środa, 3 grudnia 2008

Portrecista...


Czy w Polsce ktoś z Was zna klasycznego portrecistę....?
I nie mówię tutaj o panu na literkę G, którego słuchałem w Sopocie... :)

Pytam poważnie, bo zacząłem się zastanawiać czy taka forma fotografii jeszcze w ogóle ma rację bytu.
Ważne jest zapewne sprecyzowanie, kto to jest portrecista. Obiegowo rzec by można, że to ktoś robiący portrety. Niemniej, mi osobiście kojarzy się to z jeszcze jednym ważnym warunkiem koniecznym do bycia portrecistą, a mianowicie powinien to być portret w studio przy świetle sztucznym lub w atelier (to też studio) przy świetle zastanym bądź mieszanym.

Nie chodzi mi jednak o "zakłady foto" w stylu wszystko w jednym ze stanowiskiem metr na metr i kartką A4 jako tło. I to wszystko jeszcze w otoczce: zrobimy Ci wizytówki, wydrukujemy fotkę na kubku i koszulkę przyozdobimy. To nie są fotografowie... :)


No więc jak... są takie zakłady...? Znacie je...?

Ja dawno temu byłem w zakładzie w Gdańsku, który wyprzedawał swoje zasoby... to było TO. Studio na 4 piętrze starej kamienicy, wielkie okna od podłogi, mieszkanie-atelier 3,5m wysokie. Lampy żarowe (olbrzymie), tło materiałowe, wielki aparat, który wówczas przyprawiał mnie o dreszcze. I starsza Pani, żona zmarłego fotografa, która przesuwała się pomiędzy tymi lampami jak duch. Taka mała kaplica...
No, ale trochę odjechałem...

Zmierzam do tego, że portrecista to musi być powołanie. Jak kapłaństwo.
W sumie to takie obcowanie z oczami człowieka, które jak wiadomo są zwierciadłem duszy (co za banał).
Niemniej banał nie banał, coś w tym jest. Klimat studia, klimat obcowania dwojga ludzi. Tajemnica materiału światłoczułego. Misterium.
Do tego nieskrępowania czasem i po prostu rozmowa... w jej trakcie odkrywanie człowieka.

Nie poprzez pieprzoną klawiaturę, ale cieleśnie, zapachem, gestem, ubiorem, spojrzeniem.... obiektywem.





3 x fot.: Jody Ake (mój ulubiony portrecista)

.