wtorek, 15 lipca 2008

I've always hated specialisation...


Na kanwie jednego z ostatnich postów, pod którym dowiedziałem się, że ilość i częstość zmian posiadanego sprzętu, a co za tym idzie i zmian w podejściu do fotografii, jest zdaniem wielu błędem, a nawet niedojrzałością fotograficzną - postanowiłem ogłosić mini manifest. Swój własny.

Co było zapalnikiem, iskrą...?

Oto, po przejrzeniu stukrotnym pewnego albumu, zacząłem czytać wstęp omawiający dzieje i losy autora oraz jego podejście do pasji fotograficznej. I znalazłem tam zdanie, które jak ulał pasuje do mnie.
Nie wiem ile czasu trzeba każdemu z nas by udało się w jednej sekwencji słów, w jednej wypowiedzianej frazie zawrzeć to, co tkwi gdzieś "under the skin". Czasami jesteśmy na tyle świadomi, że umiemy to określić sami, a czasami pomagają nam inni - Mistrzowie, jak powiedziałby Rudolf zapewne.

To, że fotografia jest dla mnie prawdziwym życiem, tym obok pracy zawodowej, obok godzin spędzanych w hipermarketach, obok dentysty, obok rodziny nawet - chyba udało mi się już Wam przekazać. A że czuje podskórnie, iż strony te odwiedzają ludzie podobnie mi myślący więc czasami nie tłumacze tego, co dla większości z Was jest oczywiste.
A no to, że fotografia to nasz płyn ustrojowy.
Że ona napędza mechanizm wymiany energii między komórkami nerwowymi i stymuluje porywy myśli twórczej. To wiem.

Teraz wiem też, że moje porywy myśli ukryte są w... zmianie. Ciągłej zmianie. Pogoni za nieznanym. To mnie napędza.
I niniejszym manifestuje, że nie ma w tym nic zdrożnego. Że każdy kto czuje, że chce zmian w fotografii, że skacze z tematu na temat, że zmienia aparaty, materiały i poszukuje jest równie potencjalnym fotografem, co tkwiący w okopach makro, streeta czy fashion.

A to zdanie...?

"...I've always hated specialisation. That's why I constantly changed the medium in which I express myself... That why I can breathe, I can see things anew!..."


Czy ktos z Was wie jaki fotograf to powiedział?