czwartek, 25 grudnia 2008

Dostałem album...


Wydawać by się mogło, że sam album, jak i jego treść jest banalna. Że, ponieważ nie jest to sztuka, nie jest to jakieś wymyślne fotografowanie - to album ten po prostu będzie tylko prezentem. Ot fotografowi damy album... ciocia pomyślała.

No i ja nie pozostając z początku cioci dłużny, też tak pomyślałem. Oto bowiem trzymałem w rekach album pt.: "Fot. Kosycarz - Niezwykłe zwykłe zdjęcia III".

Świece dopalały się na stole, płyta w odtwarzaczu rodziców robiła już trzecia pętlę, a dzieciaki powoli przecierały oczy w kącie sofy przytulając - a to Pana Bulwę, a to Tomka, a to Marka Maruchę.
Czas był więc na przeglądnięcie albumu w cieniu drzewka, które się jeszcze nie sypało na karty książki.

No i stało się... poczułem tą cudowną magię fotografii na odbitce, w albumie. Przeniosłem się całym sobą w lata powojenne. W lata, kiedy Zbyszek Kosycarz szalał ze swoim Rolleiflexem czy inną dwuobiektywową maszynką 6x6 i dokumentował co mógł. Bo dla mnie Zbyszek Kosycarz to dokumentalista. Pomimo, że gdańskie środowisko nazywa go "latającym reporterem", to dla mnie fotografie jego spełniają wszystko, co w temacie dokument można zrobić.
Poznawałem więc Gdańsk, którego już nie ma, który udało mi się częsciowo zapamiętać jeszcze ze swojego życia.

Jestem rocznikiem połowy lat '70. Dzięki bogu udało mi się jeszcze skończyć szkoły peerelowskie i chwalę za to wszystkich moich nauczycieli, których szanowałem i którym mówiłem: Proszę Pani, Proszę Pana. Żaden z nich nie zmuszał mnie do traktowania ich jak kolegów, bo kolegami nie byli....! Całe szczęście! Pamiętam więc tamte lata... pamiętam powstające osiedla, pamiętam pochody pierwszomajowe z mamą... pamiętam.
Ale zagalopowałem się...

Fotografie w albumie pokazują mi świat, którego unikatowość zachowała się dziś jedynie dzięki tym zdjęciom. Wspaniale. Niby nic. Albumów takich od groma. A jednak - Zbyszek Kosycarz dodawał do nich coś swojego: humor, dystans i szerszy plan.

Dlaczego tak na mnie działa ten akurat album...?

Los sprawił, że w czasach studiów łaziłem z aparatem na wszystkie imprezy polityczne i kulturalne w Gdańsku. Ot, maniak fotografowania wpychał się gdzie popadnie. Przy jakiejś kolejnej okazji, pod restauracją Crystal w Gdańsku Wrzeszczu, odbywało się jakiś kolejny solidarnościowy jubel zorganizowany przez właściciela knajpy Kokoszkę ("restaurator Wałęsy"). Oczywiście stałem przed wejściem z moim EOS 50e chyba wtedy i małej grupce reporterów podszedł do mnie facet z długimi włosami.
- A może wpadniesz do mnie i popracujesz dla mnie jako fotograf?
Cóż więcej może chcieć młody chłopak... Facetem w długich włosach był... Maciej Kosycarz, syn Zbyszka. Po prostu na skrzydłach leciałem do Domu Prasy, gdzie w jednym małym pomieszczeniu mieściła się agencja Macieja, a w niej.... skarb tysiąca, tysięcy negatywów jego ojca. Półki po sufit.
Praca u Maćka to był krótki epizod i pierwsze próby jako reporter-fotografa. Oj słabo mi to wychodziło... :) Ale to fantastycznie doświadczenie, które pamiętam doskonale...
Potem wylądowałem w Głosie Wybrzeża - już tylko pisałem. Kolejna szkoła prawdziwego dziennikarstwa... ech.

Stąd pewnie sentyment do rodziny Kosycarzy...
Do tej ich pasji... cudownie odziedziczonej...
A co za tym idzie, do fotografii, tej papierowej, pachnącej wywoływaczem i obrazu, które można dotknąć fizycznie.
Wziąć rolkę między palce i przepuścić obraz pod żarówką...