czwartek, 31 lipca 2008

100mln, 200mln, 300mln...


Czy jest jakaś granica?
Czy uda się osiągnąć taki poziom, którego przekroczenie będzie już tylko zauważalne w zaciszu laboratorium, z wykorzystaniem jakiś magicznych urządzeń mierzących jakość obrazu z matrycy 300mln pikseli, dostępnej na rynku w formie aparatu za 1500usd z przesuwem filmu 30kl./s?


Jakoś tak drżę, jak widzę mojego syna, który mając niespełna 3,5 roku, klepie w laptopie ikonkę Firefoxa i następnie rozwija Zakładki szukając po lewej stronie ekranu żółtego trójkącika oznaczającego BBC for children. Potem spokojnie przechodzi kolejne etapy aby dostać się do ulubionego Boba Budowniczego i wygrać wyścig/sztafetę.

Ten pęd mnie onieśmiela. Tak w fotografii, jak i w życiu. A że nierozłączne to dla mnie sfery - więc staram się coraz bardziej zwalniać. Wymyślam rzeczy i celebruje sprawy, które jeszcze parę lat temu nie były dla mnie tak ważne.
Zdjęcia robię powoli. Smakuje te same miejsca po kilka razy w tygodniu. Kadruję tę samą ławkę z trzech, czterech pozycji i rozmawiam z synem odpowiadając na każde zadawane po sto razy pytanie. Z tą samą cierpliwością i z tym samym przekonaniem, że rozumie jak używam słów trudnych. Tak jak klisza zaświetlana po trzy razy nadal rejestruje nakładające się obrazy.

Jeśli wszyscy nie zwariujemy jeszcze od tych megapikseli i terabajtów danych na naszych dyskach, to może:

"... spotkamy się kiedyś u studni.
Wkoło będzie zielono

Nasze żony będą odświętne

Nawet wódkę wypić pozwolą..."

- Adam Ziemianin

Stare Dobre Małżeństwo - U Studni

Sztuczki ze sztucznym...

- Ja nie uznaję światła sztucznego. Wspomagania rzeczywistości dodatkowymi zabiegami oświetleniowymi, uważam zawsze za pogarszanie już zastanej przestrzeni świetlnej.

Zdanie tej treści wypowiedział mój znajomy na kilka dni przed zakupem przeze mnie świateł studyjnych. Ręka mi zawisła nad klawiszem enter, bo już miałem kliknąć realizację przelewu za lampy, gdy przypomniałem sobie te słowa.

Pomyślmy przez chwilę...

Światło zastane/naturalne jest sytuacją idealną dla oddania atmosfery i klimatu, a przede wszystkim rzeczywistości danej sceny. Naturalne oświetlenie jest jednak często także utrudnieniem. Kontrast związany z siłą światła nie pozwala na rejestrację tego, co czasami chcemy. A jednak są fotografowie, którzy za chińskiego boga (Chiny są teraz popularne) nie dadzą namówić się na zastosowanie chociażby blendy, bo to psuje efekt. Robią to nawet kosztem jakości i poprawności technicznej.
Swoją drogą - co to jest poprawność. Teraz to aż strach być poprawnym, bo zaraz wyrzucą Ci, że nie jesteś pomysłowy :)

W każdym razie... rób tak jak warunki pozwalają.

Na drugim końcu są zwolennicy używania i wspomagania się światłem sztucznym nawet w dobrych warunkach oświetleniowych. Dopalanie, rozjaśnianie cieni, prześwietlanie... itp. Jak namówi się przedstawicieli tego obozu, że warto zamiast błysku użyć blendy - to jest to dla nich i tak cierpienie.


Niewątpliwie wszystko zależy od wyczucia fotografa i zdolności pracy z mieszanym światłem. Są przecież zdjęcia, sesje całe, które wydają się być zrobione w świetle naturalnym, a w całości są sesjami sztucznymi. Chyba mistrzem jest tutaj Erwin Olaf ze swoją serią "Grief":


fot. Erwin Olaf

Ta sesja jest po prostu zrobiona bez świateł... wydawać by się mogło... A jednak nie. I to sztuka!

Oglądam nasze rodzime magazyny "dla Pań". Patrzę na sesje znanych (komu?) pań, których twarze coraz mniej mi mówią, bo ich trwałość medialna jest na poziomie bułki paryskiej, która wieczorem jest już twardym, niezjadliwym kamieniem. I tak oceniam sobie co też fotograf zrobił z tym światłem. I mnie taka wielka żałość bierze... że ten nasz rynek jest taki przewidywalny. Taki ograny. Jakby wszyscy umieli ustawić światła tylko na 3 sposoby i zamiennie w trzech tytułach przestawiają te lampy.

Czy doczekam się wreszcie sesji na poziomie wspomnianego Olafa, Eugenio Recuenco czy Candace Meyer ?
Kiedy....?


Znów marudzę... wiem...