wtorek, 20 maja 2008

Jak to zaświecić...?


Zawsze mnie pociągała fotografia studyjna. A że czasu, weny i środków brakowało to małe doświadczenia mam. Czasami jednak wraca potworna chęć zrobienia czegoś ze światłem w studio, jednak wtedy, przez przypadek zazwyczaj, uruchamiam jakieś stare linki z Ulubionych i... ręce mi opadają.

Bo jak zaświecić coś takiego? Czyż nie piękne? Jak on to świeci w studio. Receptę poproszę... :)


fot.: Richard Warren, "Hitchcock Blondes"

TUTAJ całość tej sesji, a TUTAJ strona Richarda Warren.


Jesteś mi jak krew...

... w żyłach płynąca. O fotografio ty moja!

Zaparkowałem jak zwykle. Blisko kanału. Miejsce nieznane turystom i wyciszone szumem płynącej leniwie Motławy. Torba w nogach pasażera zdawała się szeptać, że dawno nie brałem jej pod ramię i że tęskni. Nie mogłem sprawić jej zawodu.
Film cierpliwie obijał się w schowku mojego francuskiego pojazdu. Nadeszła jego godzina.
Spokojnie rozkładałem statyw. Jedna noga od czasu wizyty na plaży opornie wysuwa się z swojej dziupli. Nie spieszę się. Nie walczę z uciekającym kadrem. Po prostu zaczynam celebrację.

Jeśli liczycie, że na końcu tego wpisu będzie fotka, to oczywiście się nie doczekacie, co od razu widać, bo miniaturki nie ma. Powód jest prosty.

Celebracja zastępuje mi coraz częściej efekty. Przyłapuje się na tym, że mierzę, tańczę wokół statywu, zmieniam pozycję i... zwijam manele. Nie naciskając migawki. Jakbym chciał odwlec te chwilę spełnienia w nieskończoność.

Uwielbiam te niezrobione klatki. Te nienaświetlone kwadraciki 6x6. Zawsze są bowiem idealne, gdzieś z tyłu głowy jedynie wywołane. Gdzieś odsunięte od urealnienia i snem pozostające.

Ot... rozmarzyłem się. Bez tej fotografii ciężko żyć.

Ech... chyba zacznę robić jakąś dynamiczną fotografię... Może wyścigi jakieś...?
Żółwi...