poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Drzazga w palcu...



Dzwonek telefonu, wyrwał mnie z porannego przeglądania gazet. Głos w słuchawce od pierwszego brzmienia niósł coś złowrogiego. Dotarło to do mnie bardzo hasłowo: przedszkole, Młody, drzazga, płacz i lekarz.
Chwila zastanowienia i już skojarzył mózg, że powinienem wybrać numer do Lepszej Połowy, nie wiedzieć czemu palce o ułamek sekundy wyprzedziły neurony i jak spojrzałem na telefon w celu wybrania połączenia, ono już było zestawione. Zupełnie jakby mechanizm ręki myślał za mnie...


Po kilkugodzinnych perypetiach, lekarz stwierdził i zawyrokował to samo, co ja przekazałem Lepszej Połowie w 5 minut po zdarzeniu: woda z mydłem i moczenie palca.
Okiełznanie 3 i pół latka w ambulatorium był zadaniem nie do wykonania dla dwóch dorosłych lekarzy i matki. Poza tym - bez przesady...
Sam wyjazd autobusem do szpitala, w kaloszach i strugach deszczu wynagrodził sowicie cierpienie sprzed kilku godzin...


Ale ten dzień miał pozostać w mojej pamięci nie tylko ze względu na drzazgę w palcu, choć niewątpliwie zapamiętam drzazgę do końca życia.
A to za sprawą kolejnego przełomu związanego z fotografią...
Nie pierwszego w życiu, ale za to jednego z tych, co to stanowią o naszych dziejach i losach czasami. Dla części z nas jest to pierwszy aparat w życiu, dla niektórych widok pojawiającego się obrazu na właśnie naświetlonym papierze moczącym się w wywoływaczu, a dla innych zakup kolejnego wielkiego formatu do kolekcji już posiadanych czterech ;)


Oto spóźniony listonosz wniósł do domu płaską paczkę. Napis na pudełku nie pozostawiał złudzeń - dziecko musi SZYBKO iść spać. Tata dostał z Ameryki album! Album Roberta Franka "The Americans" i musi go tata oglądnąć w zaciszu kawy stojącej na biurku i sączącej się z głośników muzyki.

Nie będę odkrywał Ameryki (to już trzeci raz to słowo) i popisywał się, że mam inne zdanie niż parę milionów ludzi na świecie. Są bowiem takie albumy lub zdjęcia, które zmieniają postrzeganie rzeczywistości i dokonują waloryzacji własnych poglądów na sferę twórczą. Ten album to ma!
Trudno to opisać, ale feeling jest i pozostanie. Polecam każdemu fotografowi.
Ze spokojnym sumieniem stwierdzę, że kto tego nie ma, to nie ma pojęcia czym MOŻE być fotografia i czym być POWINNA.

Żegnam Was wtulony głowa w pachnący świeżością i cudownie podany album "The Americans".



Robert Frank "The Americans"


fot.: Robert Frank "The Americans"