych kursów i szkółek dwudniowych.

Parę dni temu znowu targnęła mną myśl szybka jak błyskawica, że powinienem się dokształcić. Zwłaszcza, ze miałem ambitny plan, aby samemu wiedzę swą komuś przekazać. I na razie zrezygnowałem, bo okazuje się, że moja wiedza jest stricte intuicyjna. Nie jest obudowana teorią zaczerpniętą ze studni jakiejś szkoły.

To, co Mój Partner W Interesach robi podparty wiedzą zebraną latami nauki od najlepszych profesorów fotograficznych, ja drogą dedukcji staram się wymyślać samemu latając jak kot z pęcherzem po studio z lampami tracąc masę czasu.

Ale uciekam od wątku, który chcę poruszyć...


Oto zacząłem (nie użyłem słowa mego ulubionego 'jąłem' - zauważcie!) zastanawiać się czy na etapie, na którym jestem obecnie w fotografii, na etapie dość chyba już daleko od zastanawiania się o co chodzi z tą przesłoną i czasem - czy w mojej sytuacji jakakolwiek szkoła cokolwiek mi da!?

I myślę nad tym w kontekście tego czy czasami dla zaawansowanych amatorów szkoła nie jest po prostu podglądaniem gotowych rozwiązań i zapianiem tego, co gdzieś podpatrzą?

Przykład.

Płacę 1500 USD i jadę na warsztaty z Mistrzem Gatunku (nieważne jakim). W kursie uczestniczy wiele osób z całego świata. Mistrz pokazuje slajdy, prezentuje kulisy powstania swoich największych prac i podaje gotowe rozwiązania dla poszczególnych "trików" użytych przy określonym typie zdjęć.
Wracam napełniony nadzieją, szczęśliwy nowymi znajomościami i... odtwarzam to, czego mnie "nauczono".
Robię takie same zdjęcia jak Mistrz. Tak samo oświetlone, tak samo obrobione.

Czy ja się czegoś nauczyłem?
Czy stałem się początkującym "odtwarzaczem fotograficznym"?

Na ile ktoś, kto ma swoje folio i pracuje wiele lat jako fotograf uczy się od kogoś, a na ile zgapia?

Jeanloup Sieff


środa, 28 stycznia 2009

Fotograf NN... Magdalena Olek


Magdy "fotografie" można lubić lub nienawidzić. Można czuć się urażonym lub podnieconym. Wszystko można o nich powiedzieć, tylko nie to, że są nijakie.

Ten cudzysłów jest w części przypadków uzasadniony, bo Magda nie stroni od nowoczesnych technik. Czasami widać je zbyt mocno. Czasami udaje się jej to zgrabnie ukryć...

Niewątpliwie mózg autorki działa dalece poza nazywanym standardem zakresem..:) I to akurat mi się podoba.

Zapraszam... Magdalena Olek



fot.: Magdalena Olek (x2)



Fotoreklama...


Parę postów temu pisałem o reklamach na mieście wiszących. Właściwie nie pisałem, ale utyskiwałem i cierpiałem werterowsko, że taki chłam się sprzedaje i wciska ludziom.
No a przecież można zrobić dobre zdjęcie i z pomysłem je sprzedać zarówno klientowi, jak i odbiorcy.
Czasami to nawet takie reklamy fotograficzne stają się arcydziełami i zaczynają żyć własnym życiem, czego niezbitym dowodem i niekwestionowanym numerem jedne jest OlivieroToscani.

Są oczywiście i inni, których może nie widać za bardzo, ale są.

I tutaj chciałbym skręcić trochę w tych dywagacjach, bo co bardziej cwani czytelnicy tego blogu zwrócą mi uwagę znowu, że rozpatruje coś do d... strony :)

Skręcam więc i mówię...
Tak - wszystko zależy od klienta. Wiem!
Są tacy, którzy w życiu nie uwierzą, że można reklamować majtki nie za pomocą gołej, cycatej baby i wypiętej pupy. Większość osób odpowiedzialnych za strategię marketingowe i reklamę w tych mniejszych firmach (spoza czołowej 10 reklamodawców) po prostu jest kompletnie niekompetentnych. Poza tym - jak przekonać właściciela firmy produkującej karmę dla psów, że fotka z miską, karmą i psem to banał...?! :)

No.. pozostaje ufać, że takie kampanie jak poniżej zaczną pojawiać się kiedyś częściej i będą równie ambitne.





fot.: Marco Grob (dla Seata)



Krzysztof Miękus w Sopocie... 1 lutego


Dzięki "Dobremu Duchowi Płci Żeńskiej" - dotarła do mnie pocztą pantoflową informacja, że 1 lutego (niedziela) będziecie mogli spotkać się z Krzysztofem Miękusem w Sopocie. Krzysztof to m.in. były redaktor naczelny śp. "Pozytywu".

Spotkanie odbędzie się w klubie "Zła Kobieta" w Sopocie, w Krzywym Domku o godz. 17:00.

Kto nie przyjdzie, ten cienias!
Na takie dyskusje o fotografii, chodzić po prostu trzeba.
Tematem spotkania będzie: "Czym różni się fakt od prawdy"... a ponieważ Miękus jest absolwentem filozofii UW to pewnie będzie wiedział o czy mówi :)


fot.: Krzysztof Miękus, "Naznaczeni" 2002


wtorek, 27 stycznia 2009

Fotograf NN... Aneta Kowalczyk


W sumie miałem ciężki dylemat czy wstawiać Anetę jako Fotografa NN, czy może już jako Polecanego...

Jeśli bowiem ktoś interesuje się polską fotografią fashion, portretem i zbliżonymi dziedzinami, to nie znać Anety jest małym faux pas.
Ostatnio odświeżona strona przystępniej pozwala przejrzeć folio artystki.

Czy warto...?

Kurcze - jeśli nie warto wejść na Jej stronę, to nie warto wstawać z łóżka równie dobrze...
Nie warto by słońce wspinało się po oknie, a cienie nóg od krzesła nie warte są wędrówki po podłodze ku ścianie południowej domu.

Kran nie wart jest cieknącej latami wody, a widok zielonej trawy za oknem nie będzie wart naszego stęsknionego spojrzenia zza szyby biurowca.

Woda w Warcie, nie warta dotyku stóp naszych, a szwedzkie domki farmerów nie warte szwedzkich flag powiewających na każdym z nich.
No i makowiec nie wart będzie rodzynek zanurzonych między armią makowych żołnierzy...

Więc czy warto.. odpowiedzcie sobie sami :)

Aneta Kowalczyk





fot.: Aneta Kowalczyk (x5)



poniedziałek, 26 stycznia 2009

Narcyzm...?


Dużo siedzicie przed lustrem...?
- Oczywiście, że nie!
- Gdzie tam.... dalekie mi są umizgi do swego portretu w lustrze.
Tak zazwyczaj odpowiadamy.

A ja namawiam...
Spędzajcie mnóstwo czasu przed lustrem!

Może niekoniecznie patrząc na swe ciało, sprawdzając czy boczki urosły i czy się tłuszcz na podłogę wylewa...:)
Może nie trąc czoło z chęcią rozprostowania zmarszczek i nie z czarną pasta do butów polerując nieliczne siwe włosy w zakolach...

Ja namawiam do wpatrywania się w lustro pod kątem łapania pozy.

A tak!
Ja tak robię.

Dzisiaj spędziłem wolne pół godziny przed sesją na wyginaniu się w nikłych światłach pilotów przed lustrem, bo planuje kolejne zdjęcia i nie miałem pojęcia, jak mój pomysł sprawdzi się w praktyce. Ponieważ nie mogę liczyć na pomoc modeli żadnych więc sam robię z siebie głupka, dla ludzi obserwujących moje tańce z bloku za oknami studia :)

Ale to naprawdę pomaga....

Przede wszystkim człowiek uczy się gibkości ciała i tego, że niektóre pomysły są niewykonalne, bo sztuczne. Poza tym smakuje się trochę roli modela, która zazwyczaj jest niedoceniona.
No i dodatkowo to jakieś ćwiczenia... zwłaszcza dla podtatusiałych facetów pod trzydziestce...:(

Wszystkim fotografujących portret i podobne klimaty proponuje, od czasu do czasu, ustawienie się samemu w roli modela.
Tak dla zaznajomienia się z tym, co czuje druga strona.

Nadaje to nowej perspektywy...

to nie ja... wyglądam dużo gorzej...


niedziela, 25 stycznia 2009

Czar - czy tylko ułuda....?


Zapewne wielu z Was zna stronę tej autorki: http://www.qstra.pl/
Zapewne wielu z Was Ją ceni i podziwia.

Poznać więc warto i tę stronę: http://retouch.qstra.pl/

Jakoś tak ciężko się zrobiło mi na duszy...
Bardzo ciężko...
Kąciki ust jak w fotoszopie lecą mi na dół i narzędzie "Liquify..." wydłuża je nienaturalnie aż do samej ziemi....

Czymże jest oryginał w naszych czasach?
Jak bardzo rozjechały się "trójtory": pomysłu, realizacji i efektu finalnego...?

"przed"

"po"


"przed"

"po"
fot. i retusz: Joanna Kustra
(x4)


PS
Czy zwróciliście uwagę, że nie użyłem słowa 'fotografia' w tym materiale..?

PS2 (26.01.2009, godz.: 16:46)
Z informacji uzyskanych od autorki, wynika, że strona z retuszami pochodzi z dawnych lat i są to jej (były) pierwsze kroki w fotografii. W chwili obecnej prace, które oglądnąć można na stronie są pracami czysto fotograficznymi i nie poddawane są tak zaawansowanej obróbce.
Czułem się w obowiązku podać te informację, bo faktycznie nie byłoby uczciwe wrzucać całej twórczości autorki do jednego worka z 17 zdjęciami.

Ocenę i tak każdy podejmuje samodzielnie.




sobota, 24 stycznia 2009

Róg obfitości...?


Zauważyliście zapewne, że obecnie prawie każde miasto, prawie każdy powiat, ba! - prawie każda dzielnica i wioska mają swój własny, autorski i oryginalny konkurs fotograficzny.

Mnogość tych wydarzeń w ostatnich latach przyprawiała mnie o uśmiech szczęścia... nareszcie fotografia znajduje należne jej miejsce.
Jednak z biegiem czasu, a właściwie z biegiem oglądanych na wystawach pokonkursowych zdjęć, zaczyna zamieniać się mój uśmiech w grymas. Grymas rozczarowania i bólu.

To, co oglądam na tych ogłaszanych najczęściej w Internecie konkursach i poziom nagradzanych tamże zdjęć, po prostu mnie rozkłada. I wcale nie chodzi tutaj o uczestników. Chodzi raczej o jurorów i ich widzenie piękna. Być może jest to wynikiem poziomu wszystkich zdjęć, ale generalnie jakość przeszła w ilość.

I się zastanawiam... czy my zatoczyliśmy już koło?
Czy dotarliśmy już do miejsca, w którym należy powiedzieć - basta!
W którym po prostu powinniśmy żałować rozwoju i popularyzacji fotografii?

Czy w ogóle takie pytanie jest uzasadnione, czy ja tylko znowu mam jakieś omamy..?

Czy każda forma sztuki, której uprawianie techniczne zostaje sprowadzone do ogólnie dostępnego narzędzia, musi zginąć śmiercią powszechności?
Przekombinowałem...?

piątek, 23 stycznia 2009

Polecane... Nilgun Kara


Uwielbiam taki minimalizm. Turczynka Nilgun wpisuje się cudownie w smętne wieczory, powolne wspinanie się wskazówki po lewej stronie tarczy i spijanie zimnej kawy z dna kubka.

Nie wiem czemu, ale te obrazki przypominają mi klimat światła emitowanego z laptopa w ciemnym pokoju.
Mleczno tak...


fot.: Nilgun Kara (x2)

czwartek, 22 stycznia 2009

Ulubione...? Przyjaciele...?


Nie macie czasami ochoty wywalić połowy ze swoich linków w Ulubionych, które dotyczą fotografii?
Ja mam. Bo czy one rzeczywiście są Ulubione? A może tylko ktoś nam to wmawia..?

Jednocześnie mam ochotę na szukanie nowych, ale takich, które poruszą mnie i za 5 lat. Coraz trudniej jednak takie znaleźć. Obracamy się w świecie nijakości.

Znacie te akcje marketingową przeprowadzoną ostatnio przez Burger Kinga ? Otóż firma ta, od lat rywalizująca ze swoim największym wrogiem - McDonalds, wybiera coraz bardziej karkołomne formy zachęcenia klientów do swojego sztandarowego produktu - Whoopera.

I tak oto, Burger King ogłosił, że każda osoba, która usunie 10 przyjaciół ze swoich kontaktów na portalu Facebook otrzyma darmową kanapkę!

Na pierwszy rzut oka wariactwo czystej krwi. Po co Burgerowi spór z Facebook? Po co kazać ludziom usuwać Przyjaciół?

Ale wchodząc głębiej okazuje się, że nie. Że to jest jedno z najlepszych zagrań marketingowo-społecznych ostatnich lat.
Zwraca uwagę na miałkość naszych działań. Cóż bowiem można myśleć o człowieku, który na portalu społecznościowym ma 343 przyjaciół...?! A niektórzy i więcej...?:)

Nagle okazało się, że to nic nie warte i miałkie kontakty. Nic nie znaczące. Puste.
W ciągu tygodnia po rozpoczęciu akcji zniknęło z Facebook ponad 230.000 kontaktów. Czyli sprzedano tym samym 23.000 bułek.

Czyli każdy Przyjaciel na Facebook wart był dziesiąta część kanapki - np.: pomidorka lub ogórka... :)

I to samo dzieje się w fotografii.
Zalew tego, co widzimy teraz przypomina mi takich "przyjaciół" z Facebook.

Mam zadanie dla siebie. Usunąć co piąty link.
Potem pojadę do Wawy zeżreć Whoopera... :)... albo dwa?


" Prawdziwi przyjaciele"






Ostatnie 6 godzin...


Czwartek... 6.00 am.

Rusza ostatnie 6 godzin głosowania w drugim etapie...:)
Wiem, wiem... już nie mam sumienia Was prosić i obiecywać te hektolitry złotych i przezroczystych płynów, które wlejecie w sobie po ew. zwycięstwie, ale...

... gdyby przypadkiem w "ołpen-spejsie", w którym pracujecie jak mrówki dla dobra kapitalizmu, znajdowali się Wasi koledzy z pracy, rodzina, kuzynki, kochanki, ba! - wrogowie nawet - to dajcie im kuksańca w bok, że można wysłać sms na fajnego, bucowatego trochę kolesia.

W każdym razie, dzisiaj o godz. 12:00 kończy się ten etap i pierwsze dziesięć blogów w każdej kategorii przechodzi dalej.
Gdyby się nie udało, to wszystkim serdecznie dziękuje i postaram się jakoś odwzajemnić za te już oddane głosy...
Jak?

To będzie niespodzianka, która Was będzie kosztować wiele więcej niż złoty dwadzieścia dwa, ale za to miło mam nadzieje będzie.
Ale o tym, po zakończeniu całości konkursu - 12 lutego.
W każdym razie... teraz każdy es się liczy...:)


A na koniec zdjęcie... bo prosiliście abym więcej ich dawał. Co pozwala mi dać upust swojej próżności...


mod. Monika



środa, 21 stycznia 2009

Polecane... Clayton James Cubitt


Połączenie portrecisty i "feszynowca" jest częstym zjawiskiem w świecie zawodowców. Oni zazwyczaj twierdzą, ze jeśli umie się dobrze zrobić zdjęcie reklamowo-modowe, to zrobić portret to już tylko zabawa.
Chyba coś w tym jest.
Oba rodzaje fotografii różnią się w sumie nie aż tak bardzo, choć mają swoją specyfikę.

Clayton zręcznie łączy te dwie stylistyki... i nawet w jego zdjęciach fashion dostrzegam fajne zabiegi portretowe. Zapraszam - Clayton James Cubitt.





fot.: Clayton James Cubitt


wtorek, 20 stycznia 2009

Swego nie znacie...

... cudze ganicie.

Trochę zmieniłem to powiedzenie pod treść posta.

Oto jedna z Fotoedytorek, jednej z Gazet pisze na swoi blogu o nieudanych sesjach foto w innych gazetach. Nie wiem czemu tak daleko szuka poza budynkiem, w którym pracuje?!

Oto bowiem w moich rękach wylądowały dzisiaj Wysokie Obcasy wydawane przez ten sam koncern, który utrzymuje bloga autorki. Numer sprzed tygodnia zawiera materiał pod tytułem "Jaki chcesz dom?".
A w nim zdjęcia formacji Zorka Project.

Już kiedyś o nich pisałem. Wówczas robiły zdjęcia rodzinnych zawodów i utyskiwałem na to, co pokazały - że złagodniały i że komercja je trochę zepsuła. Teraz - już tylko płaczę. I zaczynam zastanawiać się czy ja jakiś jasnowidz jestem...!?

Oto przede mną, ambitne jeszcze rok, dwa temu dziewczyny pokazują najniższych lotów ilustracje, które nic nie ilustrują, a ich bezpośredniość i banalność podania obraża mnie jako czytelnika. Nie wiem jak długo jeszcze Zorka Project będzie przyciągać jakiekolwiek gazety poza feministycznym dodatkiem do GW, ale podejrzewam, że jedynym powodem, dla którego one tam nadal publikują jest ich płeć...
Wiem... przesrane mam.

W każdym razie, od dzisiaj obrażam się na Zorkę, bo uważam, że całkowicie obniżyły loty i zamieniły się w damski zespół fotograficzny pasujący do profilu wydawnictwa.

Wstyd!



fot.: Zorka Project (x2)


poniedziałek, 19 stycznia 2009

Obiecane...

Słowo się rzekło...




baletnica: Malwina



Akcja PR...


Ponieważ 22 stycznia już wkrótce, chcę Was zmobilizować do wystrzelenia się z 1,22 zł :)
Rudolf wszedł mi tak na ambicję, że postanowiłem agitować w sposób mi tak dalece obcy, iż sam się dziwię co czynię.. :)

Ale co mi tam... przecież zawsze mogę powiedzieć, ze to dla dobra fotografii!
Patos jak najbardziej wskazany..

A więc jeśli ktoś z WAS, czytających tego bloga chciałby spotkać się w miłym gronie na koszt organizatorów na wspaniałym, jedynym i niepowtarzalnym plenerze "pozytywnie zakręconych ćpunów fotograficznych" to.. NIECH ZAGŁOSUJE na ten blog :) Znaczy mój blog... :)


Łącząc się bowiem z pomysłem Rudolfa na organizację na wygraną pleneru lub zakup albumów dla czytelników - myślę, że jeśli w finałowej 10. znajdą się dwa blogi o fotografii - nasz szanse rosną!!
Wybrane blogi recenzować będzie Wojciech Mann, co już samo z siebie będzie promocją fotografii :)
A ja udostępnię moje studio w Gdańsku i możemy ostro pobalować..:)

A więc Kochani... numer macie po lewej stronie.

Co Wam szkodzi...?:)
Każdego dnia zagląda tutaj średnio prawie 480 osób... jako rzecze Google Analitics... to już coś..:)

A może skusi Was ta Pani?

mod. Magda


Polecane... Christian Tagliavini


No tak.
Zdecydowana stylistyka Erwina Olafa z trochę mniej perwersyjnym podejściem do niektórych tematów. Nawet nawigacja na stronie prawie identyczna. Jak sam przyznaje - Olaf jest jego mistrzem.

Ale powiem szczerze, że opad szczeki dawno u mnie niespotykany...:)
Ależ mi się ryjek śmieje to takich fotek i takiego zaangażowania stylistycznego w sesję...

My God!




niedziela, 18 stycznia 2009

Polecane... David Eustace


Mamy oczywiście do czynienia z zawodowcem. Niemniej, mam wrażenie, że nie oddał się do końca komercji, o czym mogą świadczyć takie cykle jak "US powergen" czy "Scotish Ballet".
Do tego portrety... ech fajne...





fot.: David Eustace (x3)


sobota, 17 stycznia 2009

Prawdziwy ślubny potop... takosamości


Takosamość - jak podaje mój osobisty słownik polszczyzny prowadzony od trzydziestu paru lat z tyłu mojej głowy, zwrot ten oznacza całkowity zanik unikatowości, a tym samym inwencji twórczej u osób obdarzonych tym epitetem. Ma on wydźwięk pejoratywny. Można stosować go w konstrukcjach: takosamościowy pogląd, takosamościowe rozwiązanie lub.... takosamościowa fotografia.

Przez dwa weekendowe dni (17-18 stycznia), centrum takosamościowej fotografii ślubnej w Trójmieście znajduje się na Hali AWF, gdzie odbywają się targi "Weselnik".
Czemu poświęcone są te targi tłumaczyć chyba nie muszę.
Odwiedziłem, bo chciałem zobaczyć jak wygląda kondycją trójmiejskiej fotografii ślubnej.

Kilka słów pozytywnych, abym potem mógł szybko wrócić do mojego marudzenia i smędzenia.

Otóż, skok jakościowy, ale przede wszystkim ilościowy jaki wykonał się w działce "fotografia ślubna" przez ostatnie 5-7 lat jest dla mnie niewiarygodny i jest powodem do wielkiego szczęścia.
Nareszcie zniknął już zupełnie zwyczaj:
Wujek zrobi fotki...

Teraz nie ma już wujków, jest biznes i jest wybór, i jest kasa. Na ślubach fotograf zaczął nareszcie zarabiać godziwie. Nie grosze, bo co tam foty, ale po prostu jest to usługa na równi z wynajęciem sali, żarciem itp, itd...
Kiedyś traktowano ją jako dodatek, teraz potrafi być sercem ślubu.
I tak powinno być.

A po tym wstępie wracam do utartych szlaków...

Chyba około 80% stoisk na tych targach to "fotografowie" i "filmowcy". Cudzysłów jest uzasadniony. Uwierzcie.
Mnie przeraziło właśnie ta tytułowa -
takosamość. Nie znalazłem na tych targach żadnego wyjątkowego fotografa z wyjątkowo innym podejściem do tematu niż pozostali. Wszyscy, ale to wszyscy są tacy sami. Każdy robi TAKIE SAME zdjęcia ślubne. W sumie to dla pary młodej zaleta, bo nie muszą długo szukać - ot, jak ma termin to każdy zrobi dokładnie te same ujęcia i te same plenery. Takie same albumy, tak samo kadrowane foty i takie same "pomysły" zgapione wcześniej już od poprzednich pięciu fotografów. Ech... ręce opadają.

Szukałem i łaziłem, choć za jedną iskierką nadziei. Szukałem zdjęć studyjnych, zdjęć plenerowych choć trochę odbiegających i łamiących takosamość. Nie było.

Gdybym miał wskazać coś ciekawego, a przynajmniej samym wystrojem stoiska mnie przyciągnęła, to wskazałbym Joannę Małecką z jej "Salonikiem Fotograficznym" z Gdyni.
Zdjęcia plenerowe ciut inne od pozostałych, ciut większe zaangażowanie w temat, ale już zdjęcia w studio niestety niweczyły pierwsze dobre wrażenie. Sprawdziłem w domu wizytówkę i adres podanej strony nie istnieje - co za masakra, rozdawać wizytówki z nieistniejąca stroną www!? Asia!


Ech... zażenowany jestem całością.
Uważam, że branża ślubna przeżywa głęboki kryzys jakości spowodowany obfitością.
Powód? Zbyt łatwa dostępność fotografii natychmiastowej - czyli cyfrowej. Każdy łapie za aparat i jest fotografem. Wali się tony tego szmelcu, a ludzie i tak kupią.
Ważne aby pan młody wlazł do zatoki, a panna młoda w parku pokazała podwiązkę. No i koniecznie całus o zachodzie słońca dopalony lampą...

A gdzie takie prace jak:



piątek, 16 stycznia 2009

Oko cyklopa...


Czy zdajecie sobie sprawę, że na co dzień posługujecie się jedną z najbardziej ”śmiercionośnych” broni niebezpośrednich w historii ludzkości...?

Prawdziwy killer, rasowy zabójca podąża za swoją ofiara mają w kieszeni marynarki jej portret wykonany zazwyczaj przy pomocy długoogniskowego szkła. Ten kawałek papieru, bądź plik cyfrowy przechowywany w podręcznym palmtopie stanowi swoisty wyrok śmierci. Jest więc współwinnym mającemu nastąpić morderstwa.

Umieszczone jakieś 40.000 metrów nad ziemią satelity krajów, które uważają, że mają do tego prawo, fotografują każdej sekundy przez 24 godziny na dobę i 365 dni w roku większość miejsc na tej planecie. Używają do tego sprzętu, który w prostej drodze (bez szczególnych zakrętasów technologicznych) wywodzi się z dwóch soczewek postawionych obok siebie. Ten sam sprzęt służy do namierzania celów dla rakiet dalekiego zasięgu, które zniszczą każdy sfotografowany wcześniej sprzęt naziemny. Czynią więc go jednocześnie pośrednim ogniwem w zabójstwie na odległość.

Planowanie akcji terrorystycznych rozpoczyna się od dokumentacji fotograficznej wszystkich miejsc, które znajdują się w pobliżu wybranego celu. Na ich podstawie łatwiej określić wszystkie detale zamachu. To właśnie fotografia pozwala bez rzucania się w oczy przenieść planowanie do zacisza, w którym już spokojnie ogląda się zdjęcia. Stawia to fotografię w pierwszym szeregu narzędzi, które pomagają zamachowcom.

Oczywiście, że to paranoja.
Ale też to fakty.

Jasne - można czynić winnym Einsteina, że ktoś spożytkował jego teorię i wzory do stworzenia bomby atomowej...
Można twórcę gazu iperytowego powiesić za to, że pod Ypres zabił dziesiątki tysięcy Francuzów - choć tutaj akurat ponoć taki był zamiar...
Wszystko można...


Jednak coś jest w tej fotografii co czyni z niej groźną broń i sprawia, że ja mam do niej stosunek dość bojaźliwy - pomimo, że wykorzystuje ją jedynie w celach artystyczno- amatorskich.
Choć zrobienie zdjęcia żonie jakiegoś prominentnego polityka, jak sobie baraszkuje na plaży naturystów, zapewne zmieniłoby moje podejście do wykorzystania fotografii...:)

Nie kusi Was czasem, aby UŻYĆ fotografii inaczej niż zwykle?
Jakoś perwersyjnie wykorzystać jej potęgę i jej właściwości immanentne?

Mnie korci.
Czuję, że mam władzę nad tym co i jak pokazuje. Czuję, że potrafię zrobić komuś niezłe kuku, gdybym tylko był świnią. Okiem cyklopa można znieść z powierzchni ziemi ludzi, domy i... własną moralność.

Dlatego, aparaty powinny być jednak reglamentowane...


.

Pismo dla fotografa...?


Może być internetowe, może być papierowe (nawet lepiej), ale żeby było.
Czytając z rana codzienną dawkę serwisów i pism "fotograficznych" rodzimych za głowę się łapię nad poziomem edytorskim, nad poziomem merytorycznym i jakością estetyczną tych stron i gazet... Czy wszyscy edytorzy, graficy i łamacze dobrzy wyjechali do Londynu...?

Ręce opadają.

Wołam więc z niskości swego stołka o powstanie w Polsce jakiegoś profesjonalnego wydawnictwa, które umiejętnie wyważy ilość reklam i sprzedajność reklamodawcom z jakością siebie samego.

Swego czasu z niecierpliwością oczekiwałem reaktywacji Pozytywu, dziś już wiem, że nic z tego nie będzie. Numer kontrolny był świetny, patrząc z perspektywy tego co widzę na rynku teraz. Niestety pewnie rachunek ekonomiczny zabił w zarodku ten pomysł. Szkoda.

Obecnie rynek podzielony jest na dwie frakcje, jak w życiu: ci od sprzętu, testów i komputerowych ramek oraz ci, którzy poszli w sztukę głęboką i czyta ich niszowa ilość odbiorców (np.: Kwartalnik).
W Internecie mamy dwóch liderów traktujących ogólnie o fotografii - to Fotopolis i SwiatObrazu. Do tego dochodzi kilka stron stricte sprzętowo-testowych i... koniec.

I niestety poziom tych pism i stron jest zatrważający. Począwszy od niedbałości językowych, poprzez banalność treści ich miałkość, a kończąc na prymitywnym dziennikarstwie reklamowym... czyli pisaniu o tym co widzę, tylko po ty, by napisać.
Czytając pierdoły i banalne teksty w obecnych pismach, aż mi się serce kraje.

W sumie ktoś podpowie: Ciesz się, że w ogóle coś jest.
A ja się nie cieszę...

Cieszyło by mnie coś, co ma duszę, charakter, ząb.... może być nawet niezgodne z moim podejściem do fotografii... może traktować nawet o fotografii martwej natury tylko... ale nie ch będzie to warte czegoś. Estetyczne. Ładnie podane. Ze smakiem przyprawione.

Jedzenie tego samego dania przestaje być smaczne po tygodniu, dwóch.
Pora na coś innego.

No to se pomarudziełem... :)


PS1
Kurcze, tak sobie teraz pomyślałem... a może w Polsce nie mielibyśmy kogo publikować w tych pismach. Może naprawdę wartych coś fotografów jest bardzo mało...?
Jezus...
Aż się przestraszyłem.

PS2
Wczoraj oglądnąłem "Rezerwat" ponownie. Wzruszyłem się tą ostatnią sceną, jak właściciel kamienicy dotyka te fotografie na wystawie. Banalna, a działa. Jest moc w obrazie. Tak statycznym, jak ruchomym. Oj jest.


czwartek, 15 stycznia 2009

O fotografiiiiii...


Wieczorem mam ochotę na offtopa.
I tak, ponieważ cenię sobie bardzo język, którym dane mi jest się posługiwać, wpadł mi w oko billboard, który wisi w Gdańsku...


fot.: zaczerpnięte z Profensiva

Jak widać jednak i na naszym podwórku fotograficznym zdarzają się lapsusy. I to Tym, którzy pojawiają się już od 1999 roku :)
Fotografiiiiiiiii..... błagam :)





.

Czernie... w wersji Polaroid 55


Roderyk pisał ostatnio, że czernie lubi smoliste...
No to robię mu prezent.
Czernie smoliste, a wcale nie cyfra...:)



(fot. 1 - Xenar 360mm/5,6, fot. 2 - 127mm/4,7, Polaroid 55
stylizacja Beata Fryz, mod. Magda)


PS
Ponieważ moje uwielbienie dla tego materiału rośnie z każdą klatką, wrzuciłem cropa 100% z pierwszego zdjęcia. Oklaski dla Polaroid i dla wizażystki... materiał nietykany. Skan Epson 4990.
Ałć - zaciąłem się...:)
LINK