wtorek, 9 września 2008

Żelki zbawienia...


Po co fotografuje?
Równie dobrze można by się spytać mnie - po co jem. Po co oddycham i po co myślę.

Zdałem sobie ostatnio sprawę, że fotografowanie zastępuje mi to ostatnie - myślenie. A właściwie to myślę przez pryzmat fotografii. Zaczynam oceniać ludzi jak fotografię, a zastane sytuację rozkładam na czynniki pierwsze jak kadr i kompozycje zdjęcia.

Dochodzi pomału do tego, że tydzień - gdzie tam! - dzień bez fotografii jest dniem bez sensu. Jak nie trzymanie aparatu w ręce samemu, to jakaś galeria w sieci, to jakaś dyskusja na forum, to jakiś mały comment pod ciekawym kadrem. Czasami zastępuje to dyskusją na temat wyższości analoga nad cyfrą na znanych forach, ale za każdym razem musi być coś o fotografii. Jak ryba pozbawiona wody, łapie w swoje skrzela każdą drobinkę fotografii jaką uda mi się odnaleźć.

Pisałem kiedyś, że jesteśmy ćpunami fotograficznymi. Że uzależniamy się od naszej pasji na równi z heroinistą. I czym starszy ze mnie dureń, tym bardziej twierdze że mam rację. A czym gorsze aparaty trafiają w moje ręce i czym więcej czasu trawię na celebrację wykonania jednego zdjęcia, tym głębiej zanurzam się w tym myśleniu fotograficznym.

I tak pomyślałem sobie dzisiaj fotograficznie, że potrzebuje jakiejś terapii. Czegoś, co sprawi, że będę potrafił spojrzeć na własną fotografię z dystansu.
Ale co to może być?


Czym zastąpić pasję życia?
..
..
..
Kupiłem żelki. Żułem całą drogę do domu. Nawet zastanawiałem się czy ich kształt jest powiązany ze smakiem. 45 minut jazdy i cała paczka zniknęła.
..
..
..
Cholernie boli mnie ząb.
Nie wiem czemu, ale jak fotografuje zęby mnie nie bolą...

Zasrane żelki...

Jutro idę coś pstryknąć...