poniedziałek, 27 października 2008

Ambasador SONY robi test....:)


Być może jest to kpina lub prowokacja, ale na ŚO ukazał się "test"... :)
Ło mamo!

"Test" wykonał Ambasador Marki Sony - porównuje w nim Hassela, Mamiya i Sony A900. No i zgadnijcie na kogo wskazał ten "tester" :)!

O la boga! Świat na głowie staje. On nawet wprost napisał, że obawia się, że zostanie potraktowany jako marketingowiec od Sony...
Niemożliwe...;)

No nie wierzę własnym oczom.. :):)
Poczytajcie sobie...


Czy słowo "test" zmieniło znaczenie ostatnimi czasy, czy ja zgłupiałem...!?




Po co nam ZPAF...?


Na kanwie dyskusji, która toczy się na pewnym forum zawodowych fotoreporterów, jąłem (jak ja uwielbiam to słowo) zastanawiać się po co fotografom organizacja w stylu ZPAF?

Mówię o formie, którą obecnie prezentuje ZPAF. Zarówno formie organizacyjnej, jak i formie kondycyjnej.

Umówmy się od razu, że ZPAF nie jest organizacją dla zawodowych fotografów...! To ważne, bo powinno się stać punktem wyjścia do ew. zmian - o ile uznajecie, że takie są potrzebne!?

Mam oto Stowarzyszenie, którego cele statutowe ujęto w 8 punktów (Statut ZPAF, 2004):

  1. Wszechstronny rozwój twórczości fotograficznej, uwzględniający także postęp
    naukowo - techniczny w zapisie obrazu.
  2. Współuczestnictwo w kształtowaniu polityki kulturalnej.
  3. Ochrona swobody wypowiedzi twórczej.
  4. Kształtowanie zasad etyki zawodowej.
  5. Ochrona dorobku fotografii polskiej, a także upowszechnianie jej w kraju i zagranica.
  6. Inicjowanie systemowych rozwiązań prawnych, zapewniających warunki do wykonywania
    zawodu artysty fotografika w oparciu o status twórcy.
  7. Zarządzanie i ochrona powierzonych praw autorskich.
  8. Zabieganie o rozwój mecenatu artystycznego.

Komu więc i jak służy ZPAF?

Moim skromnym zdaniem nie służy prawie niczemu, a jak już służy to w sposób, który przestał być efektywny jakieś 20-30 lat temu. Kalać własnego gniazda nie będę, bo wstąpić w szeregi ZPAF nie zamierzam, ale byłem na chyba dwóch lub trzech spotkaniach takowego gremium w Gdańsku.
Nie chce nikogo obrażać, ale widok tych panów i ich "fotografowanie" jest dla mnie jakimś skansenem peerelowskim, który w prosty sposób prowadzi do niszczenia fotografii artystycznej poprzez podpisywania tej "twórczości" - "członek ZPAF".

Mocne słowa, wiem.

Jako człowiek fotografujący od wielu lat, obserwujący lokalne środowisko artystyczne Gdańska, z naciskiem na fotografię - więcej zaangażowania, pomysłów i przede wszystkim talentu dostrzegam w ludziach, którzy nie mają nawet pojęcia, że jest ZPAF, a jeśli już wiedzą to traktują to jako ostoję dla dinozaurów i starszych panów chodzących po Gdańsku od 50 lat. Te jowialne spotkania z jowialnymi panami w ich jowialnych "studiach" są w sumie pięknym zjawiskiem socjologicznym, ale co mają wspólnego z fotografią i z tymi ośmioma punktami? Nic!

Po co więc ZPAF?

Aby łatwiej wystawić swoje prace w jakiejś galerii...?
Aby móc popisać się legitymacją...?

No po co!?