czwartek, 16 października 2008

Rzut bumerangiem Tomaszewskiego...


Czekałem i czekałem. Aż w końcu znalazłem czas aby oglądnąć zdjęcia Tomaszewskiego w NG pod tytułem cyklu "Rzut beretem". W tym czasie przetoczyła się już ożywiona dyskusja w odwiedzanych przeze mnie miejscach. Edytorka GW zrobić postanowiła nawet wywiad telewizyjny z autorem... i ten wywiad umieszczam poniżej, bo są tam zawarte zdjęcia.

No i teraz jestem w kropce, bo autorka bardzo ceni i lubi pana Tomasza. Ja w sumie też go cenie, lubić nie umiem, bo nie znam.

Ale Beata Łyżwa-Sokół (bo to ona jest wspomnianą edytorką) idzie dalej i pisze, że Tomaszewskiego zdjęcia wsi to "przygoda intelektualna i uczta wizualna".

A ja ma fatalne uczucie, że te zdjęcia nie są ani ucztą, ani przygodą. Mam natomiast wrażenie, że Tomaszewski kręci się i powraca do ogranych chwytów jak bumerang rzucony między odbiorców.
Nie chciałbym pójść za daleko i napisać, że Tomaszewski nie pokazuje nic nowego, odkrywczego... ale korci mnie by wytknąć mu brak rozwoju. Te zdjęcia nie są dla mnie żadną ucztą, bo takie widoczki są może i chwytliwe (te kadry z dziewczynką i komórką, te bramki z żerdzi...), ale to już było!
Dziesiątki razy. Robili to ludzie mniej znani i nie mający takiej siły przebicia co Tomaszewski, ale już byli tam. Tak samo ustawiali te dzieci i tak samo kadrowali te konie.

Świat reportażu poszedł daleko dalej...
Dlatego mnie zdecydowanie obecnie bardziej wciągają reportaże robione przez młodych ludzi z tym złamaniem zasad klasycznej kompozycji i oświetlenia. Nie chcę zabierać chwały kunsztu klasycznego podejścia, bo estetycznie te prace mają wszystko na swoim miejscu. Nie odważyłbym się jednak nazywać ich ucztą, a cały cykl (mam wrażenie) zaczyna aspirować do jakiegoś przełomu w pokazywaniu polskiej wsi. Ja wiem?

Może to byłoby chwytliwe parę lat temu, przed przystąpieniem do UE... wówczas też była moda na pokazywanie "polskiej wsi" przez dziurę w płocie i w kadrze z furmanką.

Jeśli to ma być obraz polskiej wsi... to jest on niepełny i często po prostu stylizowany pod potrzeby konkretnego kadru. Szkoda.

Kompletnie też nie zgadzam się z opinią Autora, że ludzie wstydzą się niby mówić, że jadą na wieś do rodziców. Stopień uogólnień w tym wywiadzie poniżej jest zatrważający... szkoda, że nie ma zakazu wypowiadania się dla autorów o swoich pracach. Zdjęcia mówiłyby więcej same. A tak.... zagadane ideologią dobre, ale nie wybitne zdjęcia.

Tyle ja... a teraz pan Tomasz...



Dotyk...


Dziś o dotyku. Można wszak dotykać różnie.
Delikatnie, czule, tkliwie, szybko, subtelnie, drażniąco, przelotnie, mokro, źle....


Trzymam w ręku fiszkę w rozmiarach mniej więcej 10x13cm. Podnoszę ją do oka na jasnym tle okna. Blok z drugiej strony tak przeszkadza, ze zadzieram głowę wyżej i wyżej, aby tylko nic nie zakrywało czystego nieba.
Dotykam stworzonego dzieła.

Delikatnie, wręcz czule, czubkiem kciuka i palca wskazującego ściskam mocno, aby nie wymsknęło się na podłogę...
Rękawiczka bawełniane znaleziona gdzieś w hurtowej ilości na Alledrogo leży na stole. Jakoś nie mam chęci pozbawiać się tego jeszcze mokrego dotyku błony wyjętej z kuwety.

Tkliwie obracam stronami szukając najlepszej perspektywy dla oczu. Zapach utrwalacza skapującego z dolnego rogu na koszulę wreszcie odrywa mnie od magicznego obrazu.

Szybko chwytam w rozwarte palce brzegi materiału i ponownie zanurzam w wodzie. Subtelnie, aby nie drażnić powierzchni światła załapanego między sreberka. Płukanie.

Przelotnie muskam mokrymi od wody opuszkami powierzchnię negatywu aby poruszyć go. Cały czas kadruje w głowie i doszukuje się błędów naświetlenia.

Źle byłoby zbyt długo machać w powietrzu tym "kawałkiem mnie" więc otwieram niedojedzoną paczkę czipsów i plastikową klamerką zaczepiam fiszkę wynosząc ją wysoko, wysoko, aż do karnisza.
Uchylam okno.
Materiał faluje lekko.


Ech... magia.