środa, 30 grudnia 2009

Znajdź swój sznyt...


Jest kilka kluczy do tego by ktoś o nas mówił. Oczywiście mam na myśli mówienie w kontekście naszej twórczości.

1. Skandal
Tutaj koronnym przykładem dla mnie pozostanie na zawsze p. Nieznalska i jej penis. Znaczy nie jej, ale ten na krzyżu, co go tam umieściła. Po co? Cholera wie, bo ten wylewający się bełkot uzasadniający użycie genitaliów do przekazywania swoich idei jest dla mnie żałosny. Jakkolwiek nie mam uprzedzeń religijnych, tak równie bardzo oburzało by mnie umieszczenie go na dachu meczetu czy na Torze.
Metoda stara jak sztuka... obrazoburcze działanie (zwłaszcza w kontekście religijnym) daje pewność (99,9%) zaistnienia.

2. Grupa "samowsparcia"
Otóż, należy "kręcić się" wokół jakiś społeczności, które same siebie lansują poprzez bycie ze sobą. Wiem... masło maślane, ale dokładnie tak odbieram takie środowiska...
Tworzymy grupę artystyczno-ideowo-offową (koniecznie offową!) i działamy. Spotykamy się, chlejemy, malujemy na ścianach bohomazy i gra. Wystawiamy sztuki, których nie ogląda nikt poza kolegami robiącymi scenografię, no i może ktoś z jakiejś miejskiej organizacji kulturalnej. Konieczne jest abyśmy działali na terenie jakiejś starej fabryki, stoczni lub innego miejsca, które w przestrzeni miejskiej uchodzić będzie za odosobnione, ale z tradycjami. Jeśli owe tradycje są dodatkowo związane z historią miejsca lub nie daj boże z historią Polski to Bull's Eye!! Jesteśmy pępkiem artystycznym miasta. Działa! - sprawdzone w realu :)
Piszą o nas, bo lokalne gazety muszą pisać o działaniach lokalnych "twórców".

3. Sznyt
To może nie jest tak chwytliwe jak skandal i nie jest tak skuteczne, ale niewątpliwie jest najszlachetniejsze ze sposobów na zaistnienie skuteczne. Avedon miał swoje białe tło, Penn swoje ciasne kąty ze złożonych ścian, LaChapelle kiczowate, popowe scenografie i każdy z nich wypłynął i tkwi w naszej pamięci właśnie poprzez sznyt. Wypracowanie sznytu trwa. Znalezienie własnego sznytu to poszukiwanie złotego Graala czasami.
Szukamy i szukamy i czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, że już dawno go mamy. Pod koniec życia okazuje się, że jakiś krytyk go nazwie. Określi go i zdefiniuje. Otwieramy oczy na własne zdjęcia i dopiero to widzimy.
Czasami jednak działamy od początku z założeniem jakimś, które mniej lub bardziej akcentujemy w każdym zdjęciu.

Oczywiście tyczy się to zdefiniowanej przez nas działki fotograficznej w której działamy.
Trudno byłoby nam bowiem połączyć jednym sznytem nasze fotki plenerowe i sportowe :)

4. Dookreśl się.
Z poprzednim akapitem związane jest jeszcze jedno ważne zagadnienie naszej twórczości. Mianowicie zdolność określenia się. Samookreślenia. Jakim fotografem jestem? Co fotografuje? Mydło i powidło, czy może mam jakiś temat wiodący.
Odnoszę wrażenie, że wielu z nas traktuje fotografię jako zdolność rejestracji zastanych obrazów za pomocą urządzeń elektronicznych.
Co podejdzie nam pod kadr, fotografujemy. I nie ma w tym nic zdrożnego, do czasu, do miejsca, w którym chcemy być postrzegani jako świadomi fotografowie. A nie pstrykacze.
Nie chcę tutaj wprowadzać podziału: amator-zawodowiec, bo on nie oddaje sensu tego związku.
Dookreślenie się często może nam pomóc.
Może pomóc nam robić lepsze zdjęcia. Naprawdę.

W naszym mózgu jest taka klapka, która każe nam kategoryzować, dzielić, szeregować i układać. To jest uciążliwe, ale często pomaga nam obrać kurs i tym samym skupić się nad efektami.

5. Ufaj sobie
Nie olewaj opinii innych. To nie o to chodzi w ufaniu sobie. Nie mów, że zdanie krytyków Cie nie obchodzi. To bzdura. No chyba, że osiągniesz poziom Salvadora Dali :)
Po prostu zaufaj sobie i dbaj o to, bo echa Twoich prac docierały z powrotem przefiltrowane przez wrażliwość odbiorców. Nie zrażaj się jednak. Najgorzej jak poczniesz czynić sobie wyrzuty z własnych prac pod presją opinii. Zaufaj sobie i swojemu wyczuciu, a łatwiej będzie tworzyć.



Nie wiem dlaczego dzisiaj o tym pisze.
Ot, po prostu mnie naszło.
Może to forma życzeń na 2010..>?:)






Video by photos...


No i kolejne dzieło Eugenio Recuenco spod znaku video robionym aparatem fotograficznym :)

Ach te stylizacje w Jego kreacjach... :)



poniedziałek, 28 grudnia 2009

Świetlne figle...


Jakiś czas temu oglądałem taki śmieszny thriller o fotografie, co to łapie w kadry duchy. Najprostszym wyjaśnieniem różnych efektów świetlnych jest zazwyczaj zaświetlenie materiału.

Formy, jakie przybierają takie "plamy" świetlna na materiale są różnorodne, ale zawsze unikalne...

Co ważniejsze, tego typu efekty przynależą tylko i wyłączeni fotografii analogowej !:):)
No tak! Nie widziałem jeszcze matrycy zaświetlonej od tyłu :) (nie przez obiektyw).

Uwielbiam figle, które płata mi światło. Te pozytywne i te negatywne, choć trudno mi czasami złościć się na fotony, które dodają coś od siebie do mojego pomysłu. Często bywa tak, że dopiero ich ingerencja robi z fotki coś wyjątkowego!

Zebrałem sobie przykłady z ostatniego roku mniej więcej...
A wiec przedstawiam.

Autor: nieznane fotony :)







piątek, 25 grudnia 2009

To jest reklama...!


Wspaniałe!

SX-70 Polaroid.
(za blogiem Duże Formaty)

środa, 23 grudnia 2009

Raz do roku...

"Przed Świętami Bóg strapiony
Obserwuje nasze strony
Myśli: Strach tam posłać syna
wszak zmarnieje mi dziecina
...."


No właśnie. Są tacy, co okres przedświąteczny uznają za jawny pokaz ludzkiego zbydlęcenia...
To ściganie się w sklepach, to zabijanie ton ryb, te walki o lepszą choinkę na zabłoconym po kostki placyku przed blokiem.
Tak, to wszystko cześć naszych Świąt. Taka świecka bardziej tradycja.
W sumie przyłączam się zawsze do chóru zniecierpliwionych staniem w korkach.

Jednak z drugiej strony sobie pomyślałem... co mi to przeszkadza?

Ja nie chodzę do tych sklepów, choinki nie kupuje, karpi nie zabijam, bo kupuje martwe, a to że trochę postoję w korkach w okolicach jakiegoś marketu..!? No i co!?
Takie to straszne przez 3-5 dni w roku. Przesada!


Ja lubię Święta!
Uwielbiam wręcz.

Zresztą one są bardzo podobne do fotografowania. Rzecz dzieję się kilka chwil w sumie (sesja), ma swój klimat (stylizację) i przybranie (wizaż), a nawet są tam modele i asystenci (rodzina). No i są dzieciaki (aparaciki małe)!
Cóż więcej trzeba...?

Jedynie zwinięte w szeleszczący celofan pudełko Ilforda czy innego Trix'a leżące pod choinką. Zimne jeszcze, bo żona wie, że w lodówce powinno być więc przed samym barszczem wyjmuje zakamuflowane gdzieś miedzy sałatkami i galaretą, wpychając między dolne konary drzewka.

Potem trwa ta cała sesja. Aż do zakończenia już bez gości, z dzieciakami "zaśniętymi" na kanapach w otoczeniu zabawek.


Pozostaje jednak zawsze ta mała igiełka. Co wyjdzie z tego filmu? Czy tak jak zakończenie przytoczonej kolędy:

"Pan bez obaw schodzi z nieba
Wie, że u nas jest jak trzeba...
Raz do roku"

:)

Jutro może nie być czasu więc trzymajcie się ciepło i niech każdy z Was dotknie bliskiej osoby w te Święta jak dotyka się noworodka po miękkiej pomarszczonej skórze. Jak dotyka się fiszkę przy wkładaniu do kasety :)


PS
Tekst pastorałki pochodzi z koncertu pt.: "Kolędy w Teatrze Stu" w wykonaniu Andrzeja Zauchy, Alicji Majewskiej i Haliny Frąckowiak do muzyki Włodzimierza Korcza
(polecam!).



wtorek, 22 grudnia 2009

Radiowa Trójka, dziś o 21:00...!


Zapraszam Was dzisiaj przed radioodbiorniki.

W "Klubie Trójki", Jerzy Sosnowski będzie rozmawiał z Witoldem Krasowskim i Thomasem Urbanem. O fotografii jako dokumencie czasów i o drodze, jaką udało nam się przejść od czasów komunizmu do dzisiaj.

Kanwą rozmowy będzie oczywiście album wydany przez Krasowskiego "Powidoki z Polski".

"Książka dokumentuje lata polskiej transformacji, przypomina nastrój wyborów 1989 roku, protestów przeciwko planowi Balcerowicza, nieuznanych przez Kościół objawień maryjnych (które w latach 90. zdarzyły się przynajmniej kilkakrotnie), kampanii wyborczych Aleksandra Kwaśniewskiego i Mariana Krzaklewskiego..."

Godzina
21:00, Program III Polskiego Radia



poniedziałek, 21 grudnia 2009

Album dla Gdańska...?


Dobra, przyznacie, że długo nie narzekałem?
No!
Długo, długo...
Dla mnie jeden dzień bez narzekania to wieczność.

No wiec będę narzekał i tym którym to przeszkadza, radze już przestać czytać.
Szkoda nerwów przed Świętami :)

Druga edycja konkursu na najciekawsze (najlepsze!?) zdjęcie Gdańska "Album dla Gdańska" wzbudził moje nadzieje.
Czemu?
Bo za tym tworem stała w tym roku placówka, która mocno zmieniła się po przejęciu jej przez nową dyrekcję. Nowoczesność, multimedia, promocja młodych artystów, próba zerwania ze sztampą zwykłych obrazków... innymi słowy - ma to być "fotografia", a raczej multimedia nowoczesne, awangardowe jak sądzę.

Myślałem więc, że w tym roku w konkursie zwycięzcy jakaś fotografia INNA. Wiecie, ta z tych nowoczesnych, co to wszystko jest ujęte w mega nawias idei, przenośni, rozmydlenia, rozwiania...
Nie jakaś tam zwykła fota kolejnego budynku w mniej lub bardziej ciekawym świetle, ale jakaś wizja spójna przestrzeni miejskiej. Z jakąś dobrze zarysowywaną nutą świeżego spojrzenia.

No i co...?

No i pstro.

A ponieważ jest mi łatwo krytykować, bo sam zdjęć nie dałem więc pozwalam sobie...
Wygrała fota w typie, który dla fotografa był atrakcyjny jakieś rok, dwa temu. Klasyczne "zabawkowe zabawy" głębią i nieostrością... Szał na takie foty w sieci wymarł chyba już, bo robi to każdy i przejadło się w pół roku.
Dwa kliknięcia w PS lub szkło 'sziftowe'. To moze być ciekawe tylko dla totalnego amatora fotografii....

Patrząc na skład jury to naprawdę wytrącają mi się argumenty typu: nie-fotograf nie zna tej techniki i nie wie że to pieśń przeszłości, nudna powtarzalność, zabawa techniczna, nie fotograficzna.
Bo w tym jury prawie sami fotografowie i ludzie znający się na fotografii..!
Dlaczego więc w konkursie na zdjęcie Gdańska wygrywa... zdjęcie budynku!!??

Czy naprawdę w tym konkursie nikt nie nadesłał zdjęcia nie budynku?


Na 8 nagród głównym, aż 7 fotek to zdjęcia budynków. Ruiny, trzepak, dźwigi, znowu ruiny... i Motława z ruinami w tle.... Bosz... jest nawet fotka rozwalającej się altanki z Letniewa z podpisem "Tu powstanie nowoczesny stadion" - dżizas!

Cztery wyróżniania to... no zgadnijcie co na zdjęciach?:)
Na trzech budynki w różnej konfiguracji i Kacper nasz drogi, który z paralotni robi więc budynek wygląda inaczej. No i łodzie zrobił, ale co to ma wspólnego z Gdańskiem..? Łodzie równie dobrze mogłyby być dla Sopotu, Gdyni, a najbardziej Pucka.


Generalnie, nie mogę uwierzyć, że GGF (Gdańska Galeria Fotografii) pozostając taką nowoczesną i awangardową (normalnych fotek to tam nie zobaczysz) sprowadziła konkurs do plebiscytu na lepsze ujęcie byle jakiego budynku w Gdańsku?!
Czy miasto to tylko budynki!!??

Ech....

Oficjalne wyniki na stronie Miasta Gdańska.


PS
A wygrała Stocznia, bo mam wrażenie, że wszystkim tym ludziom z kręgu kultury ta Stocznia na mózg się rzuciła. Jakiś lans czy co!? Im bardziej rozwalone stoczniowe mury, tym bardziej jesteś art.
Jak coś się dzieje w stoczni to już musi być super-hiper i off-art.
No i wygrało off-photo.

I jeszcze jedno.
Gdybym chciał z tych zdjęć złożyć album dla Gdańska. To co ja bym tam zobaczył za 10 lat...?
Czy takie pytanie postawiło sobie szacowne jury?



piątek, 18 grudnia 2009

Tribute to...


... no właśnie jaki fotograf mnie natchnął ?:)


Kumaka Studio, zima 2009
(wizaż Beata Fryz, mod. Magda)




Avedon w 9 odsłonach... koniecznie!


Po prostu na wolną chwilę 9 odcinków... polecam!





.

środa, 16 grudnia 2009

Sezon kalendarzy...


Co roku ten temat spędza mi z powiek resztki snu.
Najczęściej śmiechem mi spędza.
Tak jak w przypadku słynnego kalendarza z trumnami... lub Pirelli z tego roku.

Niektóre z tych tworów budzą mój podziw, jak w wypadku Lavazza sprzed roku i dwóch, a niektóre zastanawiają mnie głęboko pod kątem rozjazdu idei (celu) i artyzmu wykonania - jak w wypadku "Gentelmeni". Cel tutaj rozumiem, poziomu fotograficznego już nie.


Dzisiaj trafiłem na stronę klubu rugby Juvenii Karaków. Chłopcy (a właściwie monstra:)) wydali kalendarz. A że tematyka jest mi bliska, bo kiedyś zrobiłem sesję dziewczyn rugbistek z Gdyni, to z ciekawością zajrzałem i skieruję tam i Was.

fot.: Piotr Dębski/ Juvenia Kraków

Ciekaw jestem Waszych opinii o tym wydawnictwie. Mnie od razu przypomniał się materiał o tych samych rugbistkach, które ja fotografowałem przygotowany przez Rafała Malko i Dominika Sadowskiego.

Notabene, Piotra Dębskiego chyba znam z plfoto lub czegoś podobnego... ciekawe folio.


niedziela, 13 grudnia 2009

Days with My Father...


Proszę, znajdźcie chwilę i oglądnijcie te 42 zdjęcia wraz z komentarzami.
Wspaniale ludzkie.
Autorem jest Phillip Toledano.

Czy jest medium, które oddałoby to lepiej niż fotografia.

Phillipie! - chylę czoła przed Tobą i Ojcem Twym.
Za to, że potrafiłeś i zechciałeś.

fot. Phillip Toledano



piątek, 11 grudnia 2009

Podbierak...

Kiedy wkładam głowę pod płachtę i zamykam światło poza sobą, mam czasami wrażenie, że postać, twarz widziana do góry nogami w okienku mojej tylnej ścianki jest jedynie moim wyobrażeniem.

Kiedy wyjmuje głowę by sprawdzić czy ona tam jest, ona tam jest. Ale jakoś inaczej.
Znowu daję nura pod płachtę i znowu... jakby coś się zmieniało. Zaczynam odczuwać te dziwną właściwość łapania ludzi w sidła moich klatek.


Czasami wyciągając podbierak z rzeczki w Jelitkowie podczas szkolnych eskapad na wagary, wyciągałem małe rybki, nic nie znaczące. Drobnicę. Zaplątywała się gdzieś między oczkami siatki.
Duża ryba zdążyła zazwyczaj uciec i stercząc po kolana w wodzie, pluskałem się całymi dniami mając za plecami morze gdzie wszystka ta woda spływała.

Kamera jest jak podbierak.
Potrafię nią złapać okonia, płoć, jazgarza, a nawet czasami króla karpia.
Czy decyduje o sukcesie ten, kto trzyma siatkę czy może gęstość oczek samego podbieraka?

Coraz rzadziej wagaruje... wyrosłem i nieoceniona lekkość bytu dziecka przestała istnieć. Wagary równają się milionom spraw do załatwienia.
Łapanie w kadr staje się świętem i polowanie na karpia przybiera teraz kształt sprawnie zorganizowanego połowu, bardziej niż dziecięcej zabawy. A chyba nie powinno tak być !?

Całe to spinanie się i silenie na "mega" pomysł zaczyna mi straszliwie doskwierać.
Omywające mi nogi woda w szczenięcych latach zamieniła się w strumień, w którym ciężko ustać czasami. Strumień oczekiwań innych, ale też oczekiwań wobec siebie... przede wszystkim wobec siebie.

W filmie o Diane Arbus jest taka scena końcowa, gdy Lionel popełnia samobójstwo, ona wdycha powietrze z materaca, który on nadmuchał w noc przed śmiercią. Chcąc poczuć jego oddech.
Ta scena to karp. I to duży.

Ale życie składa się raczej z płotek, jazgarzy i innego drobnego ustrojstwa, które łapiemy w nasze kadry. Niemniej, czyż nie jest to też część naszego fotograficznego bytu...?
Czyż nie składają się klatki na cały film...?
Może czasami warto więc odpuścić łowienie karpi, na rzecz zabawy w podbierak sprzed dziesiątek lat.

Na rzecz dobrej zabawy...! Fotograficznej zabawy!



poniedziałek, 7 grudnia 2009

Cień pod nosem... wernisaż...


Na początek cytat:

"...Ale ta linia horyzontu jest krzywa i cień pod nosem straszliwie bałagani i tak niespokojny kadr. Lewa noga ciut za mocno skrzywiona, a fałdy jedwabnej sukni jakieś takie nieregularne. Oświetlenie płaskie trochę pomimo zastosowania 7 źródeł światła..."

Skąd znacie takie komentarze...? Bo ja znam je sprzed wielu lat z pl.rec.foto i autorem ich był.... jakiś iczek :)
Bosz... jak to się wydaje dawno. Jak zmieniłem podejście do fotografii. Nie oceniam już ludzi i zdjęć w ten sposób. Jeśli coś jest fatalne, nie piszę komentarzy. Jeśli coś mi się nie podoba to już nie w tej warstwie - jakże prymitywnych uwag - ale staram się objąć całość. Jakoś wspomóc słowem, nie zabić.
Można wyrazić dezaprobatę dla dzieła jakoś sensowniej. Przyczepić się do realizacji w całości, nie do detalu.
Czasami nadal mnie korci... i nie umiem odpuść, ale walczę ze sobą :)


Czemu od tego zaczynam..?
Bo ten weekend był bardzo owocny i niektórzy przypomnieli mi to, czego nie cierpię.

Ledwo wróciłem z Trzcianki, a już następnego dnia odbył się mój pierwszy wernisaż w Gdańsku.
Nie były to moje prace studyjne. Zamknąłem wraz z Kubą Sikorskim pewien pomysł, który narodził się przypadkowo w Galerii Sikorski na Grobla.
Portrety twórców mieszkających tamże, ludzi kultury, właścicieli sklepów, zakładów... czyli "ducha ulicy" w twarzach.
To nie są dzieła sztuki. To są ludziska jak widzimy ich wchodząc do fryzjera, apteki, sklepu z antykami. Bez zadęcia.

Kuba stworzył obrazy w formie przypominające (jak zauważył Mój Partner Nieseksualny) murale z szablonów. Świetne, wyraziste portrety na złocie! Naprawdę zrobiły na mnie wrażenie, zwłaszcza, że były oparte na moich portretach. Powieszone obok siebie, dopełniały się jakoś przez różność formy.

Przyszła kupa ludzi. Znaczy masa jak dla mnie. Jak na dwa pomieszczenia po 10m2 to raczej ciasno było dla ponad 40 osób :) Wielkie dzięki wszystkim :)

I tak gadając w gronie znajomych, nie udało się ustrzec tego takiego wyhodowanego w sieci "narzekactwa". A to, że krzywy nos, a to , że światła mało na zdjęciu, a to, że nie podobają się żadne poza dwoma.. itd., itp... i tak patrzyłem i słuchałem tych "utyskiwaczy etatowych" (jakbym siebie słyszał sprzed lat).
I wiecie co.. okazało się, że to najczęściej Ci, których znam z sieci. Ci, którzy jakoś pod skóra mają takie szpile... jakby ich to rajcowało, że powiedzą, że coś do dupy... :) Jakby trzeba im podać na tacy złoto, a i tak zażądają więcej i więcej...

I śmiać mi się chciało... bo obok stali ludzie, którzy mnie nie znali, którzy po prostu przyszli napić się wina, pogadać o tym co sami robią, o tym co wisi... pośmiać się i po prostu poobcować z czyjąś pracą. Ładną, nieładną, zrozumiałą, niezrozumiałą, ale prostu czyimś tworem. Prawili formułki, że ładne, że spoko... część szczera, część spod maski kurtuazji... ale bez złośliwości.

I widziałem sam siebie tak trochę w wyobraźni, jak czasami podchodzę do innych prac. Jak bez sensu napinam się. Jak nie potrafię docenić, że k.... m.... jeszcze komuś się chce!
Przecież mógłby ten malkontent siedzieć w sieci i po raz kolejny marudzić, że mu nie wychodzi, że nie zarabia na fotach, że nie ma pomysłu, że inni robią do dupy foty. Frustraci kurde.

Niniejszym chciałem podziękować Agnieszce Sikorskiej... za udostępnienie miejsca, ale przede wszystkim za propozycję wspaniałą "kontynuacji" pracy pana Stanisława... :) I za fajny dystans do całej tej Sztuki przez duże S :)
To było wyróżnienie!








sobota, 5 grudnia 2009

Trzcianka


Postanowiłem parę miesięcy temu wyjść z cienia. Z cienia chyba samego siebie, bo w sumie, to niby kto lub co rzucało na mnie cień..?:)
Często sami stawiamy się gdzieś w mroku wydarzeń i dodatkowo utyskujemy, że nic kurcze się nie dzieje. Że świat o nas zapomniał, a my mamy tyle do powiedzenia jemu.
Otwieramy wówczas blogi lub piszemy listy zaadresowane do dolnej szuflady i nadal nic się nie zmienia.

Uznałem, że warto może wyjść z przepaści marudzenia i krytykanctwa, które wielu z was mi zarzuca - oczywiście bezpodstawnie :)

Wygrałem tegoroczną edycję (14 już) konkursu "Portret" w Trzciance. Wczoraj w nocy wróciłem z wernisażu wystawy w Trzcianeckim Domu Kultury. I wiecie co...!

Jednak jesteśmy malutcy tak na co dzień. Poznałem oto ludzi, których jedyna pasją jest... robić coś wartościowego. Organizatorów i pomysłodawców konkursu, który ciągną od 14 edycji. Którzy zarazili pasją władze lokalne, które mając na głowie dziury w dachach i krzywą kanalizację, nie obawiają się wyłożyć kasę na takie działania.
Wiem, że jako laureat, cokolwiek napiszę trącić będzie wazeliną ciut, ale są ważniejsze sprawy niż źle pojęta poprawność.

Na wystawie były świetne portrety!
Naprawdę byłem pod wrażeniem tego, co ludzie w Polce robią. Co odbijają, co drukują, jak kombinują.
Sam sobie nie dałbym pierwszej nagrody. Wskazałbym na cykl autoportretów Natalii Lewandowskiej, która dostała wyróżnienie od Rady Miejskiej Trzcianki. Pogadaliśmy i Natalia to człowiek, którego pasja fotografowania i tworzenia obrazów jest nieporównywalna z moimi wygibasami.

Widziałem na wystawie prace znane mi z PlFoto, a także nagradzane już cykle tj.: Adam Pańczuk "Karczeby" (II nagroda).

Powiem Wam internauci kochani.... koniecznie musicie jeździć na wernisaże, poznawać ludzi. Poznawać "oficjałów", którzy okazują się często mniej oficjalni i bardziej normalni niż wydaje się to w szklanym okienku u Was w domu.
Trzcianka zaimponowała mi też frekwencją. Na wernisażu było 3 lub 4 razy więcej osób niż w Gdańsku na otwarciu kolejnej wystawy instalacji video w Muzeum Fotografii :)
Naprawdę, nawet na wernisażu "Transfotografii" nie widziałem tylu ludzi!!!! Szok!
Ja wiem... Trzcianka, małe miasto więc impreza przyciąga ludzi. Zgadza się, ale jakimże blamażem estetyki i jakimże blamażem dla organizatorów kultury w Gdańsku jest porównanie takie...!
Nam, mieszczuchom zapyziałym w głowach się poprzewracało... niestety widzę to po sobie.
Świat nam się kończy na czubku samochodu i w ekranie laptopa.

A życie jest obok... właśnie w takich miejscach i z takimi ludźmi jak organizatorzy Trzcianki. Ponad 750 zdjęć nadesłano na konkurs. W pracach jury pomagała szkoła miejscowa, dyrektorka Domu Kultury organizuje prace... po prostu jestem pod wrażeniem. To ja powinienem ich nagrodzić, że im się chce.

Naprawdę załadowałem akumulatory.
Zwycięska fota to Jasiek...








czwartek, 3 grudnia 2009

Gęsto...


Pojęcie gęstości materiału jest dość umowne.
Dla jednych, to szerokość zakresu tego co wcisnąć się da miedzy suwak po lewej a suwak po prawej. Dla innych wprost odwrotnie - to efekt zmniejszenia tego zakresu.

Dla mnie pojęcie gęstości kojarzyć się już zawsze będzie z publikacjami drukowanymi NG. Wiele lat temu, gdy używano wyłącznie filmów, NG miał bardzo specyficzny sposób prezentacji prac. Nie dość, że spora część materiału robiona była na Velvii, której kontrastowość wzrastała wraz ze spadkiem ilości światła w scenie, to jeszcze sposób skanowania i przygotowanie wersji drukowanej dodatkowo wyciskał z tego materiału dziwną gęstość zdjęcia.

Ja lubiłem takie podanie zdjęć. Miałem wrażenie, że one ociekają głębią koloru, głębią cieni, a przez to stawały się mroczniejsze, dobitniejsze, mocniejsze.

W epoce, która nieodwracalnie zawróciła w głowie wielu fotografom, temat gęstości podawania zdjęć powrócił za sprawą oprogramowania, które w łatwy sposób za pomocą Presetów czy Toutoriali można z automatu zapodać do zdjęcia. Tu obciąć, tam obciąć na krzywych i gra.
Efekt uzyskany jest ten sam co w filmie więc nie chodzi o to, że coś jest gorsze czy lepsze. Chodzi raczej o fakt, że w niektórych reportażach, zdjęciach pojedynczych taki zabieg ma sens, a gdzie indziej sensu nie ma to wcale.

Kiedy sięgam po współczesne NG, z trudem dostrzegam te starą manierę. Królują zdjęcia czyste, wygładzone, plastiki takie... no ale cóż. Kolega mi mówi, że jakieś aparaty mają już czułość kilkadziesiąt tysięcy ISO..!? I to akceptowalne. Dżizas!


Dzisiaj na stronie TIME zobaczyłem materiał, który idealnie pasuje mi do tamtych fotek z NG. Taki sam klimat. Dodatkowo, tutaj zastosowanie tego zabiegu jest w pełni uzasadnione, bo zarówno temat, jak i klimat miejsca sprzyjał takiemu zinterpretowaniu wydarzenia przez fotografa.

Polecam Wam zabawy gęstością... ale nie przesadzajcie.. :)


źródło: Time.com, fot. Christopher Morris, VII Agency


A tak swoją droga, które zdjęcie z tego setu Wam się najbardziej podoba?
Bo mnie nr 9... te plany budujące przestrzeń światłem.





"Skojarz mnie" - wyniki!


No więc tak.
Przede wszystkim - dziękuje Wam za zaangażowanie. W dobie wszechogarniającego nas roszczeniowo-konsumpcyjnego charakteru życia, każda inicjatywa, która zmobilizuje Was do działania - jest słuszna.

I tak trochę mnie rozczarowała mała frekwencja, bo w sumie nie wiem jak zmusić te paręset osób, które codziennie klikają w ten link aby pokazali się trochę.
Ale cóż....
No tak, zamiast się cieszyć, ja narzekam :)

Generalnie jestem pod olbrzymim wrażeniem Waszej dociekliwości i wiedzy w sumie, bo trochę trzeba było nagonić się w sieci za fotkami.

Oczywiście w sumie zdecydował łut szczęścia, bo jak wspomniałem, niektóre kadry były na tyle podobne, że Wasze wybory pomimo, że inne od moich, też spokojnie łapały się w dane słowo-klucz.

Nikomu nie udało się trafić 10.
Najwyższa liczba trafionych poprawnie zdjęć to 7 i pierwsza trafiła Karolina Zapolska !! Gratuluje!
Taką samą ilością trafień pochwalić się mogły jeszcze dwie osoby.
Jeśli się pomyliłem gdzieś, to proszę o info, bo ilość maili mnie trochę przerosła :(

Oto moje wybory (w nawiasie zaznaczyłem iksem te trzy, których nie udało się trafić zwycięzcy)


1. Ansel Adams "Kropka"


2. Avedon "Flaki"

3. Cartier-Bresson "Gołębie"

4. Edward Weston "Trójkąt"

5. Garry Winogrand "Machamy!" (X)

6. Irving Penn "Rondo"

7. Mapplethorpe "Obejmij"

8. Paul Strand "Tablica" (X)

9. William Eggleston "Pająk"

10. Sally Mann "Rozwarte" (X - tego nikt nie trafił)


Wydruk na barycie, sygnowany podpisem autora i opisem kolekcjonerskim wyślę pocztą.
To jest moja druga fotografia w życiu, podpisana przeze mnie odręcznie i przekazana osobie trzeciej :)
Może za 30 lat ktoś to kupi za milion dolków :) - czego Zwyciężczyni życzę... i sobie :)

środa, 2 grudnia 2009

"Skojarz mnie" - konkurs!


Ok!
Konkurs Wam serwuje.

Nagrodą jest.... no powiedzmy.... moje zdjęcie podpisane w limitowanej serii 15 druków. To będzie akurat nr 3. Baryt.

Zasady są proste, ale też i trochę zwodnicze.

Oto, wybrałem zdjęcia fotografów, którzy wywarli na mnie największe wrażenie w historii fotografii. I Wy musicie zgadnąć na podstawie jednego słowa i nazwiska autora o jakie zdjęcie chodzi.
Słowo to jest moim całkowicie subiektywnym skojarzeniem z daną fotografią.
Czasami słowo jest banalnie prosto skojarzone i znając choć w części historię fotografii, łatwo zgadniecie co to. Czasami jednak fotograf robił w danej konwencji kilka zdjęć podobnych i trzeba mieć szczęście aby trafić w kadr, który ja wybrałem.
Czasami odjechałem daleko poza to, co widać na klatce... i będziecie musieli się naklikać :)

Aby nie podpowiadać sobie - musimy użyć maila.
Poproszę o przesłanie wybranych zdjęć/odpowiedzi zatytułowanych numerem pytania (1.jpg).
I tak:

1. Ansel Adams "Kropka"
2. Avedon "Flaki"
3. Cartier-Bresson "Gołębie"
4. Edward Weston "Trójkąt"
5. Garry Winogrand "Machamy!"
6. Irving Penn "Rondo"
7. Mapplethorpe "Obejmij"
8. Paul Strand "Tablica"
9. William Eggleston "Pająk"
10. Sally Mann "Rozwarte"

:)
No ciekaw jestem przy Was zmotywuje do działania.
Termin nadsyłania: jutro, 3 grudnia, godz.: 14:00
Mail: piotrbiegaj(małpa)yahoo.pl

Proszę nie odpowiadać w komentarzach i nie psuć zabawy !!! :)




wtorek, 1 grudnia 2009

Panta rhei...



Jeszcze rok temu On sam zapraszał mnie na bardzo ciekawe spotkanie gdzieś daleko na Północy, w gronie osób, dla których części nie istnieje oprogramowanie do obróbki zdjęć, a odbitki, które pokazali zatykały dech w piersiach.
Spotkanie z ludźmi z "Bastionu", z "Ostatnimi Mohikaninami", ten typ.

Ten sam człowiek, rok temu wyjmował na mieście z małej torby pięknego Zeiss Ikon, na widok którego kolana się uginały. Te opowieści o wartości rolki filmu, o papierze, o zapachu chemii.

I...

Padł ostatni bastion, jak zwykle bywa to w filmach i padł ostatni Mohikanin zwalony ciosem niepowstrzymanego rozwoju. I On też padł.

Cyfrowe pliki wylądowały w mojej skrzynce. Adresat ten sam. Sprawdzić musiałem, bo nie chciałem zaufać oczom.
- Wiesz... zmieniłem podejście. Zrozumiałem parę rzeczy. Otworzyłem się na świat.
- A ja co...? Zakopuje się? Przecież możesz być otwarty bez tego całego nowego szajsu w Twojej torbie.
Argumenty dotychczas koronne w dyskusjach nad podejściem do fotografii, stają się w Jego ustach jedynie bełkotem zatwardziałych purystów.
- To nie ważne iczek. Ważny jest obrazek, nie ważne jak zrobiony.

Jakoś mi kurde smutno. To po cholerę te spotkania z fotografami takimi, a nie innymi. Po cholerę całe to szaleństwo za Leikami M6 i szkłami Zeiss..? Skoro to nie ma znaczenia?!
Po co w ogóle rozdrabniać się na coś zrobione rękoma i głową, nad czymś wygenerowanym przez procesor...

Nie, nie oczekuje tutaj kolejnej dyskusji, nawet zabraniam jej. Po prostu cholernie posmutniał świat, gdy Twoje wzory, pewne stałe zmienne określające Twoje miejsce w przestrzeni społecznej i fotograficznej znikają i podsumowują całe swoje działanie krótkim: "to nie ważne czym!"

A dla mnie nadal ważne czym i jak!
I to jak cholera!
Nawet jeśli "wszystko płynie"... najwyżej się utopię.


dla P.K. z nadzieją, że wrócisz na analoga łono...


piątek, 27 listopada 2009

Polecane... Benjamin Goss


Niektórzy go znają. Lubi psuć. Ale nie w PS. Psuje naturalnie niejako. Z natury materiału korzystając. Dla mnie rewelacyjne portrety.

Warto spojrzeć... Benjamin Goss





fot. Benjamin Goss (x4)



czwartek, 26 listopada 2009

Dupa zza krzaka...


Cytat: „Moja technika opiera się na braku techniki. Obiektywem jest moje oko, moja charyzma, moja umiejętność dostrzegania chwili i prawdy w dowolnej postaci: ujęcia, kolorów, świata, scenerii. To one stanowiły zawsze sedno mojej sztuki fotograficznej”.

Zanim odkryje autora, chciałbym napisać,że jak 99% facetów lubię popatrzeć na gołą kobitę. Ot tak, po prostu.
Jeśli dodatkowo jest to ładne zdjęcie z pomysłem i widać w nim kunszt autora, to już w ogóle zamienia się to w "celebrację oczną".
Cóż facetem jestem i tutaj zatrzymam się po raz drugi, bo złożony grypą siłą rzeczy musiałem pastwić się nad pilotem telewizyjnym i dane mi było oglądnąć po trochu większość obecnie nadawanych seriali TV.
Ło makto!
Ja się nie dziwię, że obecnie wszyscy faceci są zniewieściałymi łajzami, bo obraz faceta wyłaniający się z tych "M jak M" czy innych "39 i pół" jest przerażający. Snujące się mimozy, płaczące, wrażliwe z wypielęgnowanymi twarzami i cierpiącym wzrokiem. Dżizas!
Jednym dosadnym słowem - cipki nie faceci! (przepraszam wysublimowanych czytelników)

Ale do meritum.
Autorem tych zacnie brzmiących słów jest twórca tegorocznego kalendarza Pirelli - Terry Richardson.

I w sumie mógłbym już nic nie pisać, bo znający mnie wiedzą co napiszę...:)

Czy mi się podoba..?
Oczywiście, że nie!

Nawet jeśli pochylimy się nad tym czymś, jako nad sztuką pop, co sugerują krytycy...
Nawet jeśli uznamy, że przyznanie się do nieposiadania wiedzy technicznej o wykonaniu zdjęcia jest zabiegiem PR...
Nawet jeśli potraktujemy to coś w kategorii prowokacji (skądinąd Terry od lat jest z tego znany)...

... to wszystko to, nie zmieni faktu, że mamy do czynienia z wielkim gównem.
No wiem... ostro.
Tak ma być.

Cóż z tego, że z logo Pirelli...?! Czyż Ferrari się nie psują, czyż Bugatti nie łapią gumy...
Mam wrażenie, że Pirelli cle na tym wyjdzie, choć szum się narobi i sam go robię.
Jeśli o to im chodziło i o taki szum, to luzik... nie moja kasa... nie moje nazwisko.

I nie chodzi o to, że wolałbym fotki lalek z lat 80 w ciętych po talię kostiumach i trampkach z kortu tenisowego...
Chodzi o fotografię.
Ale Pirelli już zapomniał o co chodzi w tym kalendarzu najwyraźniej...
Szkoda... :(



fot.: Terry Richardson (więcej fotek na ŚO)



wtorek, 24 listopada 2009

Tagi na dzisiaj: cyfra, ciemnia, obróbka, PS....


Są blogi, na których autorzy usilnie starają się przekonać nas, że COŚ jest lepsze od CZEGOŚ i na odwrót, że CZEGOŚ jest lepsze od COŚ.

W fotografii, dyskusja owa koncentruje się zazwyczaj wokół systemów (system A jest lepszy od B) i wokół metody (metoda B jest lepsza od A).

Są blogi, na których mówi się, że analog jest lepszy od cyfry, bo jest prawdziwszy. Bo daje efekty nie podlegające przetwarzaniu przez jakiś tam procesor z wpisanymi milionami scen, który uogólnia nasze widzenia tego, co po drugiej stronie aparatu.
Dodatkowo, te same blogi i ich właściciele kłócą się miesiącami, że obróbka fotografii w PS jest łamaniem prawdy zawartej w suchym źródle (RAW czy jakoś tak).

No to tylko wrzucam tutaj zdjęcie, które skądinąd może być już dobrze znane. I to zdjęcie mam nadzieję raz na zawsze zamknie usta Tym niewiernym i nierozumiejącym nic bloggerom, którzy nie poddają się nurtowi zmian i cywilizacyjnemu progresowi.

Tacy jesteście mądrzy!?
No to popatrzcie na instrukcję jaką Avedon zostawiła swoim printerom :)
I raz na zawsze przestańcie marudzić, że PS zabija fotografię!


Ciekawe jak wygląda zdjęcie na negatywie i na odbitce..:)



poniedziałek, 23 listopada 2009

Dobra, bo zwykła....


Niektórzy piszą, że nie rozumieją fotografii, która dla nich nie przedstawia nic poza rejestracją rzeczywistości. A że często owa rejestracja dotyczy rzeczy unikalnych, to nie powinno czynić wyjątkowego zdjęcia z samego tego faktu.

A ja mówię... veto!

A właśnie, że fotografia rzeczy oczywistych jest dla mnie najlepsza. Może taki etap mam. Może nie umiem robić artu w stylu autora tamtego wpisu. Może...
Jednak mam niewątpliwą przyjemność i rozkosz, uwieczniając rzeczy oczywiste, zwykłe, normalne, proste w sposób prosty.

Ot - może czasami nie warto za wiele kombinować i sam widok nieba lub człowieka zaspakaja nasze ego fotograficzne.

KUMAKA Studio, 2009



Miliony kadrów....


Ponieważ Gościa uwielbiam, a jego klimaty zwalają mnie z krzesła za każdą nowa produkcją, to polecam Wam klasyczną już składankę z miliona kadrów w wykonaniu Eugenio Recuenco.
Tym razem sesja dla Pull&Bear.
Ech Eugeniusz, Eugeniusz... skąd Ty bierzesz te scenografie!?




niedziela, 22 listopada 2009

To be PS or not to be...


Właśnie.
Co w końcu z tym PS. Czy okradanie fotografów tworzących swoje prace z autorstwa tychże, sugerując uzyskanie efektu końcowego pracą z grafiką komputerową, którą się posłużyli jest zawsze sprawiedliwe..?

Pamiętacie jednego z laureatów Hasselblad Masters w roku 2008 - August'a Bradley'a?
Wygrały zdjęcia, które ja określiłem jako w 100% praktycznie Photoshop. Kilka poniżej:




Dzisiaj przez przypadek trafiłem na YouTube na film z realizacji tej sesji i trochę się zawstydziłem, bo patrząc na sceny, które on zbudował i wstępny klimat przed obróbka - muszę przyznać, że nie odbiega to aż tak dalece od efektów pokazanych potem... Bo tutaj nie ma wklejek, nie ma sztucznych wpasowań ptaków... on to zaaranżował...!



Może więc nie zawsze ingerencja w PS jest aż tak zbrodnicza dla zdjęcia...? Może fotografowie jednak wkładają w oświetlenie, klimat, scenografię kupę pracy aby uzyskać efekty bez potrzeby software..?
Naprawdę mnie August zaskoczył pozytywnie...



sobota, 21 listopada 2009

Pod wodą powietrza brak...


Cóż... się zastanawiałem czy gdzieś znajdę parę słów na temat tej sesji, ale nie doczekałem się...

Listopadowy Twój Styl przynosi nam sesję Rafała Milacha, który zszedł pod poziom ziemi. I dosłownie i w przenośni.
Fotografował Pawła Korzeniowskiego (pływak) i Martę Domachowską (tenisistka), którzy są parą. Materiał ma nam opowiadać jakie to trudne związki sportowców.

Ponieważ pływanie kojarzy się z wodą, to nie trudno zgadnąć jaki pomysł ma fotograf. Na basen marsz!
Ale, ale... co tam woda. Zróbmy to jakoś mniej oczywiście.
No to może... hmmm... pod wodą?
Ależ to oryginalne...

Efekty wyszły mniej więcej takie jak oryginalność pomysłu. Paweł zaciska usta, a Marta pławi się wokół niego w zwiewnych tiulach...
Koszmar.
Ani to ładne, ani pomysłowe, a już naprawdę ilość tego typu sesji na starcie dyskwalifikuje takie "powielactwo".
Rafał Milach musi z czegoś żyć. Rozumiem.

Mam nadzieję, że zapłacili Mu tyle, że przez trzy miesiące będzie mógł jeździć i realizować swoje ambitniejsze projekty, za które go cenię.


Niestety nie znalazłem całości sesji więc odsyłam do gazety, a poniżej tylko link do artykułu.

Twój Styl, listopad 2009, fot. Rafał Milach



czwartek, 19 listopada 2009

Piano schody....


... uśmiałem się do łez i zdałem sobie sprawę z zależności jakie zachodzą co dzień w moim mózgu..!
Że tez ktoś na to wpadł! Czapa z głowy!





... i inna zabawa:



Jestem sobie...


No i proszę, na wstępie wszyscy łapiemy się pod boczki i nucimy na znaną melodię:

... Jestem sobie przedszkolaczek
Nie grymaszę i nie płaczę
Na werbelku marsza gram
Ram pam pam, ram pam pam...

...a teraz dwa ostatnie wersy zamieniamy na poniższe i ponownie:

...Za swe zdjęcia płacę sam
Ram pam pam, ram pam pam...


Do czego piję..?
Otóż, Ci z Was, którzy nie mają dzieci w przedszkolu nie doznali cudownych olśnień w czasie tego jakże ważnego czasu dla dziecka.
Wśród nich są też olśnienia fotograficzne.
Nie wiem czy wiecie, ale w przedszkolach robi się zdjęcia na tzw. partyzanta.

Dzień jak co dzień. Spacer, przebieranie się w szatni, buziak na papa, zamknięcie drzwi, a przy wyjściu łapie mnie znienacka pani recepcjonistka.

- Mam dla Pana zdjęcia.
- ?
- No zdjęcia Młodego.
- ?
- No był fotograf i są odbitki.

Patrzę na przygotowana teczkę z imieniem Młodego i zaglądam. A tam trzy odbitki. Jedna A4, dwie 10x15.
Portret ciasny (cięty po szyi) i sylwetka.
- Przepraszam, ale nikt nas nie informował , że będzie fotograf w przedszkolu...?
- A bo on przychodzi bez uprzedzenia i nie informujemy rodziców.

Zapewne dlatego młody ma na sobie rajtuzy z wytarciami na kolanach, starą roboczą bluzę do zabawy plasteliną i włosy posklejane ową masą plastyczną.
Co to znaczy, że nie uprzedzają?
Akurat nie ubrałbym Młodego w mundurek, ale skoro już coś robimy, to co za problem dać znać i może jakaś matka przebierze córkę w suknię ślubną :) Ale uprzedzić warto...
O tyle to dziwne, że podpisując umowę z przedszkolem musiałem wyrazić osobną zgodę na wykorzystywanie wizerunku mojego dziecka na stronach www przedszkola przy okazji publikacji fotek z imprez i wydarzeń. A tymczasem, na fotografa co pstryka dzieci nie muszę wyrażać zgody... ciekawe?

Ale nic, do zdjęć wracam i widzę obrazki wciśnięte w jakieś masakryczne ramki z PS, aż mi się płakać chce jak widzę taką popelinę...
A wszystko za jedyne... 26zł!
Trzy odbitki, których koszt w labie wynosi 2,30zł.
Niezła przebitka.

Wielokrotnie narzekałem tutaj na to, że fotografia jest niedoceniana i że nie płacimy za nią tyle ile powinniśmy. Że należy się cenić, że trzeba płacić za czyjąś pracę.
Tym razem staje po drugiej stronie barykady i...?!
No właśnie i mi się nóż w kieszeni otwiera jak ktoś proponuje mi coś takiego i chce zarobić na moim dzieciaku, który zapewne będzie chciał mieć fotki, bo Inny ma :)
I to wszystko totalna partyzantka, bo ja nie muszę kupować tych odbitek. Ci "fotografowie" robią to na swój koszt (minimalny) i oddają dla skuszenia ludzi te dzieła sztuki:)
Normalnie czuję się osaczony i gwałcony....

I w dodatku kosztem Młodego.

Wygląda masakrycznie na tych fotach w tych jesiennych liściach, rodem z clipartów Corela....
Jezus...

A więc...

... Jestem sobie tata młody
Nie mam kasy ni urody
Fotki syna zrobię sam
Ram pam pam, ram pam pam...




poniedziałek, 16 listopada 2009

Dewaluacja...


Występuje zarówno w ekonomii, jak i w psychologii. Znaczenie obiegowe jest jak najbardziej dobre.
Obniżenie...

Mam wrażenie, że pojęcie fotografii uległo dalece idącej dewaluacji.
To nie cytat, to taka telewizyjna formułka.

Ale w sumie....? Czyż nie słuszna?
Weźmy takie oto słowo: student.
Czy nie uważacie, że uległo ona nie tylko dewaluacja, ale i deprecjacji (też dobre słowo!)?

Kto obecnie jest studentem..? Każdy. Ba! Nawet egzaminu nie trzeba już żadnego zdawać, bo w dobie kryzysu, szkoły niepaństwowe przyjmują każdego, byle wpłata była na konto. I jest student...
Raz w tygodniu ma jakieś tam spotkanie trwające cały weekend bez przerwy na siku, a namacalnym dowodem istnienia szkoły jest fakt, że pod budynkiem, który wynajmuje, w każdy weekend nie da się zaparkować auto w promieniu 300 metrów. A jak nie daj Boże mieszkasz koło takiej "szkoły wyższej", to biada Ci w weekend wyjść z psem lub po bułki... tabun wylansowanych lasek w mini oblepi cię jak tygodniowa guma do żucia. No, ale społeczeństwo się uczy i kształci i mamy inteligencje. Bo to przecież oni zajmują te miejsca parkingowe - przyszła inteligencja :)

Tak więc fotografia i student to zakresy pojęć ujęte w słowa, które uległy daleko posuniętej deprecjacji i dewaluacji.

W Gdyni odbyło się spotkanie z Anną Bodnar.
Reklamowane jako spotkanie z fotografem (członek, ups: członkini ZPAF), która robi ponoć zdjęcia...?
I tutaj się z lekka poirytowałem, bo w 80% jej "fotografie" to grafiki komputerowe.
W krótkiej notce na blogu autorki jest napisane, że "przejawia niechęć do plastikowego świata" - po czym składa w PS kobietę z głową koguta lub domalowuje lustro z którego wylewa się woda...?! Yhhh?

Jej prace są zlepione, sklejone, porysowane i przekształcenie w PS i nadal ktoś nazywa je fotografią. Ja się zapytuje na jakiej to podstawie?
Oj tak, wiem, zaraz ktoś "wystrzeli we mnie" Hartwigiem...

Nie jestem przeciw Annie - jej cykl Nudes jest bardzo fajny... podoba mi się.
Ale jakoś mnie swędzi to, że zabiera się "fotografii", to co cesarskie, a zostawia się... no właśnie co..?


W sumie to nie miałem pisać o Bodnar, ale jakoś tak ramiona neuronów mi skręciły w tym kierunku.
Chciałem napisać o tym, że "fotograficzny slow food" , jakim jest klasyczna fotografia jest zdecydowanie smaczniejszy niż "cyfrowy fast food".
Pustym kaloriom mówimy nie...
Spróbować można, czemu nie! Ale żeby całe życie żreć to "dmuchane cyfrowo-pikselowe żarcie" !? Brrrrr...


Mój wizerunek wymoczył się w weekend w kolodionie. Dwa Michały (oba duże) :) pokazały mi, jak bez zadęcia i pomponady formy robić zdjęcia. Są w Polsce ludzie, którzy robią takie rzeczy, że mi mózg staje. I nie krzyczy się o nich w jakiś nadmuchanych blogach. Oni sobie po prostu są. Bo są. Bo spełniają się w tym moczeniu szklanych płyt. Chwała Panowie!
"Hats off to the sailing ship! - jak krzyczeli onegdaj żeglarze.



sobota, 14 listopada 2009

Fast or slow...?

Fotografia jest jak jedzenie.
Fotografia cyfrowa jest jak fast food - nażresz się i odbija ci się tydzień pustymi kaloriami.
Fotografia klasyczna jest jak slow food - myślisz co jesz i celebrujesz posiłek.

To takie przemyślenie, ale jak idealnie pasujące do realiów obu rodzaju fotografii. Wręcz idealnie wpisuje się w to, co doświadczam trzymając w rękach cyfrę. Jakoś tak szybko i beznamiętnie.

Takie przysłowie mi ojciec wpajał: "Młodość pała jedną chętką - dużo, byle jak i prędko".
Cyfra to młoda technika. Jest fast, jest byle i prędko :)


Jak zrobiłem to światło....


Fajna rzecz.
Bardzo popularna obecnie wśród amatorów i pomocna jak cholera.Polecam Wam zapamiętywanie własnych ustawień światła i dzielenie się kulisami swojej pracy.


czwartek, 12 listopada 2009

Popatrz w dół...!


To jedynie przykład, wcale nie każę nikomu patrzeć jedynie w dół. Ot, chodzi mi o to, że czasami zaszywamy się w swoim klimacie, w swoim "stylu", w swojej formie jak zaszywało się umarlaka w płótno żaglowe i zrzucało z burty do wody.
Mówiono wówczas, że "ostatni ścieg jest bez krwi".

Więc sobie kadrujemy często mechanicznie, bo tak już było lub bo tak pasuje i tak jest dobrze.

Oglądając moich Mistrzów pracę, zauważam, że poza klasycznymi ujęciami, wymuskanymi kadrowymi ikonami mego postrzegania portretu, także i oni szli "po bandzie". Poszukiwali lub starali się przełamać monotonię portretowania ludzi.
I nie mówię tutaj o współczesnej fotografii portretowej, której zresztą nie ma, jak dla mnie, ale raczej o klasykach gatunku, którzy też poszukiwali. Kadrowali dziwnie.

Ucinali ramiona w pionie pokazując jedynie sylwetkę z jedną ręką.
Ciasno kadrowali twarz pozbawiając modela oka lub nosa nawet. Szpecili wydawałoby się obraz. A jednak nie do końca.

William S. Burroughs, fot. Avedon

Tego typu zabiegi miały i mają czemuś służyć. Czasami jest to prosta wskazówka dla odbiory gdzie ma patrzeć. Czasami jest to jakiś psychologiczny detal, który autor wyciąga przed nas. Czasami przypadek po prostu.

Samuel Beckett, fot. Avedon

Każde poszukiwania są lepsze niż sztampa. Nie każde jednak są dobre i dają dobre efekty, ale zawsze warto popatrzeć w dół.

Spojrzeć na scenę z innej pozycji. Skupić się na innym elemencie układanki. Często odkrywamy wówczas coś naprawdę mocnego. Nie dotyczy to tylko portretu. Dotyczy to wszystkiego.

Więc... czasami "popatrzcie w dół".





środa, 11 listopada 2009

"Spojrzenie Boczne" asystenta...


Chciałbym przez chwilę zastanowić się nad rolą asystenta...
Jak widać na załączonym obrazku pełni on rolę kluczową przy wielu kadrach. Niech Was nie zmyli nonszalancja ukazana tą ręką w kieszeni, tutaj każdy ruch jest zaplanowany, a każda poza ma swoje znaczenie :)

Bardzo trudno jest o dobrego asystenta. Takiego, który rozumie kiedy należy zawiasy szczękowe trzymać zwarte, a kiedy może pozwolić sobie na drobną uwagę, bo wbrew pozorom wcale nie jego umiejętności techniczne są najważniejsza, ale... estetyka i rozumienie się z fotografem.

To, że asystent musi wiedzieć gdzie stanąć by nie zasłaniać światła z okna, że musi wiedzieć jak posługiwać się blenda by nie dodać za dużo światła - to jest norma jakaś. Podstawówka.
Ale znaleźć takiego, który szepnie: "wiesz co, do dupy ten kadr" po godzinie ustawiania modeli - to jest Święty Graal :)

Mam szczęście.

Mam dobrego asystenta, choć to określenie względem niego jest niesprawiedliwe, bo to jest po prostu mój partner fotograficzny. Fotograf - jako i ja jestem.
Ale ma dar.
Spojrzenia bocznego - tak to się nazywa w mojej terminologii. "Spojrzenie boczne".

Kto umie spoglądać bocznie potrafi zrobić wszystko. Niektórzy twierdzą, że spojrzenie boczne jest łatwiejsze, bo nie jesteśmy narażeni na stres robienia zdjęcia, jak fotograf.
Że łatwiej jest dostrzec niuanse.
Ale ja twierdze, że wcale tak nie jest, bo asystent widzi rzeczy z boku. Ja mam na głowie szmatę, patrze w matówkę 8x10 cali i widzę, co widzę.
A asystent? Asystent widzi oczami wyobraźni to, co ja widzę i jeszcze umie to skorygować. Szelma...


Wiele moich zdjęć wygląda jak wygląda dzięki dwóm, trzem słowom asystenta...
Taka prawda.
Dlatego podkreślam zbiorowy charakter akurat moich fotografii.


wtorek, 10 listopada 2009

Sponsor...


Z angielska [:ze sponsor] :)

A pytanie brzmi - jak znaleźć sponsora?
Ale tak po kolei, jaka jest droga aby otrzymać pieniądze na jakiś swój projekt fotograficzny lub na wystawę?

No bo co..?
Robię wydruki i pielgrzymuje po firmach, gdzie moja droga kończy się w 80% na recepcji..? I nigdy nie dociera do osób decyzyjnych?
Wysyłam płyty DVD z prezentacjami?
Dzwonię po biurach?

Chętnie zrobiłbym wystawę swoich prac. Zbieram kasę, ale jak w życiu, skarbonkę muszę rozbijać już po miesiącu, bo akurat mi końcówki drążków szwankują i sworznie czas wymienić :)
Skorupami od skarbonek zapchałem już pół piwnicy. A wystawa się oddala.

Artysta nie jestem więc nikt nie chce wystawiać mnie w CSW - bo moje prace są takie "normalne". Nie umiem fotografować krzaków w wmawiać ludziom, że to "reminiscencje mojej jaźni zamknięte między plątaniną liści i gałązek"
Stypendium nie dostanę, bo nie mam dorobku artystycznego, bo tych cholernych krzaków nie fotografowałem!

Zero zaplecza, zero sukcesów...

Dodatkowo, obniżając aspirację, szukam knajp które by za darmo wystawiły prace, ale i tam nie mogę, bo sumienie nie pozwala wypieszczonych kadrów wieszać na oplutej i zadymionej ścianie. No i barty psuje się od tytoniowego podmuchu. Poza tym, zaraz ktoś zniszczy.

To jak zebrać kasę...? Co by się pokazać..?
I ile trzeba zebrać?

Taka wystawa z 20 powiększeniami to pewnie jakieś 10-20tys lekko licząc. Wydruki, ramy, wynajem sali, transport, wernisaż.
Niby nie aż tak dużo, a jednak...

A Wy szukacie sponsorów... nie pytam o rodziców ?:)


poniedziałek, 9 listopada 2009

Portret kolodion 40x50cm!


No... to jest coś :)



niedziela, 8 listopada 2009

Wszędzie dobrze tam, gdzie.... mamy czas...


Właśnie.

Miałem okazję zobaczyć kawalątek Polski południowej. A dokładnie Podkarpacie w miniaturze. I wiecie co, jadąc samochodem po tych okolicach zdałem sobie sprawę, że ich krajobraz jest zdecydowanie bardziej "atrakcyjny fotograficznie" od moich okolic pomorskich.

Takie bardziej urozmaicony, jakby przez to weselszy, jakby też bardziej zwarty - może przez brak płaskiej perspektywy...
W każdym razie - odczułem, że jest fajniej, ze mam ochotę porobić zdjęcia plenerowe, których już dawno nie robiłem.

Wieczorem porozmawiałem z miejscowym pstrykaczem i on wysłuchał tych moich wynurzeń pobłażliwie uśmiechając się pod nosem.
Kiedy zawiesiłem pytanie w powietrzu licząc na jego wdzięczność, że zauważyłem te wszystkie zalety ich regionu, on odparł jednym zdaniem, które zabrzmiało jak finalny dźwięk zamykający koncert.
- Ale wy macie... morze!

Tak.
Czyli co, stawiamy na szali atrakcyjności fotograficznej morze i góry? Co przechyli się?

Efekt nowości działa w fotografii bezbłędnie. To, co mnie wydaje się banalne: te wschody słońca nad morzem, ten szum, ten jod, te piach... ma inny wymiar 650km na południe. Romantyczny taki.

Ale jest też inna sprawa.
- Wysłałeś zdjęcie na konkurs o Gdańsku? - spytała mnie Małgosia.
- Nie, bo nie umiem odkryć w tym mieście już nic zaskakującego.

Idiotyczne. Bo miasto moje zmienia się wraz porami roku, zawsze potrafi zaskoczyć. Tylko ja chyba przestałem to dostrzegać. Bo nie mam kiedy, bo nie mam jak. Czas stał się dla mnie deficytowy bardziej niż jabłka na wiosnę.

Poświęcam go na "niesiebie", poświęcam go na rodzinę, na zaległe sprawy, a zostaje go dla mnie w ilości, która przekłada się na jedną, dwie fiszki w miesiącu. Gdybym miał czasu więcej, zarówno góry, jak i morze byłyby tak samo atrakcyjne.

A tak...?

Ale zawsze mam wybór.
Młody na karku machający nogami pod pachami lub aparat, ulica i...

No właśnie... jedno słowo:
"priorytety" - bolące miejsce w moim mózgu.

Sopot, luty 2008


~~~~
PS
Wpis dedykuję Pani I.





środa, 4 listopada 2009

Jesienny foto zarobek - 7,5mln USD



Dokładnie 7,484,100 dolarów amerykańskich zarobiły zdjęcia sprzedane w sezonie jesiennym na aukcjach Domu Aukcyjnego Christie's. To swoisty rekord świata sprzedaży fotografii.

Dzień 7 i 8 października przejdzie do annałów jeśli chodzi o wylicytowane kwoty za fotografię na świecie. No, ale nie ma się co dziwić, bo na listach sprzedażowych znalazły się m.in. zdjęcia takich autorów jak: Bruce Davidson, Adolph De Meyer, Heinrich Kuehn, Sally Mann, Richard Misrach, Erwin Olaf, Marcus Aurelius Root czy Joel-Peter Witkin.


Ceny kształtowały się różnie, bo też i ilość zdjęć sprzedawanych w kolekcjach była naprawdę spora. Rodzynkiem jesiennym okazał się zbiór kolorowych zdjęć z kolekcji Bruce i Nancy Berman "The American Landscape", które to zdjęcia różnych autorów poszły za 1,544,625usd i obejmowała kilkadziesiąt pozycji, m.in.: William Egglestone, William Christenberry, Mitch Epstein.

Prywatna kolekcja 59. zdjęć Sally Mann poszła za 667,625usd, a pojedyncza praca Adolph de Meyer "Water Lilies" (platyna) osiągnęła cenę 170,500usd i była to najwyższa cena jaką kiedykolwiek zapłacono za dzieło tego fotografa.



Dokładnie tyle samo wyciągnął Robert Frank za swoją odbitkę "Fish Kill".


Swój osobisty rekord cenowy za jedno zdjęcie pobił też Erwin Olaf, który pojedyncze zdjęcie "Hope 5" sprzedał za 40,000usd. Teraz już rozumiem dlaczego na swojej stronie Erwin umieszcza pełnowymiarowe obrazki i nie ma tam żadnych zabezpieczeń przed ich ściąganiem :)



I znowu rodzynek - pojedyncze zdjęcie "Greenwood, Mississippi" autorstwa William Eggleston'a, które osiągnęło 158,500usd. To naprawdę szaleństwo.



Irving Penn też odcisnął swój ślad zdjęciem "Cuzco Newsboy", sprzedanym za 72,100usd.



Nie mogło zabraknąć jesienią Ansela Adams'a. Wszak to cudowna pora dla fotografów przyrody. Jego praca "Portfolio Three: Yosemite Valley" sprzedała się za 116,500usd.



A na koniec dagerotypista Marcus Aurelius Root, którego zdjęcie "Anthony Pritchard, 1850" osiągnęło zawrotną cenę 350,500usd.



No i teraz sobie posiedźmy w ciszy....