czwartek, 29 maja 2008

Czy Ty też tak masz...?


Spoglądam leniwie przez ramię na torbę upchniętą w salonie pod półką z kwiatami żony. Miejsce niby jak każde inne, ale ma coś w sobie z prestiżu. Bo to salon (ech - marne 21m2), bo to pod kwiatem żony, bo to w pobliżu telewizora, który jak w statystycznym polskim domu stanowi centrum ogniska domowego.
Więc leży sobie ta czarna torba, a w niej te szpeje zebrane miesiącami wyrzeczeń i kombinowaniem kasy gdzieś na lewo, gdzieś z premii urwane złotówki, a nie wydane na kolejną zabawkę dla Młodego.

I co... i odwracam wzrok. Smętnie. Spoglądam na gazetę, czy rzeczony telewizor i... nic.

I niestety nie chce mi się wziąć aparatu do ręki. Nie chce mi się iść na miasto. Nie widzę potrzeby po raz setnego fotografowania tej samej kamienicy i tego samego, równie smętnego jak ja, ciecia pod domem. Dopada mnie niechęć do fotografii. Takie zmęczenie materiału. Wiecie... taka przerwa w miłości.

Ponoć to normalne. Ponoć dlatego zmieniamy nasze zabawki i nasze fotograficzne tematy, aby nie popaść w rutynę i schematy. Ale ja jakoś nie czuje żeby to było normalne. Jakoś jest mi strasznie przykro wobec tej mojej stworzonej w głowie miłości do fotografii. Kurcze, ja zaczynam ją sobie (ową fotografię) personifikować (ależ słowo!). Powiem więcej...
Mi jest GŁUPIO, że czuje do niej niechęć. Takie wewnętrzne wyrzuty sumienia targają mną, że przecież skoro się zdeklarowałeś to trzeba być konsekwentnym, skoro gadasz i pokazujesz, że fotografia to, że tamto, że najlepsza, że oczy mi otwarła, że odczuwam przez nią świat (i wszystkie te frazesy) - to nie wolno mi odwrócić się od niej, bo mam focha, bo wena gdzieś umknęła, bo się nie chce ruszyć tyłka w niedzielę rano i lecieć na miasto.

Zakrawa trochę na wariactwo i czasami myślę, że kozetka za 200zł na godzinę powinna być obowiązkowa dla pasjonatów nie tylko fotografii. Po prostu terapia wliczona w hobby. Taki set. Kit.
Oczywiście wiecie jak kończą się moje obrażalskie foszki w stosunku do torby, która uosabia fotografię....
Oczywiście...
Po pół godzinie jestem na mieście. Sam. Z nią. Trzymam ją za rękę (uosobiona owa ręka w postaci ciężkiego jak cholera szwedzkiego produktu) i maszerujemy wspólnie. Znowu witamy ciecia, robimy mu ente zdjęcie za ente 5zł (wino podrożało cholernie) i przysiadamy na kawie. Ona czuje się zaspokojona, ja czuję, że przełamałem kolejny próg i teraz już tylko będzie lepiej.

Czy to przypadek, że fotografia jest rodzaju żeńskiego...?