wtorek, 16 września 2008

Oj, oj - zanosi się na deszcz....


...tak wołał Krzyś na prośbę Puchatka, aby tego drugiego nie pożądliły pszczoły kiedy wyjadał im miód.

A ja tak krzyczę, bo deszcz łez radości ze mnie płynie gdy oglądam takie portrety jak autorstwa Sean Kernan'a. No i OCZYWIŚCIE robione te portrety są na... Polaroid 55 :)

Mniód Panie, mniód... :)



Kto robi sztukę...?

Czyli - jak robi się wernisaż?

Znaczy na myśli mam wystawę. A pytanie brzmi, jak to się robi?
No bo rozumiem, że jak chce swoje zdjęcia pokazać w New York Gallery to ktoś musi uznać, że są tego warte...? Ale kto?

To samo jeśli chce pokazać je w... barze w Gdańsku lub Warszawie (!).

Kto stwierdza w swej łaskawości, że moje prace spełniają kryteria, które pozwalają umieścić moje nazwisko na liście oczekujących na wystawę indywidualną?

Jak to jest?
Czy decydują o tym paniusie, które są kuratorami i pisują do internetowych magazynów teksty, których poziom językowy jest żenujący albo decydują kuratorki, które zdań dwóch nie potrafią sklecić na temat czterech zdjęć na wystawie lokalnego fotografa?

Kto dał władzę tym wszystkim pseudo-znawcom artystycznym do wyboru tego co ludzie maja oglądać w porządnych galeriach i muzeach?
Bo w knajpie to rozumiem - podoba się właścicielowi to wisi.
Ale w takim np.: Centrum Sztuki Współczesnej w Wawie...?

Czy muszę zrobić takie zdjęcie, którego sens chwyta się dopiero po litrze czystej wódy lub po przeczytaniu encyklopedii wspak?

Ech... szkoda, że czasami o tym co jest sztuką decydują za nas te wszystkie wyedukowane i smieszne postacie znawe kuratorami, profesorami i komentatorami kulturalnymi. Nauczeni przez lata jak gadac w kółko o niczym, doprowadzili sztukę ględzenia do perfekcji. Co za tym idzie - sztuke zagadali. Na śmierć.... prawie.




VIP czy dupa...


Temat znowu trochę z pogranicza fotografii, ale jak bolesny dla mnie malkontenta etatowego.

Znam lab w Gdańsku. A co mi tam... lab się nazywa Ankara.
Byłem świadkiem jego narodzin wiele lat temu jeszcze w miejscu, w którym zapach chemii mieszał się z zapachem wędzonki dochodzącym ze sklepu pod labem.

Potem był dwie zmiany lokalizacji, a ja namiętnie dbałem jako klient, żeby lab miał zarobek. Lab działał też on-line - zlecałem odbitki, odbierałem i płaciłem na miejscu.
Minęło parę lat.
Przez te lata zostawiłem tam gruby pieniądz i poleciłem lab wielu znajomym.

Dwa tygodnie temu Ankara postanowiła zmienić się.
Zmienić się w warstwie interfejsu strony www, ale przede wszystkim zmienić swoje podejście do klienta. A do mnie zwłaszcza.

Oto, zamawiając zdjęcia napotykam na przeszkodę nie do pokonania. Przechodząc wszystkie etapy zamówienia, trafiam na formę płatności, a tam...
wyłącznie opcja zapłaty przelewem z adnotacją, że lab NIE WYKONA odbitki dopóki nie zarejestrują na koncie wpłaty za nią.
Koszt odbitki 10x15 to 0,49zł.
Koszt przelewu - 1,5zł.

Ręce i włosy na klacie mi opadły.

Pisze więc na GG do właściciela tego labu upominając się o przynależne klientowi prawa. Już nie mówię o tym, że towarzyszyłem narodzinom labu i że połowa znajomych tam robi, ale proszę o wyjaśnienie dlaczego nie mogę zobaczyć efektów pracy labu zanim zapłacę za usługę?
To dla mnie
podstawowe prawo klienta w stosunku do rzemieślnika.

Dostaję odpowiedź:
- że zalega mu w magazynie wiele zdjęć, których nikt nie odebrał (jak rozumiem postanowił ukarać więc wszystkich swoich klientów - równie dobrze producent samochodów może narzekać, że stoi mu w porcie tysiąc aut, których nie chcą kupić namolni klienci)
- że mogę poprosić o kartę VIP i wówczas VIP może płacić na miejscu
- że niepotrzebnie robię aferę, bo on nie widzi problemu

Pytam więc sam siebie. Czy ja VIP jestem czy dupa?
Czy traktowanie klienta jak podejrzanego to normalna praktyka?
Czy godność płacenia gotówką przynależy VIPom?

Rozumiem całe przedsięwzięcie, gdyby ten lab był wyłącznie nastawiony na sprzedaż on-line, ale nie jest. Ma siedzibę i obsługuje klientów.

O co chodzi z tym dbaniem o klienta?