sobota, 26 kwietnia 2008

Światło w plenerze... mały przegląd propozycji.


Od techniki w fotografii nie uciekniemy. Już to chyba kiedyś napisałem?!
To oczywista oczywistość. Tak czy siak, musimy umieć i mieć podstawy panowania nad światłem. Jak dalece nie bylibyśmy orędownikami światła zastanego, są i mogą zdarzyć sie sytuacje gdy musimy wspomóc naszą wizję światłem sztucznym. O ile w studio nie jest to duży problem, bo mamy pełną kontrole nad warunkami, o tyle na dworze to już pojawiają się dwa problemy.
Jak dostarczyć sobie prądu do lamp i jak zapanować, zbalansować dwa źródła światła?!

Rynek lamp studyjnych
Zrobiłem małe poszukiwania, bo i ja postanowiłem w końcu zainwestować we flash studyjny. Przeszukałem dostępne (kwiecień 2008) źródła oświetlenia i poszperałem w cennikach producentów. W grę wchodził jedynie zakup w Polsce, sprzętu nowego i z gwarancją. Zapewne nie ma tu wszystkich rozwiązań, bo raczej skupiłem się na tym co popularne jest wśród użytkowników.
Ostatnie lata to urodzaj wszelkiej maści produktów dotkniętych ręką naszego azjatyckiego przyjaciela. Firma Funsports jest chyba znana każdemu, kto szukał tanich zamienników takich potentatów jak: Bowens, Elinchrom, Hensle czy kultowe Profoto. O ile można to nazwać zamiennikami...:)
Dodatkowa chińszczyzna pojawiająca się co raz pod naszym niebem to: Quantuum, Powerlux, Fighter i kilka innych już rzadziej spotykanych. Ostatnio głośno zwłaszcza o jednym nowym graczu, czyli czeskiej Fomei, która jest także chińskim substytutem, ale ponoć (?!) lepszy jakościowo. Cóż... mnie tam Czesi zawsze się dobrze będą kojarzyć z ojca Skodą i... piwem :)

Krajowy rynek natomiast owładnęła od dawna firma Elfo ze swoimi robionymi ponoć w Polsce lampami (cenowo też odstającymi od średniej chińskiej) i całym osprzętem. Są tez mi znane dwie, rzekłbym manufaktury z polskim rodowodem, ale na podzespołach zapewne też zza Żółtej Rzeki, czyli Markoflash i Sun-Box. Opinie o tych firmach są tak samo skrajne, jak o chińskich CY czy Quantuum. Nie miałem żadnej więc się nie wypowiadam. Ale czytać potrafię... :)

Prąd przenośny
Skupmy sie na tym prądzie... oto na naszym runku dostępne są albo profesjonalne generatory takich tuzów jak wspomniany Elinchrom, Hensel czy Bowens, w cenach od 6000 do 15.000zł albo tanie niby-generatory proponowane przez czeski Fomei czy ostatnio też przez Elfo, a i Funsports proponuje przenośne błyskanie za pomocą swoich "generatorów". Od razu mówię... nie jestem fanem chińskich produktów i podchodzę do nich ostrożnie, choć zdaje sobie sprawę, że coś z marka Bowens też zapewne jest skręcane w fabryce o niższym suficie niż europejski standard :) Może skusiłbym się na chiński statyw, softbox czy wrota, ale zasilanie... cóż.

Wyboru dokonałem pomiędzy: Fomei Power Star-1 a Bowens Travel Pack. Największa zaletą Fomei w stosunku do Bowens jest fakt, że ich generator posiada dwa wyjścia na zwykłe gniazdka 220V, a co za tym idzie podłączycie tam każdą studyjna lampę. Bowens posiada specjalne złącze, pod które podłączycie jedynie lampy Bowens, które posiadają w swoim korpusie właśnie to dodatkowe gniazdo do Travel Pack.

Porozmawiałem z użytkownikami Fomei i oczywiście skupiłem się na negatywach: głośno pracujący wiatrak chodzący (jak zostawisz włączony generator to wiatrak go wyładuje!), słaba współpraca z 2 lampami pomimo zapewnień producenta i pomimo tego, że sprzedawane jest to jako set z dwoma lampami 600W, doświadczone spalenie generatora po 2 godzinach używania. Oczywiście jak to zwykle bywa skupiamy sie na negatywach... zapewne rzecz ta nie jest zła i dobrze służy wielu, ale ja akurat poznałem dość sceptyczne oceny tego ustrojstwa.
Na polu pozostał więc anglosaski Travel Pack. Cena wstępnie ta sama co Fomei, bo około 1700zl, ale tu rozczarowanie. Okazuje się, że cennik Bowens przedstawiany przez dystrybutora na Polskę, firmę Foto7 jest, delikatnie mówiąc, niedokładny. Oto bowiem za 1730zł kupię sobie Travel Pack, który nie działa, bo ... nie ma ładowarki :) Za ładowarkę trzeba zapłacić dodatkowo i wówczas już cena TP wynosi 2465 zł :) Mała różnica.
Rozmawiałem z właścicielką Foto7 i w miłej rozmowie wyjaśniłem, że jako klient jestem dezorientowany taką formą cennika i po prostu jest to niezgodne z prawem. To taka sama praktyka, jak z tymi biletami lotniczymi... Na argument, że jak kupuje samochód to raczej mają one akumulatory wbudowane i nie muszę tego zaznaczać w salonie, pani zareagowała zdumiewająco pozytywnie!
Oto stwierdziła, że dziękuje za te uwagę i że wprowadzą adnotację o tym fakcie do cennika. Zresztą to samo tyczy się ich lamp, których cena cennikowa nie obejmuje (uwaga!!!) ani kabla zasilającego (60zł), ani żarówki pilotującej (kolejne 49zł). To też ma być poprawione w cenniku. W sumie jako klient jestem pozytywnie zaskoczony reakcją Foto7 i maja we mnie klienta na następne lata , a i polecę ich każdemu.

Zdecydowałem się więc na przenośny system oświetlenia oparty na lampie Bowens Esprit Gemini 500W i Travel Pack. Aby to zadziałało musiałem domówić: żarówkę pilotująca do lampy, kabel zasilający do lampy, ładowarkę do Travel Packa i garnek do lampy, bo też go nie ma w zestawie, choć to akurat jeszcze mogę zrozumieć. Każdy ma inny pomysł na zastosowanie więc i garnek można dobrać osobno. Łączny koszt to niecałe 5000zł. Nadal szukam softboxa z gridem.
Wspomniany, niedarmowy kabel i żarówkę otrzymałem gratis od firmy za pomysły usprawniające Custom Relation Managements :).

Na koniec kilka info podstawowych o Travel Pack:
- możliwość podłączenia dwóch lamp (Bowens), łączna moc 1500Ws
- ok 200 błyśnięć z pełną mocą przy lampie 500W (pewnie okaże sie, że 150..:) )
- czas ładowania 3-5 godzin
- waga 4,1 kg

Jak zrobię testy, to wrzucę opinie użytkownika tym razem... :)


PS
Na koniec wypada wspomnieć o takich wynalazkach, często opisywanych na forach jak: generator spalinowy czy UPS komputerowy. Dla mnie to jednak już taki hardcore jak robienie z malucha Ferrari. Sorry, ale tego nawet nie brałem pod uwagę.

Talent or just money...?


Ciut prowokacyjnie zaczałem, ale mam powody. Oto, na Fashion.TV leci przez cały bierzący weekend seria "Photographers in focus". Są to filmiki z sesji robionych przez różne agencje i fotografów. Wczoraj w nocy była cała długa seria produkcji kolejnych kalendarzy Pirelli.
Same filmiki backstage są robione raz lepiej, raz gorzej, ale mniejsza o to...

Otóż gdy juz zasnąłem po kalendarzu na rok 1999... i obudziłem sie nad ranem to w głowie pozostała mi tylko jedna myśl...
... gdyby ktoś zlecił mi i zapłacił za sesję na samym środku pustyni Nevada, gdyby ktoś na tę sesję przywiózł mi jumbo-jetem dziesiątki, setki ton sprzętu i rekwizytów do scenografii, którą wymyśliłem w najśmielszym śnie, gdyby ktoś zapłacił za dwa dni pracy top 12 najlepszym modelkom świata i dostarczył mi je na te sesję i wszystko to działoby się bez mojego udziału finansowego, a wręcz jeszcze dostałbym parędziesiąt tysia zielonych - to zaryzykuje stwierdzenie, że zrobiłbym takie zdjęcia bez większego wysiłku.

No to teraz się zacznie..:)
Czekam na prześmiewcze ataki ze strony tych, znających się na fotografii i uważających, że NIC NIE ZASTĄPI TALENTU!

A ja Wam mówię, że przy okazji tego typu sesji fotograficznych, to akurat talent to może 15% sukcesu :) Tutaj liczy się rozmach! Czyli... KASIORA :)
Kiedy sobie pomyślę, że ja liczę każde 100zł wydane na filmy, modlę sie o pogodę (w Nevadzie kurde nigdy nie pada!) i szukam naiwnej wizażystki, co mi pomaluje też za darmo pozującą modelkę - to mnie generalnie szlag trafia :)
Tutaj pojawia się tak ulubione przez wszystkich słówko - pasja .... ech.
No pasja, pasja. Co nie zmienia faktu, że z budżetem 30-60tys. dolarów łatwiej te pasję zrealizować :):)