niedziela, 30 marca 2008

Czas to wszystko...


Wiało dziwnie jakoś tak. Niby niewiele, a za każdy razem gdy postało się dłuższą chwilę w cieniu, ziąb wdzierał sie pod kurtkę i łapał za ręce w mroźnym uścisku. Słońce jakby zaskoczone tym, że po miesiącu nareszcie może spojrzeć na zmęczoną słotą ziemię, śmiało się do każdego przechodnia. Ci odwzajemniali sie mu unosząc twarze do pierwszych, prawdziwie wiosennych promieni. Wszyscy śmiali się do siebie. Ot, pierwszy dzień wiosenny. Czas zmienia oblicze.

Jak zwykle, połowa plenerowiczów się spóźniła. To znaczy Darek się spóźnił, bo szliśmy we dwóch. Tak czy siak, sprawdziło się moje statystyczne zboczenie, że jak się umawiam na plener, to zazwyczaj 50% uczestników nie przychodzi lub spóźnia się. Każdy ma czas na plener, ale nie ma zegarka :(

No, ale Darek zadzwonił. Wybaczam.

Stary Wrzeszcz okolic Wajdeloty, Wybickiego czy Wallenroda, to tereny Guntera Grassa. "Blaszany bębenek" i te sprawy. Spacer tamtędy to trochę jak wehikuł czasu.... ale tylko trochę, bo ilość śmieci na trawnikach i psich odchodów przywraca szybko rozmarzoną głowę do pionu. To chyba trochę taka warszawska Praga, tylko miniaturka. Nadal jednak ma czar.
Nie mamy planu. Ot, światłomierz na szyi, dwa średniaki i dwóch fanatyków. Łazimy. Mamy
czas i po rolce filmu.
Darek wybrał kadr. Fajny. Żółta brama wejściowa do starego zakładu szewskiego. Na tle szarego tynku i w promieniach słońca błyszczy jak wejście do pałacu królowej Saby. Jest sobota, mało ludzi. Aparat na statywie po drugiej stronie ulicy. Wężyk. Światło zmierzone. Samo zdjęcie ściany będzie trochę puste. Czekamy. Czas płynie... Stoimy w cieniu. Plecy się schładzają coraz bardziej wiaterkiem; zimno trochę, ale obaj wiemy, nawet sobie nie mówiąc, że musimy czekać. To jak niewidoczna linka między mózgami fotografów... po prostu to wiemy. On wie, że czekamy na Kogoś, ja wiem, że on wie, że ja się zgadzam.
Tylko, że najbardziej ruchliwi są lokalnie pijaczkowie. Ale my ich nie chcemy, Chcemy... chcemy...

.... o Jezu!
Tak właśnie chcemy tej Pani...

Starsza kobieta w kapeluszu na głowie pojawia się za rogiem, jakby ciągnięta przez nasze wyobrażenia o dopełnieniu klatki. I idzie. Spokojnie powoli wprost w nasze kadry. I nagle czuję jakbyśmy się przenieśli do Paryża. Ona tak starowinkowo-wytworna... W tym pełnym słońcu na kilka sekund znalazłem się poza światem. Wchodzę na ulicę i zanurzony w kadrze, czekając aż kobieta pojawi sie od lewej strony, nie słyszę nawet klaksonu samochodu. Czekam. Sekunda, pól... trzask. Weszła. Spełniło się.
Czy wyjdzie...?
Nie wiem... ale to był magiczny czas.

Darek będzie miał lepszy kadr.
Reszta spaceru to już tylko dopełnienie tej chwili.
Czas na kawę u Joasi i Darka.
Dzięki... udana sobota.
Trzymajcie się.

Czas to wszystko... czasem magicznym jest każdy moment kadrowania.
Chwytajcie czas w kadry swoich aparatów moi Kochani. Bo ulecą...