środa, 8 października 2008

Czy musi się znać...?


Od lat byłem zwolennikiem łatwego i bezpiecznego stwierdzenia dotyczącego krytyki fotograficznej. Mianowicie, na zarzut w kierunku krytyka, że się nie zna i jego opinia jest g... warta, bo nie jest fotografem - niezmiennie odpowiadałem: czy trzeba być Augustem Renoir'em lub Rembrandt'em aby móc ocenić ich malarstwo i wyrazić swoją opinię!?
No nie trzeba.

Taką też postawę przejawiałem na wszystkich forach galeriach, gdzie padały zarzuty w moim kierunku, że skoro nie robię aktów, to lepiej abym nie oceniał ułożenia modelki i ilości oliwy, która autor spryskał płoche dziewczę.


Mija trochę czasu i jakoś tak przed czterdziestką zaczynam waloryzować cześć ze swoich poglądów. Zwłaszcza tych dotyczących co komu wolno i co komu przystoi...
Trochę się tego boje, bo to prosta droga do idei formacji politycznej, która wczoraj zaproponowała jakieś idiotyczne referendum... Niedługo zaproponują referendum w sprawie robienia referendum... Ale uciekam od polityki.


Oto bowiem, dopóki sam byłem jedynie krytykiem widziałem połowę prawdy. Wraz z uzyskaniem statusu obiektu krytykowanego (zgodnie z własnymi hedonistycznymi i ekshibicjonistycznymi dążeniami) sam stanąłem przed dylematem: które z krytyk traktować poważnie.
Każdy chciałby aby jego zdjęcia skrytykował taki Nachtwey lub Avedon, no ostatecznie dla niektórych wzorami są reporterzy z Wyborczej :) Chodzi jednak o to, aby krytykujący reprezentował sobą COŚ.

Mam odwieczną zasadę, dzięki której jest mi łatwiej przeżyć gorzkie słowa krytyki... zawsze staram się dowiedzieć coś na temat twórczości autora krytyki. Zazwyczaj moja intuicja mnie nie myli i znajduję twory, które pozwalają mojemu sumieniu spokojnie ominąć i przełknąć pigułkę, która nie jest już tak gorzka :)

Problem jednak jest.
Bo czy droga zmierzająca do tego, że krytykować będą siebie wzajemnie wyłącznie specjaliści w danej dziedzinie, nie jest drogą donikąd?

Z drugiej strony, kto zna temat lepiej niż spece...?

Ech...