czwartek, 4 grudnia 2008

Jak patrzeć...?


Kolega daleki (odległością) napisał niedawno całkiem, że nie lubi kiedy filmowiec zmusza go do oglądania zdjęcia kawałek po kawałku jeżdżąc zbliżeniem od punktu do punktu... a faktycznie taką manierę mają filmowcy ukazując dynamicznym obrazem zdjęcia.

Jąłem (wiecie, że lubię to słowo) tedy zastanawiać się dlaczego Rudolf (to właśnie ten "daleki odległością") nie lubi jak ktoś inny delikatnie narzuca mu sposób akcentowania zdjęcia.

No bo każde zdjęcie ma akcent... nawet to "kiślowe" z rozmytą woda na całym ekranie. Akcentem może być mocny punkt sam w sobie, nawet jeśli nie umieścimy w tym miejscu niczego. Biała kartka też powinna mieć mocny punkt. Jak tak sobie teraz wyjąłem z drukarki kartkę, to też patrzę nie na całą powierzchnię, ale właśnie jakoś tak błądzę wzrokiem...

Więc chyba nie ma nic złego w tym, że niejako pomaga się nam oglądnąć zdjęcie sugerując własne jego postrzeganie. Oczywiście do momentu, w którym mamy szansę na końcu oglądnąć je całe... :)

Jasne, "daleki odległościowo" kolega zaraz powie, że narzuca mu się czyjąś wizję. Ja jednak bardzo często łaknę (też lubię to słowo) by ktoś pomógł mi przeczytać zdjęcie. Pokazał trasę myśli fotografa, jego ścieżkę dostępu niejako...


Chciałem tylko napisać, że nie widzę nic zdrożnego w tym, że ktoś sugeruje jak odczytać czyjąś pracę. Ja często sam zmuszam odbiorcę do zwrócenia uwagi na te część zdjęcia, którą uważam za ważną. Nie będę Was obrażał i nie przytoczę tych podstawowych zabiegów, ale winietka, mydełko i blur wiele powiedzą..:)

Więc po cóż się oburzać...
Może warto przyjąć pomoc...?