sobota, 13 września 2008

Goście od Kurosawy...


Pojawili się rano.
Moja wioska czekała na nich od kilku dni.
Gdyby nie fakt, że było ich dwóch, to można by śmiało powiedzieć, że to "Siedmiu Wspaniałych".

Doskonale przygotowani, perfekcyjnie wyposażeni, doświadczeni w niejednej akcji. Ta robota to nie pierwszyzna dla tych wyjadaczy. Inni drżeli gdy pojawiali się w kolejnych miasteczkach i wsiach.

Czarne, kłębiaste chmury pchane przed ich pojazdem wieszczyły bliski deszcz z grzmotami. To była ich dewiza: pojawić się, szybko załatwić sprawę i zniknąć pozostawiając niedosyt obcowania i magię spełnienia.


Działali sprawnie. W grupie. Planowanie pozostawiali innym. Ich zadaniem było zrobienie tego, czego uczyli się od lat. Tego, z czym było im najlepiej. Tego, o czym każdy z nich mógłby opowiadać godzinami.
Wybierali miejsca odludne, spokojniejsze, ale zawsze zwarci i gotowi uderzyć z największą mocą i w sposób za każdym razem zaskakujący. Skutecznie!

"Siedmiu Wspaniałych" miało tylko jedno zadanie. Tylko jeden cel. Jeden aimpoint.

Po przejechaniu 700km i zjedzeniu niewyobrażalnej ilości makaronu, ich zadaniem było zrobienie....

... jednego dobrego zdjęcia - fotografii.



PS
Pozdrawiam "Siedmiu Wspaniałych" w liczbie dwóch.
Na fotografii:
John - birdswatcher ze Szkocji - Górki Wschodnie, "zaatakowany" przez "Siedmiu Wspaniałych"