wtorek, 13 maja 2008

(Auto) Promocja...?


- Piotr, dlaczego ty nie startujesz w tych wszystkich konkursach pojawiających się ciągle w sieci? Przecież jak sie popatrzy na zdjęcia, które tam wygrywają, to Ty przestałeś takie robić gdzieś w liceum, może nawet w podstawówce? Przecież to byłaby świetna promocja nazwiska...


Takim delikatnym wyrzutem powitała mnie jakiś czas temu przyjaciółka z lat młodzieńczych. Nazwijmy ją ONA. Po długim niewidzeniu szybko zeszliśmy na tematy egzystencjalne związane z naszymi pasjami. Jej - pisanie, moją - fotografowanie.
Z perspektywy czasu mam wrażenie, że oboje stoimy w tym samym miejscu w rozwoju swoich życiowych pasji i pragnień. Oboje robimy najczęściej do szuflady. Oboje mamy niewielkie, bardzo niszowe sukcesy i dostrzeżono nas, ale raczej wśród znajomych znajomych i "królika krewnych". Jednak to wszystko zatrzymuje się gdzieś w warstwie przypadku, wyjątkowości zdarzenia i braku zainteresowania z naszej własnej strony w promocje siebie.
Zresztą właśnie w wyniku JEJ natarczywego pytania, postanowiłem udać się do opisywanych przeze mnie galerii ze swoim zdjęciem. To jeszcze bardziej uświadomiło mi, że nie dbam o swoją pasję i w ogóle zostawiam wszystko przypadkowi. To dzięki przypadkowi portal fotograficzny zaproponował mi sam ze swojej inicjatywy zaistnienie w metrze w Warszawie i to dzięki przychylności obcych ludzi mogłem opublikować kilka zdjęć dawno temu w jakiejś gazecie.

Zasadnicza teza moich rozważań brzmi: promowanie siebie w sytuacji amatorskiego fotografowania nie ma sensu!
A teraz trzeba by jakoś udowodnić tę tezę..?

Argument 1
Promocja samego siebie musi przyjąć jakiś metodologiczny kształt. Trzeba wiedzieć co chcemy promować (jaką fotografię, może jakiś konkretny rodzaj, a może same nazwisko/markę), jakich użyjemy środków, a to z kolei będzie determinowane tym, gdzie chcemy się promować. To wszystko generuje jednak masę pracy i masę czasu trzeba poświecić na takie systematyczne działania. Nie mówiąc o pieniądzach. Niestety, pomimo wielu życzliwych ludzi, nie wszystko jest za darmo. Skąd amator, pracujący na etat (przypominam, że obecnie pełen etat to średnio 10h pracy dziennie plus dojazd +/- 1 godzina) ma wziąć na to czas i środki?

Argument 2
Promocja musi być poparta wartością samych fotografii. Ktoś musi w sposób choć trochę obiektywny ocenić, czy nasze prace są coś warte. Choć akurat tutaj okazuje się, że wartość artystyczna prac często nie ma większego znaczenia przy dużym nakładzie na promocje, można z byle czego zrobić COŚ :) Zakładając jednak, że mamy doże krytycyzmy warto pokusić się i jakieś oceny uznanych fotografów, a po to trzeba trochę pojeździć po Polsce lub zainwestować w szkołę, gdzie zweryfikują nasze podejście do sztuki. Kto ma na to czas i pieniądze? Zaoczne studia w wieku podstarzałego ojca...?!:) A może konkursy właśnie? Ale jak się już zabierze amator za wyłuskanie listy konkursów z sieci, to okazuje się, że na konkurs trzeba wysłać odbitkę... kupa roboty. No to szukamy tych zdigitalizowanych zgłoszeń. Są. Ale trzeba zrzec się praw... oj.... No i znowu zatrzymanie. Może później....

Argument 3
Aby promocja miała ręce i nogi, musimy znaleźć jakiegoś mecenasa, który wesprze nas zarówno finansowo, jak i mentalnie. Tacy mecenasi są, ale nie działają za darmo. Właściwie słowo mecenas trochę się zdewaluowało, bo obecnie chyba są to jednak sponsorzy. Niemniej, każdy sponsor szuka zwrotu inwestycji. A jakiż zwrot może na przestrzeni kilku lat zagwarantować amator, w sytuacji gdy rynek fotografii w Polsce praktycznie nie istnieje. Nikomu więc się nie opłaca inwestować w amatora. Nikomu. Młodzież ma jeszcze rodziców. Trzymam kciuki...

Argument 4
I chyba najważniejszy. Amator zakochany w fotografii najczęściej sam nie wie czego chce od tego medium, od tej sztuki jaką ma w swoich rękach. Trudno więc oczekiwać, że amator będzie zdawał sobie sprawę, co może pomóc mu w zaistnieniu i tym samym rozwoju. Uświadomienie sobie tego faktu, najczęściej kończy się delikatną "podłamką", a ta z kolei zapętla się z niewiara w siebie i kółko się zamyka.
Amator znowu idzie grzecznie do pracy... bierze aparat w torbę i pstryknie coś tam. Popatrzy na bilbordy ogłaszające Miesiąc fotografii w jakimś tam kolejnym mieście i spokojnie sprawdzi, czy w sieci są już zdjęcia z tych wernisaży. Potem sprawdzi czy już wymyślono lepszy obiektyw od tego, który wczoraj kupił (dwa dni po premierze światowej) i stwierdziwszy, że następca jego lensa pojawi się dopiero za 3 tygodnie spokojnie cyknie kolejny landszaft do wystawienia na sieci.

Anonimowo do bólu. Jak 99% z nas :)

Może chcecie obalić tezę? Ciekawe...